(3) Misja

img_3259

Nazywam się Bukowski. Starszy sierżant Claude Bukowski Jr. Jestem pilotem drona. Moja prywatna misja: czynić dobro, zbawić świat. Misja została zatwierdzona przez Dowództwo.

Jest 24 grudnia 2013, godzina 5.47 A.M. czasu CE. Lokalizacja: tajna baza NATO w Trójkącie Ostródzkim (dżungla gdzieś pomiędzy Niemcami – sojusznicy, a Ruskimi – niesojusznicy). Jak co dzień rano, odbieram kopertę z rozkazem. Idę z nią do mojej pakamery, wprowadzam kod dostępu, wchodzę do wyciszonego, sterylnego pomieszczenia o wielkości luksusowego kibla. Naprzeciwko mnie wielki ekran, jedno biurko z konsolą i dużo kabli. Okien brak. Dwa krzesła: jedno dla mnie, drugie dla Supervisora, który przychodzi w momencie ataku. Siadam i odpalam komputer. Dwie kamery w rogach pomieszczenia kierują swoje obiektywy na mnie i na ekran komputera. System wprowadza mnie do szeregu bitewnego.

Jest godzina 6.00 A.M. czasu CE. Otwieram kopertę:

„Rozkaz numer 88/24 Dec 2013.

Wydany przez: nadgenerał Kuba „Killbill” Loquela.

Lokalizacja targetu: granica pakistańsko-afgańska, Dolina Swat.

Target: centrala międzynarodowego terroryzmu, koło studni. Współrzędne GPS: (top secret).

Zadanie: rozpierdolić wszystko, co się rusza, tak aby im flaki gałami wysrało.”

Co jest, kurwa?

Określenie nietypowe. Powtarzam procedurę odczytania rozkazu: „…gałami wysrało”. Potwierdzam zrozumienie rozkazu. Uzyskuję dostęp do przydzielonego mi drona typu PEACE666. Włączam kamery drona. Na ekranie pojawia się pole startowe w tajnej bazie gdzieś w górach Peszawaru. Proszę o pozwolenie na start. Mój przełożony, podpułkownik William „Bill” Kilgore Jr., udziela mi pozwolenia. Zapala się czerwona lampka w rogu ekranu. Wystartowałem.

Ale to już ja wystartowałem. Tak, ja, Claude Bukowski. Nie jakaś maszyna. To ja właśnie wyfruwam z tej pieprzonej klatki tkwiącej w jakiejś beznadziejnej, czarnej dziurze europejskiej cywilizacji. Rozwijam skrzydła i unoszę się bezszmerowo ponad strome góry Pakistanu. Moje oczy dostrzegają kozicę skaczącą na skalnych półkach i sokoła krążącego nad głębokim wąwozem. Wiatr owiewa mi twarz, czuję zapach pustynnych wzgórz. Ja, Claude Bukowski, jestem wolnym człowiekiem wolnego kraju i niosę wolność na mych skrzydłach. Lecę…

Godzina 6.41 A.M. czasu CE: jeszcze lecę… Jest pięknie…

Godzina 7.17 A.M. czasu CE: lokalizacja osiągnięta.

Rozkaz: obserwować target. Obserwuję.

Godzina 10.16 A.M. czasu CE: dwójka terrorystów o wzroście poniżej 60 cali (ok. 1,50 m) nabiera wodę ze studni i poi kozy. Rozkaz: nie otwierać ognia. Rozkaz wykonany. Kod zielony.

Godzina 10.38 A.M. czasu CE: koło studni usiadł pies. Rozkaz: nie otwierać ognia. Rozkaz wykonany. Kod zielony.

Godzina 11.42 A.M. czasu CE: terroryści dokonują przegrupowania sił. Koło studni ośmiu terrorystów w długich płaszczach koloru czarnego siada i tka koszyki z wikliny. Obok nich dwa wózki z młodymi. Twarze zamaskowane. Rozkaz: odblokować pierwszy system zabezpieczeń ogniowych. Rozkaz wykonany. Kod żółty.

Godzina 11.56 A.M. czasu CE: dziewiąty terrorysta przywozi prowiant w dwóch jukach na ośle. Rozdaje prowiant terrorystom. Kod żółty.

Godzina 11.57 A.M. czasu CE: nadchodzi dziesiąty, czyli jest ich dziesięciu. Osiągnięta graniczna liczba zagęszczenia terroryzmu na powierzchni 10 m2. Zgodnie z procedurą powiadamiam przełożonego.

Godzina 11.58 A.M. czasu CE: słyszę za moimi plecami odgłos odczytywania kodu dostępu i skrzypienie otwieranych drzwi. Wchodzi podpułkownik William „Bill” Kilgore Jr. i zajmuje miejsce Supervisora.

Godzina 11.59 A.M. czasu CE: dziesiąty terrorysta wyciąga coś różowego. Otrzymuję ustny rozkaz dokonania zbliżenia na obiekt. Kształt nieokreślony. Pierwsze skojarzenie: wibrator. Potwierdzenie skojarzenia: detonator nuklearny. Weryfikacja skojarzenia: detonator nuklearny. Kod czerwony!

Godzina 12.00 P.M. (samo południe) czasu CE: podpułkownik William „Bill” Kilgore Jr. pochyla nade mną swą smutną, mądrą twarz doświadczonego oficera frontowego. Obaj wiemy, co będziemy musieli teraz zrobić. Będziemy musieli walczyć, bo taki jest los żołnierza. Znaczy, ja będę musiał walczyć…

– Go ahead, my son! – dodaje mi otuchy podpułkownik.

On, doświadczony frontowiec, rozumie mnie. Wie, że teraz nie można się wahać. Zaciskam dłoń na joysticku, jest twardy i sztywny. Wiem, że teraz trzeba pokazać męskość. Mój dron, czyli ja zawisam w napięciu kilometr nad terrorystami, na tle jasnego nieba, zupełnie nieosłonięty, z podniesioną przyłbicą, odważny. Czekam na rozkaz. Podpułkownik rozsiada się wygodniej w fotelu, kładzie nogi na moje biurko, ograniczając mi widoczność kierunku południowo-zachodniego. Wyciąga skręta.

– I love the smell of napalm in the morning… – szepcze.

Jest już południe, nie ranek, ale chuj, nieważne. Zakładamy słuchawki: Valkiria! Podpułkownik wciska przycisk polecenia ataku…

I teraz to się, normalnie, zaczyna, ja wam mówię. Prawą dłonią z całej siły wciskam joystick, aż syczę z bólu. Czuję na dłoni wilgoć… potu. Skrzydła nachylam do manewru pikowania i w ułamku sekundy, wyjąc silnikami, zapierdalam w dół, niżej, szybciej, głębiej! Nurkuję na spotkanie z ziemią pełną jebanych terrorystów! Jeszcze trzydzieści metrów, dwadzieścia, wyrównać poziom lotu! Lotki w górę! Ster w prawo! Sprawnie wprawiam dłonią joystick w wibrację, dron stęka z przesilenia, wysuwa się lufa szybkostrzelnego karabinu maszynowego. Głowy terrorystów podnoszą się w górę, dzieci koło studni machają do mnie rączkami i głupio się uśmiechają, a ja wduszam kciukiem przycisk i serią ciągłą srrrrrrruuuuuuu! Dabadabadadudududu! Jucha broczy na ściany chatek, wszystkie rączki urywa, piersi terrorystek wyszarpuje zza czadarów. A ja nawrót i srrrrruuuuu! Dabadabadadudududu! Krew zafajdała piasek, jelita bryzgają o glebę, a ja srrrrrrruuuuu! Flaki gałami wysrało, zgodnie z rozkazem. I znowu dabadabadadudududu! Ja pierdolę, ale jazda! Jakiś mózg oblepia kamerę drona, brak widoczności północno-wschodniej, na południowo-zachodniej buty podpułkownika, nic nie widzę…

Melduję: brak widoczności! Chyba nie będzie dzisiaj już więcej sru…

– Wycofać się i ostrzelać target rakietami! – Podpułkownik wygląda na zaspokojonego.

Na ślepo ostrzeliwuję target rakietami. Podpułkownik zdejmuje leniwie nogi z biurka. Odzyskuję widoczność kierunku południowo-zachodniego. A tam wszystko wyfrunęło w powietrze, kurz, pył, kawałki wioski, mięso kóz, wyszarpane nogi terrorystów, popękane żerdzie dachów, wyłamana szkolna ławka, strzępy pościeli, zgniecione zabawki oblepione mięsem… A ponad tym całym badziewiem, ponad tą szaro-piaskową chmurą, wytryskującą w powietrze gęstymi kłębami, ponad tą kurtyną otulającą świat muślinem sprawiedliwości boskiej wzbija się maleńki, wirujący, zakreślający taneczne kółka, radośnie pląsający różowy wibrator. Zbliżenie na obiekt: potwierdzenie, wibrator. Co jest, kurwa? Weryfikacja: wibrator. Ups!

A dobrze tak, kurwom pierdolonym, przecież to niemoralne. Islam zakazuje… no nie?

Godzina 12.12 P.M. czasu CE: melduję zakończenie akcji i wykonanie Rozkazu nr 88/24 Dec 2013, wydanego przez nadgenerała Kubę „Killbilla” Loquelę.

Godzina 12.14 P.M. czasu CE: podpułkownik wstaje, podciąga spodnie i wstukuje w komputerze kod zakończenia akcji.

– Well done, my son. See you 3.00 P.M. – klepie mnie po ramieniu.

Fajrant! Do trzeciej mam luzik.

Łatwo powiedzieć, fajrant. A ja w szoku bojowym jestem! Myślicie, że to tak łatwo po prostu wstać, otrzepać się, zrobić siusiu, wziąć gazetkę, kawkę, intelektualną rozmowę uskutecznić? Przed chwilą byłem zbawcą świata, archaniołem z mieczem ognistym, co o życiu i śmierci decyduje, a teraz co? Starszy sierżant Claude Bukowski Jr., i już? I co mam teraz zrobić? Wyjść do koszar, salutować oficerom, poprosić o przepustkę, w Ostródzie jakąś Iwonkę albo inną Jolę molestować, które i tak mnie oleją, bo łysina zawsze spod tupeciku mi wyskoczy, jak z kobietami gadam?

Godzina 12.30 P.M. czasu CE: jeszcze siedzę i gapię się w wygaszony ekran. Ręce powoli się uspokajają.

Godzina 12.45 P.M. czasu CE: słyszę za moimi plecami odgłos odczytywania kodu dostępu i skrzypienie otwieranych drzwi. Drgnąłem. Wchodzi sprzątaczka z mopem.

Znam ją, przychodzi zawsze po południowym ostrzale. Hanka, miejscowa, niezła dupa. Ja po akcji tak nafaszerowany adrenaliną jestem, że nawet nosorożca bym przerżnął. Dlatego „Rhino” na mnie mówią. A ona tym mopem tak dokładnie tę naszą podłogę czyści, egzotyczne, ciemne drewno przetykane gdzieniegdzie marmurem. Gapię się coraz bardziej wkurzony na ten jej rytmicznie wirujący tyłeczek. Hanka niespodziewanie odwraca się i uśmiecha zaczepnie.

– No, dalej, na co czekasz? – ponagla mnie. – Wiem, że podoba ci się mój tyłek, dotknij go.

Fuck! No i spierdoliła wszystko! No, normalnie wszystko spierdoliła, pizda głupia! Bo co to za radocha, jak tak wszystko od razu, bez problemu… Te tępe miejscowe cipy to żadnego pojęcia o erotyzmie nie mają. Klepię ją w ten tyłek, żeby rozczarowana nie była, daję paczkę Marlboro i każę się wynosić, że niby ważną misję zaraz będziemy mieli.

Godzina 1.10 P.M. czasu CE: dalej siedzę i gapię się w wygaszony ekran komputera. Coś trzeba zrobić. Potrzebuję kobiety, ale takiej, co mnie zrozumie, co partnerem dla mnie będzie, bo ja partnerskie związki preferuję. I wtedy sobie przypominam, aż mnie podrywa na krześle! Przecież ja sesję sobie umówiłem! W internecie taki fajny adresik znalazłem i na 2.00 P.M. czasu CE się umówiłem, bo nie byłem pewien, kiedy ta akcja przy studni się skończy. Mam niecałą godzinę, w sam raz, aby dla kamuflażu cywilne ciuchy założyć i na ścianę z rzutnika jakieś bajery puścić, że niby kominek ogniem buzujący, falujące palmy za oknem, co by wrogów zmylić i faktycznego położenia bazy nie ujawnić. Ale flagę gwiaździstą też tam strzelam, a co, niech wie, laska jedna, że z wolnym człowiekiem z wolnego kraju ma do czynienia.

Godzina 2.00 P.M. czasu CE: łapię połączenie z umówionym kontaktem internetowym.

– Ty dupku pierdolony! Maślaku zaśliniony! Ile mam czekać, kurna, baczność!

Jezuuu… ale mnie poderwało! O mało swojego nazwiska i numeru jednostki jej nie zameldowałem z wrażenia. Dobrze, że mi głos odebrało… Ale laska, rany… Moc-Kobieta! Uniform lateksowy, pejczyk w dłoni i tyle tego ciałka, Jezu… Łzy mi się w oczach z podniecenia skropliły, ale twarzy prawie nic nie widzę, z wrażenia i przez tę jej perukę.

– I co się gapi?! Ile mam na ciebie czekać, fiucie jebany!? Pewnie konia całe przedpołudnie walił, to o godzinie randki zapomniał? – Szczeka niskim, chrapliwym głosem. Taki lubię najbardziej…

– Nie waliłem… – odszeptuję.

– To pamiętaj, chujku maleńki, że Pani ostatni raz na ciebie poczekała! Jak znowu się nawet sekundeczkę spóźnisz, to tak ci pejczykiem wpierdolę, że ci flaki gałami wysra!

– Nadgenerał..? – Zamurowało mnie. Próbuję coś dojrzeć pod tą peruką.

– Leżeć! Teraz Pani mówi. Byłeś bardzo niegrzecznym chłopcem!

– Przepraszam, Pani. To się więcej… – Ufff…, chyba jednak nie nadgenerał.

– Cicho! Zdejmuj z siebie te spodnie. I nie śmiej na mnie patrzeć! – Lateksowa Dominia nie żartuje.

To są jednak zbyt duże emocje jak na jeden dzień. Ręce znowu zaczynają mi latać, zamek w spodniach, jak na złość, akurat teraz materiał wkręca. W końcu zdejmuję, a tu, kurna, w pośpiechu bokserki szturmowe przebrać zapomniałem, i na nich ten tajny symbol kompanii…

– Kaczuszki na gaciuszkach!? Pojebało cię, żółte kaczuszki mi pod nos podkładasz?! – Jest autentycznie wkurwiona.

– Nosorożce, Pani… – uściślam – Skrzydlate nosorożce… – Duma nasza, godło święte, siła i waleczność.

– Jak śmiałeś nie nałożyć stringów! – szaleje w furii. Bogini Zła i Gniewu. Piękna, władcza. Jezu…

No, kurna, że ja o tych stringach zapomniałem. Rozłączyła się, ledwo następną sesję o godzinie 7.00 P.M. czasu CE umówiłem. Na litość ją wziąłem, na tę ich Wigilię i samotność, bo to na tubylcach jakieś specyficzne wrażenie robi. Dobrze, że sobie przypomniałem o tym ich kulcie Świętego Karpia, dała się uprosić. No bo jak ja bym po takim dniu niezaspokojony został? I taka Dominia mi się trafiła! Cudna… Nie wierzę w zrządzenie losu ani inne takie pierdoły, ale teraz… Moc-Kobieta, Kafaryca Niezwyciężona, Żarłacz-Wagina… Niebiańska!

Jak tylko ochłonąłem, rzucam się do kompa, bliżej się tej mojej Pani przyjrzeć. Dżaga się nazywa, ładnie… Muszę więcej o niej wiedzieć, ja jeszcze nigdy takiej kobiety nie spotkałem. Jest  jak objawienie. Zaczynam sprawdzać, szukać, w bebechach internetu grzebać, parę naszych systemów szpiegowskich zarzucam i… mam: Warsaw, jest adres, mam współrzędne…, teraz coś prywatnie…, dwójka dzieci, trudno, lubię dzieci…, i mąż, kurwa, Leszek, zdjęcie ściągam…, nie, no, pojebus totalny, gdzie ona oczy miała…, dobra, tym lepiej, uśmiecham się perfidnie. Coś mi przyszło do głowy. Ale muszę się ogarnąć, za moment godzina 3.00 P.M. czasu CE, koniec fajrantu.

Godzina 3.00 P.M. czasu CE:

– Sir, starszy sierżant Claude Bukowski Jr. melduje się z prośbą.

– Mów, mój synu – skrzeczy przez mikrofon podpułkownik.

– Proszę o skierowanie mnie do oddziału obserwacyjnego Regionu Nadwiślańskiego. – Po drugiej stronie zalega milczenie.

– Chcesz sobie odpocząć, chłopcze? – Podpułkownik ma na szczęście dobry humor. – Wyrażam zgodę.

System wprowadza mnie do oddziału zwiadowczego w tajnej bazie w Pieńkowie. Uzyskuję dostęp do przydzielonego mi drona typu PEACE999. Włączam kamery drona. Na ekranie pojawia się pole startowe. Proszę o pozwolenie na start. Mój przełożony, podpułkownik William „Bill” Kilgore Jr., udziela mi pozwolenia. Zapala się czerwona lampka w rogu ekranu. Startuję.

Lecę. Tym razem spokój, tylko wywiad. Mam obserwować centralę terrorystyczną w Galerii Funky na Placu Zbawiciela, gdzie rozpracowujemy fanatyczną Grupę Łysego. Na tym etapie robimy im zdjęcia, potem zrobimy im srrruuu! Ale to potem, potem… Jeszcze tylko kilka fotek i… Tak, teraz zrealizuję moją prywatną misję, moje zadanie, kryptonim „Anioł Wigilijny”. Dżaga, ty nic nie wiesz, niczego się nie dowiesz, ale ja to dla ciebie…

Ostro skręcam przez lewe skrzydło, lecę nad Marszałkowską, Puławską, teraz w KEN, jest Ursynów, mam, współrzędne GPS potwierdzone. Kamerami lustruję teren: drugie okno od lewej, uchylone. Przy klatce siedzi menel. Ciemno, gwiazd jeszcze nie ma. Cichutko podlatuję do okna… Serce mi bije, tam jest ona… Moja Dżaga… Zwiększam zoom. Ledwo ją poznaję, ale to ona, bez lateksu, bez peruki i maski na twarzy, ale ją po wyporności rozpoznaję. Piękna… Mądra… Nadkształtna… Ja jeszcze takiej nigdy…

I jest on, ten chuj pojebany, Leszek. Ale co się dzieje? Jakieś zamieszanie! Machają rękami, wrzeszczą, kilka osób gwałtowanie z pokoju wybiega, za nimi Dżaga i dzieci, a w pokoju zostaje sam ten kutas, Leszek. I co on robi? Rzuca się pod choinkę, za prezent Dżagi się łapie, rozpakowuje?! Ożeż, ty! Już ja cię, chamie niemyty, załatwię!

Wlatuję przez uchylone okno do pokoju i jak temu Leszkowi w główkę ze śmigła daję, od razu jak śledź śnięty przytomność traci, a ja go na skrzydła zarzucam i w małą wycieczkę po świecie zabieram. Najpierw to rozważam, czy go do najbliższej rzeki nie wrzucić, aby śladów nie było. Ale jednak myślę, że szkoda dzieci, ojca stracą, a mnie przecież tylko o to chodzi, aby on do Dżagi skłonności nie miał. Więc fruwam z tym Leszkiem jak głupi wokół jego bloku, on mi coś bredzi, majaczy, zaraz mi się ze skrzydeł zsunie, no, pomysłu nie mam. A wtedy ten menel, co koło klatki siedział, a teraz stoi i gapi się na mnie jak głupi jakiś, śmiać się zaczyna i macha do mnie, abym mu tego Leszka po sąsiedzku do jego mieszkania przez okno podrzucił. Ja nie od dzisiaj na świecie żyję, domyślam się, co będzie grane, więc gościowi nieprzytomnego Leszka podrzucam i jeszcze przez okno trochę filuję, czy rację miałem. Oj, miałem, miałem. Gościu od razu za Leszka się łapie, z ciuszków rozdziewa, zaraz potem lewatywę mu robi, a potem… O Jezu! Nie! Fuck! Ja cię! Co on mu! Aż podpułkownik mi do pokoju wparował i obserwację zakończyć każe, bo to – mówi – niemoralne bardzo.

A o godzinie 7.00 P.M. czasu CE łączę się z Dżagą.

– Drżysz, Rhino? – wrzeszczy perwersyjnie.

– Drżę, Pani… – szepczę. – Czy kara będzie..?

– Będzie! – ryczy Dżaga.

To była moja najpiękniejsza Wigilia.

Autor: Leszek Dubicki

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: