(1) Anioł Wigilijny

img_31751

W tę Wigilię odzyskałem wiarę. Naprawdę, nie zalewam. Od teraz uwierzę we wszystko. W Boga, w Ojczyznę, w Poezji Spuściznę, normalnie we wszystko. A było to tak:

Na dworze leje, syf i ziąb jak cholera, aż żal dupę ściska, że to Wigilia, ale nic, szef ewaluacje od wszystkich ściąga i budżety każe domykać, więc wzroku od kompa nie odrywam. A smartfon mi się grzeje, bo Jadźka szału dostaje, karpie miałem przywieźć, ale jakie, kurwa, karpie, jak robotę mam, wyrwać się nie można. I Elka jeszcze, pojebało ją chyba, teraz na amory jej się zbiera, że niby musi mnie dziś zobaczyć, bo święta, bo aniołek, bo prezent ma dla mnie i tak mnie kocha, że musi mi go dać, normalnie musi. Pewnie jakieś ciasteczka upiekła i będzie chciała, abym się nimi delektował, pewnie seksem mnie chce przytrzymać, jakbym nie wiedział, że ona tak z Jadźką rywalizuje, że niby będą się siłować, czy w Wigilię to dłużej z kochanką, czy z żoną posiedzę. Przecież chyba jasne, że z żoną, bo to rodzinne święta są, no nie? Rodzinne! Jasno to chyba ksiądz klarował, z żoną i z dzieciakami trzeba je spędzić, teściów do domu zaprosić, kolędy razem pośpiewać, wódeczki się napić, normalnie po Bożemu, jak katolicy. Ale Elka to zawsze musi inaczej, niby ona wie lepiej, ateistka pieprzona. Gówno wie lepiej! Chłopa sobie nie znalazła, to będzie ryczeć przez święta i mnie chce z domu wyrwać. Takiego wała! Ja mam wszystko przemyślane, wkręcić się nie dam! O, i jeszcze komp mi się zawiesił! No nie, ja to pierdolę! Pół ewaluacji mi skasowało, kurwa! A, w sumie może i dobrze, bo chyba głupotę w tej ewaluacji walnąłem, że chcę, aby mnie na szkolenie z prezentacji wysłali, bo mi to w pracach dla klientów niby pomoże. Budżety przecież tną, jak im coś o szkoleniu wspomnę, to mnie jeszcze z rozpędu skasują. A z Elką to będzie tak: najpierw lecę po te karpie, bo ich zabraknąć może, potem szybko do Biedronki, dezodorant jej kupię, ładny jakiś, pachnący, w ulotce znalazłem, że na dezodoranty promocję mają, więc niech tam, ucieszy się kobieta. Wtedy wpadam do niej, dezodorant daję, nawpierdalam się tych ciasteczek, bo przecież jakaś gra wstępna obowiązuje, i ją przelecę, a co, święta idą, więc się należy. Zresztą Elka dobra jest w te klocki, muzykę puści, kieckę kusą włoży, uczesze się, umaluje, laskę człowiekowi ładną zrobi, od tyłu i od przodu się nadstawi, naprawdę można się zrelaksować. A Jadźka to nic, tylko te karpie pierdolone! Ale jak się opłatkiem będziemy dzielić, to przed rodziną będzie chciała się cmokać, uśmiechać, że niby taka słodka, zaradna, taka gospodarna bardzo, że tak o męża dba. Chuja dba! Jak coś od niej chcę, to na bok się odwróci, tyłek wypnie i jeśli mi się poszczęści, to go sobie wcisnę, sam już zresztą nie mam pojęcia, w co wcisnę, bo ona i tak śpi i za cholerę nie wiem, bo ktoby wiedział. Ale dobra, Wigilia to Wigilia, przecież przed rodziną obciachu nie zrobię, Jadźkę pocałuję, bo te karpie to rzeczywiście chyba późno przyniosę i kobieta je raczej jako sushi poda. Teściu to szczęśliwy nie będzie, znowu zacznie chrzanić, jak to on o swoją żonę dbał, przed wieczerzą w rękę całował, za kolację dziękował. Tak, kurwa, a co to ja nie wiem, że w każde święta lał ją równo, bo mu się przypominało, jak go w trąbę zrobiła, z jakimś Cyganem na tej ich ścianie wschodniej jeszcze za Gierka się puszczała? Ale ta ich córeczka, moja Jadźka znaczy, to za gruba jest, nawet Cygan by jej nie przerżnął, chociaż kto tam Cyganów wie, oni podobno grube lubią. Chuj z Cyganami, ale niechby tylko jej coś takiego do łba strzeliło, to żywej bym nie puścił. Cygana też. Nie, jego bym puścił, żeby za rasistę mnie nie wzięli, bo życia w pracy bym nie miał, tutaj przecież w ewaluacji o stosunek do mniejszości pytają, trzeba pisać, że dobry.

Okej, czyli Elka z głowy, ale Paulina, ta co w kadrach  pracuje, no, z nią to gorzej. Że też mnie chwyciło i ją na tej imprezie wigilijnej tydzień temu przeleciałem! Napity byłem, a ona taka samotna i nawet coś miłego mi powiedziała, nie pamiętam dokładnie, ale jakoś szybko w kibelku żeśmy wylądowali. Czyściutki ten kibelek, firmowy, nie powiem, kultura, mojego to Jadźka nigdy tak nie doczyści. Tylko Elka naprawdę się stara, jednak tak ładnie i przestronnie jak w naszym korpokibelku to nawet ona nie ma. Ale u nas w pracy firma outsourcingowa o kibelek się troszczy, więc atmosfera schludna, erotycznie tak jakoś, przestronnie, i poszło. Nie powiem, miło było. Paulina może za bardzo zaborcza, jakby tak się głębiej zastanowić, to nie jestem do końca pewien, czy to ja ją, czy ona mnie tak bardziej, ale co to ma za znaczenie, równouprawnienie mamy, parytety, a ja za szansami dla kobiet jestem. To ja jej ten dezodorant też kupię. Dobrze, że Biedronka blisko, zaraz szefowi coś ściemnię, szybciutko wyskoczę, fajnie, że te ulotki do biura podrzucili, jak znalazł przed świętami. I w kadrach plusy będą, jakby szefa coś naszło, to łatwiej bonusy zatwierdzą, dzieciakom coś kupić by można, jakiś urlop może… Ale nie najdzie starego popierdoleńca, na pewno nie najdzie, koszty tną przecież, z tą Pauliną to jednak bez sensu było. Ale dezodorant dać trzeba.

Tylko z Martą nie wiem, co zrobić, bo z nią to dziwnie jest jakoś. Właściwie to dawno było, jakiś miesiąc temu, w pubie na rogu po pracy się spotkaliśmy. Ona też w pobliżu pracuje, też kłopoty miała, mądra taka, bratniej duszy szukała, a ja akurat kolejną ciążę Jadźki, którą mi zakomunikowała, ze szczęścia wielkiego sam opijałem, bo mi się już do domu wracać nie chciało. Dobrze nam się gadało, potem do niej do firmy wróciliśmy, ona tam takie przytulne biureczko znalazła, nie powiem, czule było, człowieka w niej ujrzałem, ona też jakoś tak ciepło po głowie mnie głaskała, kiedy już po wszystkim między segregatorami tuliliśmy się do siebie, pocieszenia szukając. Tak sobie teraz myślę, że to jednak miłość między nami zakwitła, ja chyba czegoś takiego to nigdy nie doświadczyłem. Ale właśnie, kłopoty miała, z roboty ją wylali za malwersacje jakieś czy coś innego, w każdym razie w areszcie teraz siedzi, ale chyba lekkim jakimś, bo co pewien czas maila od niej dostaję, że mnie pamięta, że kocha, że chce, abym pisał. Dobrze, że sobie przypomniałem, to ja jej jeszcze dzisiaj też dezodorant wyślę, w sam raz przed sylwestrem dojdzie. Ucieszy się kobieta.

Aha, no i ten… Kurwa, sam nie wiem. Nie, to niemożliwe jest chyba. Ale Artur… No, ten sąsiad, były bokser, w klubie na Legii trenował. Podobno dobry był kiedyś, teraz to się postarzał, ale łapę ma jak bochen chleba… On zawsze mnie lubił, uśmiechał się, gdy się na schodach mijaliśmy, pytał, jak życie, co w pracy, dzieci chwalił, że grzeczne i takie do taty, znaczy do mnie, podobne. Jemu też dezodorant kupię. Bo ja to już nie wiem, co tam wtedy się stało, niewiele pamiętam, po tej imprezie wigilijnej sprzed tygodnia, co ja z tą Pauliną wtedy w kibelku, to nieźle napruty byłem. Taksówką mnie Paulina pod dom odwiozła, pod klatką nawalonego zostawiła i pewnie bym tak pod tą klatką do rańca przekimał, gdyby nie Artur. Chyba spać nie mógł. Jedną ręką tak mnie jakoś na plecy zarzucił, do siebie zaniósł, coby Jadźki po nocy nie wkurwiać i dzieciaków małych nie budzić, w każdym razie potem w jego łóżku się obudziłem, całkiem nagi, bo mówił, że garniak zafajdany miałem i razem z gaciami wszystko zdjął ze mnie, taki troskliwy. Sam nie wiem… Jajecznicę mi rano zrobił, miło było, nie jak z Jadźką, która ryja drze bez sensu od rana, że aż potem przed sąsiadem głupio. Kupię mu ten dezodorant.

Dobra, ewaluację skończyłem, czternasta dochodzi, budżet mailem wyślę nieskończony, po świętach powiem, że się nie zasejfowało, że wersja nie taka, w domu to przez święta spokojnie skończę i szefowi potem podmienię, że niby głupia pomyłka taka. Teraz z ulotką do Biedronki. A tam pięknie, bo w sześciopakach dezodoranty jeszcze z dodatkowym dyskontem dają, więc taki sześciopak kupiłem. Do tego sześciopak piwa, coby na święta dla rodziny było, i dodatkowo dwa browarki luzem na miejscu w spokoju do wypicia, bo siły na wieczór mieć trzeba. Elka, Jadźka, teściowie, dzieciaki, no, kondycję mieć muszę. Karpie w siatce mocno się telepią, dogorywają, źle przez łeb strzelone, kłopotu mi narobiły, bo mi spodnie zachlapały i ja u tej Elki to rybami cuchnąć na całego będę, ale co tam, ważne, aby ona pachniała. Więc dałem w Biedronce ten wielopak do zapakowania w detalu, aby każdy z tych dezodorantów w odrębną paczuszkę włożyć, a w międzyczasie walę z tymi karpiami do rybnego reklamować, że jeszcze raz karpie przez łeb strzelić należy, a nie mnie z taką fuszerką zostawiać. Zdekapitowali mi te karpie już całkiem, spokój w siatce miałem, w tym czasie już sobie te dwa browarki luzem obaliłem, siły złapałem, a ładna taka dziewczynka sześciopak rozparcelowała i każdy dezodorant elegancko w sreberka owinęła i wstążeczką obwiązała. Więc sześć tych ruloników miałem: Jadźka, Elka, Paulina, Marta, Artur i teściowa, bo kutasowi teściowi nic nie dam, a dla dzieciaków to Jadźka kupić miała. Gra muzyka. I teraz sprawnie: karpie i wielopak piwa pod pachę, sześć paczuszek w drugą łapkę i biegiem do biura na recepcję, pierwszą paczuszkę dla Pauliny zostawiam, z prośbą, aby jej szybciutko z moją wizytówką załączoną dostarczyli. Ucieszy się kobieta. A gadać przecież nie muszę, bo i o czym niby. Życzenia mógłbym złożyć, fakt, ale czasu nie ma, do Elki pędzę. Elka, jak mówiłem, pięknie się ubrała, laseczkę zrobiła, ciasteczka i dupci dała, chcę dalej do Jadźki z karpiami pędzić, Elka w ryk, ale huknąłem na nią, to przycichła, ja na schody i przez te ryki o mało o prezencie nie zapomniałem, więc w drzwiach jeszcze jej w rękę zawiniątko włożyłem i lecę. Po drodze na pocztę i paczuszka do aresztu do Marty wysłana, kolejki nie było, bo późno. Na klatce schodowej akurat Artura na murku spotykam, witam się kulturalnie, rulonik wręczam, wzruszył się, widziałem. Jadźka wkurwiona, wrzeszczy, karpie z ręki wyrywa, a ja z teściami w przelocie się witam, siup do łazienki, pod prysznic, koszula świeża, krawat, kolońska na twarz i wychodzę świątecznie, teściową w dwa policzki cmokam, paczuszkę wręczam. Jadźkę chcę objąć, ale ona jeszcze przy kuchni zamachnęła się na mnie ścierą, więc dla niej prezencik pod choinkę wsuwam. Widzę, że teść już lekko drinknięty, czyli spokój, dzieciaki gapią się na swoje paczki, co pod choinką leżą, na pierwszą gwiazdkę czekają, lampki świecą, kolędy z radia lecą, pięknie jest. Usiadłem, zacząłem łapać oddech, Jadźki nie słucham, chwilę się zamyśliłem: trzeba przyznać, że piękną tę polską tradycję mamy, pachnąca choinka, którą dzieciaki ładnie w bombki ubrały, one same też takie ładne, udały mi się, zdolne są, w szkole radę sobie dają, a i Jadźka w sumie też jest w porządku, robotna, ryby już na stół podaje, dba o rodzinę, nie powiem…

I wtedy ta głupia cipa, teściowa, krzyk podnosi, jakby ją ktoś przerżnąć chciał co najmniej, że aż teścia ze snu zrywa: „Ty chuju pierdolony! – wrzeszczy do mnie. – Ty kutwo jebana, to ty mi „Żubra” w prezencie wigilijnym dajesz?! Browara mam sobie w prezencie wypić?! Pojebało cię już całkiem?! Zawsze Jadźce mówiłam, że jełopa sobie wzięła, że ty ciulem głupim jesteś. Franek, wychodzimy!” – I rzeczywiście – wychodzą razem z teściem, Jadźka za nimi na schody pędzi, do pozostania zachęca, po drodze jeszcze w pysk mi z liścia dała, a mnie dopiero wtedy coś oświeciło. Rzucam się pod choinkę, otwieram paczkę Jadźki i tam, kurwa, „Żubr” piękny faktycznie się rozgościł, dziwka młoda głupia w Biedronce wielopaki pomyliła, browarki wszystkim, znaczy się, sprezentowałem, a sam z baterią dezodorantów zostałem, co mi pewnie na kilka lat starczy.

I wtedy to właśnie się stało, co moją wiarę bardzo wzmocniło.

Lampki na choince mocniej zamigotały, muzyka chóralna z radia poleciała, coś zaszumiało, zatrzepotało i Anioł piękny najprawdziwszy stanął przede mną: „Pamiętaj, Leszku – bo Leszek mi na chrzcie dali – że Jezus cię kocha i boleść twoją wielką widzi, a że dziś dzień Jego narodzenia nastał, pójdź ze mną, niech się raduje dusza twoja”. Uśmiechnął się do mnie ten Anioł, jedną ręką tak mnie jakoś na plecy zarzucił, pomachał skrzydłami i polecieliśmy wysoko, do gwiazd, w przestworza, z których tak cudnie tę Warszawę naszą rozświetloną widać było, że aż za serce coś mnie chwyciło, wzruszenie takie. A Anioł machał skrzydłami rytmicznie i po niebiosach z nadludzką prędkością pomykał. I czasoprzestrzeń w tym locie złamał, bo nagle nad morzem lecimy, nad pustynię sfruwamy, a tam chatka maleńka, słomą kryta, w niej baranki, osiołki i kobieta jakaś, dobra a piękna, nad nowonarodzonym dzieciątkiem się pochyla. „A Józef to gdzie?” – bezmyślnie, odruchowo pytam, lecz Maria ręką tylko macha, że niby znów gdzieś się szlaja, i dziecko na ręce bierze. A ten mały bystry taki, że aż dziw, patrzy na mnie tymi swoimi mądrymi oczkami i normalnie po polsku zasuwa: „Leszku, widzę, że ty przesrane masz dzisiaj niewąsko i znikąd ratunku żadnego?” Co prawda, to prawda, przecież nie zaprzeczę. Jadźka z dzieciakami do teściów jak nic się wyprowadzi, alimentami mnie zajebie, o dymanku z Elką mogę zapomnieć, Paulina w kadrach już na bank załatwi, że z roboty mnie wyleją, a Marta w ciupie. Przesrane. „Więc ja ci pomogę, nadzieją cię natchnę, miłość i dobroć ci okażę – Dzieciak przemawia. – Obudź się z tego snu złego, a dobroć cię spotka, no, obudź się w końcu!”. I ja rzeczywiście oczy otwieram, a nade mną Artur, sąsiad. Siedzi, żuberka mojego radośnie popija i dobudzić mnie się stara. Tylko dlaczego ja znowu w jego łóżku całkiem nagi leżę? Aha, Anioł mnie odesłał i pewnie mieszkania pomylił. Alleluja!

Autor: Leszek Dubicki

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: