(2) Mój mąż – Wigilijny Anioł

img_31721

Jeszcze tylko pięć stów i zaczynam wszystko od nowa. Na co mi potrzebne pół kafla? A takie tam, babskie sny o potędze. Nie ma się co śmiać. Uważajcie, bo życie was może zaskoczyć. Mnie się przydarzyło i na was przyjdzie pora. Ja w każdym razie w tym roku znów uwierzyłam w magię świąt i spełnienie najskrytszych życzeń. A było to tak:

W Wigilię, jak wiecie, pogoda zrobiła się boska. Deszcz ze śniegiem, zero na termometrze i porywisty wiatr. Jak dla mnie – bajka. W taki dzień każdy normalny chłop marzy o tym, by się urwać z przedświątecznego, domowego amoku i choć chwilę się pobawić. Nie wiem dokładnie, jak to się dzieje. Czy to zapach choinki, czy widok żony upierniczonej po łokcie w garach, przypominającej mamusię lub babcię, robi na nich takie wrażenie, że fiksują. Po prostu w tych okolicznościach przyrody faceci znów przeżywają dzieciństwo. Znacie to: po głowach im chodzą kolejki elektryczne, miecze świetlne i te sprawy. Żony tego za cholerę nie rozumieją, z kąta w kąt ich przeganiają, najpodlejszą robotę wyszukują, więc muszą się nasze orły jakoś bronić. Sprawdzona męska metoda na wigilijne wczesne popołudnie – ukryć się w kibelku i myk na komputer.

A ja akurat na tym biznes robię. Na facetach i ich zamiłowaniu do zabawy. Nic odkrywczego. Oni dostają seks, ja pieniądze. Bezpiecznie, higienicznie i nowocześnie. Bezprzewodowe łącze internetowe sprawdza się w tym przypadku rewelacyjnie. Faktem jest, że właściwą robotę moi klienci sami muszą odwalić, ale najwidoczniej im to nie przeszkadza, bo korzystają z moich usług często i chętnie.

O, przepraszam, zapomniałam się przedstawić. Nazywam się Jadwiga Piskorska. Dla klientów – Dżaga. Mam trzydzieści lat, dwójkę dzieci w wieku pięć i siedem oraz męża korpoludka, o imieniu Leszek.

Domino życia mamy już ułożone. On co rano zapinkala do swojej fabryki, a ja ogarniam dom i dzieciaki. W sumie klasyka. Wali nudą i drobnomieszczaństwem. Pewnie moglibyśmy tak już dotrwać do mizernej emerytury, obstalować pomnik, zamówić trumny dębowe i spokojnie czekać. Tylko że człowiek to pazerne bydlę jest i chciałby ukręcić z życia coś więcej dla siebie.

Na przykład mój mąż marzy o karierze, która zapewni mu dużą kasę, ale tak, żeby się nie musiał naharować. Do tego obowiązkowo harem młodych, wyposzczonych lasek. O tym, że wszystkie zarobione pieniądze musiałby na te foczki wydać, zupełnie nie myśli. Romantyk. W takim stanie przetrwa zapewne do pięćdziesiątki, o ile mu wcześniej andropauza nie odwali albo pikawa nie wysiądzie.

Dla mnie zaś życie skończyło się po urodzeniu drugiego dziecka. Po roku moje ciało miało dojść do poprzedniej świetności. A tu nic z tych rzeczy. Cały mój seksapil w rozstępach, cellulicie i naleśnikowych cyckach się utopił. Normalnie samobójstwo popełnił. Na początku cierpiałam, męża od łoża w pierwszym rzucie odstawiłam, ale poddawać się nie miałam zamiaru. Bo i ja mam marzenia. Głupie, naiwne, powiecie, ale własne i uwzględniające przyczynowo-skutkowość wszechświata. Co więcej, od kilku miesięcy zaczęłam je realizować. Otworzyłam płatną stronkę i zarabiam na świetlaną przyszłość.

Myślałam, że najbliższe trzy dni z racji świąt pójdą się grzechotać i do końca roku nie uzbieram potrzebnej sumki, a tu taka niespodzianka. W wigilijny poranek Leszek został pilnie zawezwany na szychtę, a ja przez to wygospodarowałam czas na mojego nowego klienta.

Było już dobrze po czternastej, internetowa sesja w toku. Spoglądam na ekran i widzę małego pokurcza pełzającego po podłodze. Ładna ta podłoga, myślę. Egzotyczne, ciemne drewno, przetykane gdzieniegdzie marmurem. Na przeciwległej ścianie płonie ogień w kominku. Cholera, co on ma za oknem? Palmy? Może fototapeta? – kombinuję. Ale dlaczego one się kołyszą? O ile sobie przypominam, żadnych substancji toksycznych dziś nie wchłaniałam. No, może poza jednym narażeniem się na skażenie, bo skarpety Leszka z tygodnia do pralki wreszcie wrzuciłam. Ale na takie zagrożenia domowe jestem uodporniona. Patrzę uważniej. Jak pragnę tipsów! Mój klient ma flagę amerykańską przed domem. Z USA, a u mnie wylądował? Jak nic, międzynarodową karierę robię. Nie powiem, podoba mi się taki wariant rzeczywistości. Dziany gość. Sądząc po łysinie, prześwitującej zza przekrzywionego tupeciku, facet jest dobrze po czterdziestce. Pewnie na kierowniczym stanowisku dużej korporacji, stąd pakiet: dom pod palmami i nerwica z natręctwami. Do tego kosztowny rozwód z kolejną żoną i dlatego basenu za oknem nie widać.

– Leżeć! Teraz Pani mówi. Byłeś bardzo niegrzecznym chłopcem! – Głos mam niski, chrapliwy, stanowczy. Taki lubią najbardziej.

– Przepraszam, Pani. To się więcej…

– Cicho! Zdejmuj z siebie te spodnie. I nie śmiej na mnie patrzeć! – Dla lepszego efektu uderzam skórzanym pejczem o uda, odziane w lateksowe wdzianko i buty za kolana. On głośno przełyka ślinę i kątem oka zezuje na mnie. Dobrze, że mam maskę Joany Krupy oraz perukę ala Shakira, i klient nie widzi, jak bardzo mnie ta zabawa nudzi. Cholera, tyle spraw na głowie przed Wigilią, a temu się zebrało na igraszki sadomaso.

Do tego zaraz zwariuję w tej sztucznej skórze. Każdy por mojego, niestety obfitego, ciała wytopił już z siebie sporo wody. Ale klient nasz pan. To znaczy akurat w tym przypadku to ja jestem panią. Maślak po drugiej stronie siłuje się z zamkiem błyskawicznym przy rozporku, a ja zerkam na leżącą obok komputera komórkę, bo właśnie przyszedł sms.

– Szybciej, niezdaro! Wstawaj! – Tym razem uderzam pejczem rytmicznie w dłoń odzianą w czarną rękawiczkę.

Niezguła podnosi się i wreszcie udaje mu się rozpiąć spodnie. Markowy sztruks opada w dół i blokuje mu się na kolanach. Stoi palant w białych bokserkach na owłosionych jak u pawiana udach. Przyglądam się lepiej i co widzę? Gacie ma w małe, żółte kaczuszki. O w mordę! Co on sobie, sukinkot, wyobraża, że ja nie tylko Dominą, ale też pedofilką jestem? Jak śmiałeś nie nałożyć stringów?! – Wybucham nieudawaną już złością. Odwracam się do niego tyłem, prezentując gołe pośladki wystające z wyciętych specjalnie w tym celu w seksownym wdzianku otworów. W międzyczasie łapię komórkę i sprawdzam sms. Od Elki. Dwa wykrzykniki.

Mamy taki tajny kod. Nie wiem za bardzo po co, bo mojemu staremu w życiu do łepetyny by nie przyszło, że ja znam Elkę. Ale jakby jednak zechciał z nudów pobawić się moim telefonem, to niechcący mógłby coś tam pokojarzyć. A to są kobiece sprawy, nie na delikatną, męską łepetynę. Prawda jest taka, że ja znałam Elkę na długo przed tym, zanim on zaczął mnie z nią zdradzać. A zaczął tylko dlatego, że ja najpierw z Elką wszystko obgadałam. Ale po co mu takie niuanse wiedzieć?

Dwa wykrzykniki znaczyły, że mój małż wyszedł od Elki i wraca do domu. Zamówiony catering na szczęście się spisał i miałam już wszystko na stole. Dwanaście potraw, a co. Jestem dobrą żoną. Umiem święta zorganizować.

– Przepraszam, Pani… – Facet po drugiej stronie ekranu ma prawie łzy w oczach. Usiłuje podciągnąć spodnie by zakryć irytujący mnie szczegół garderoby.

– Może ci wybaczę. Jak będziesz się bardziej starał. Na dziś koniec!

– A kara? – skomle cicho.

Leć do najbliższego sklepu i wykołuj dwa żywe karpie – chciałam mu powiedzieć, ale się w jęzor ugryzłam. Tak to mogę swojemu chłopu czas organizować, a nie spragnionemu bólu i upokorzenia zachodniemu inwestorowi. Wybieram wariant najboleśniejszy.

– Nie zasłużyłeś – syczę złowieszczo i wyłączam kamerkę.

Prawda jest taka, że mnie te jego gacie nawet rozczuliły, ale nie za to mi przecież płaci. Musiałam kończyć komputerową sesję, bo po dzieciaki do sąsiadki trzeba było skoczyć. Zdążyłam jeszcze mruknąć, że widzimy się po świętach. A ten mi nagle z grubej wyskakuje. Że w tych Stanach taki samotny i tylko ja jedna go rozumiem, że sobie świąt beze mnie nie wyobraża. Wiecie, głodne pitolenie dla spragnionych uczuć samic. Na koniec, że jakbym dla niego czas o dziewiętnastej znalazła, to gotów i pięć stów wyłożyć. Nie wiem, co mnie naszło, ale palnęłam, że dobrze, tylko musi wpłacić kasę natychmiast i to tysiaka, bo przecież w dzień świąteczny liczy się potrójnie.

Kurde, jeszcze od sąsiadki dobrze nie wróciłam, a ten pokurcz już mi mailem kopię przelewu przysłał. Zapłacił równe tysiąc. Dolców! Zbaraniałam. Sama się ugotowałam. Jak ja męża i rodziców w wigilijny wieczór spławię? Szkoda, że o tym wcześniej nie pomyślałam.

Równo o szesnastej zasiedliśmy do stołu. Mamusia z tatusiem, małż i dwójka naszego drobiazgu. Tu gadka szmatka, rozmowa koperkowa, kompotem z suszu zapijana, jak tradycja każe. A mnie się we łbie cały czas kolebie: co robić?! Jak ich wszystkich z chałupy pogonić? Dobrze, że dzieciaki grzecznie przy stole siedziały, bo ich prezenty pod choinką tak nakręcały. Rybę w galarecie razem ze smażoną w momencie złomotały, barszczem z uszkami poprawiły i czekają. Ani słowa nie mrukną, że nie lubią, że paskudne, całkiem jak nie moje dzieci. Popatrzyłam z rozczuleniem. Nie mogłyby takie pozostać przez cały rok, zadowolone chociażby tylko na gębach? Ale to zbyt hardkorowe życzenie, nawet dla świętego Mikołaja. A ja jestem raczej realistką.

Co ciekawe, mnie też się udzielił ten nastrój wigilijny i przy składaniu życzeń nagle walnęłam mojemu ślubnemu, że mu życzę szczęścia w nowym roku. A i oczywiście kasy, bo bez pieniędzy chłop się czuje jak kastrat. U nich tak to działa. Jak mu z konta ubywa, to jakby mu się po kawałku fiut zmniejszał. Tacy są wrażliwi. Mój też. W ogóle dziwne stworzenie ten mój chłop. Całokształtu nie ogarnia, ale detale życia smakować by chciał jak lord angielski. Pogoniłam go na koniec ścierą, tak dla równowagi w związku, bo on twardej ręki w domu potrzebuje. I od razu zadziałało. Nawet śledzie w oleju głośno pochwalił, mimo że od śledziowego zapachu ma odruch wymiotny.

Ciekawe, gdzie on się tych śledzików w życiu nawąchał? Pewnie ten swój kawalerski nochal w jakieś nieznane rewiry zapuszczał. Bo on strasznie kochliwy kiedyś był. Serio. No i wadę ma taką, że już po jednym browarze dobiera się do każdej dziury, jaka się napatoczy. Na wszelki  wypadek w domu otwory w kontaktach zabezpieczyłam, niby przed dziećmi.

Ale to się niedługo zmieni, niech tylko uzbieram te dwadzieścia kawałków. Plan mam już dawno obmyślony. Wszystko obgadane i ustalone. Idę na operację plastyczną. Walnę sobie nowe cycki w rozmiarze D i plastykę podwozia. A co! Teraz technologia pozwala nawet dziewictwo odtworzyć. W sumie… aż tak bardzo mi nie zależy. Zabawę z tą nibybłonką zaliczyliśmy już dawno temu z Leszkiem. I starczy. Nie lubię się śmiać dwa razy z tych samych dowcipów. A teraz, jak zarobię kasę, to po dwóch ciążach znów będę jak nówka, sztuka nie śmigana. Brakowało mi tych pięciu stów. A tu jak raz okazuje się, że mogę zarobić w święta nawet znacznie więcej. I jak tu w opatrzność nie wierzyć? Tylko co tu, cholera nagła, wymodzić?

Godzina osiemnasta wybiła. Siedzimy przy stole, ledwie dyszymy z obżarstwa. Tematy wigilijne powoli zaczynają się kończyć, bo rodzinę mamy małą i każdego już zdążyliśmy trzy razy obgadać. Dobrze, że ciotce Helce na starość odbiło i przy sześćdziesiątej wiośnie żyć jej się zachciało. Z całkiem nowym chłopem. Starym mężem szurnęła jak łachem z lumpeksu. Aż się wuj z tego wszystkiego z Alzheimerem musiał przywitać, bo inaczej oszalałby ze wstydu i zgryzoty. Dobre pół godziny mamusia swoją siostrę wyzywała od ostatnich ladacznic, ale tak po prawdzie to każde z nas sobie ulżyło i ciotce parę łat dokleiło. Trochę mi wstyd, bo matka to chociaż ma powód. Ciotka cały majątek po rodzicach zagarnęła. A mnie sumienie uwiera. Bo ja osobiście do ciotki nic nie mam. Mój Leszek i ojciec też jej niczego nie mogą mieć za złe i tak jakoś wychodzi, że we trójkę to my tak z czystej bezinteresownej zawiści na ciotkę najazd zrobiliśmy. Ale co tam, Wigilia przecież, czas pokoju i pojednania. Nie będę sobie sama wyrzutów robić w takim dniu.

Cisza się nagle przy stole zrobiła. Wszyscy patrzą smętnie w talerze. Kurde, jak to tak przy Wigilii bez słowa siedzieć? Zrywam się od stołu i lecę zapodać jakąś kolędę. Gruchnęło „Cichą nocą” i od razu nastrój świąteczny wrócił. Odśpiewaliśmy po jednej zwrotce trzech najchodliwszych pieśni, bo więcej to u nas się nie zna. Cholera, na przyszłą wigilię dzieciaki zagonię i niech one chociaż po trzy zwrotki się wyuczą. Wstyd na pasterkę iść, bo za barany możemy tylko robić.

Ojciec widać dobrze zakropił, bo zamiast kolędy zaczął świńskie, weselne przyśpiewki uskuteczniać na całe gardło. Ale mu żona przykopała w łydkę pod stołem i się zamknął. Posmutniał tylko i duszkiem setkę na tę okoliczność obalił. I wtedy przyszedł mi do głowy szatański plan. Przechodząc koło choinki, kupiony dla rodzicielki, śliczny, fioletowy  sweterek pod pachę schowałam i szybko wyniosłam do kuchni. Przy okazji prezent od Leszka dla mamy też zwinęłam.

Mój chłop wcale nie wiedział, że ja coś od nas kupiłam, i sam miał dla teściowej prezent obstalować. Jak go znam, to badziew jakiś przytachał i myśli, że mu się upiecze, jak zawsze. Stare to, a głupie. Co roku ja prezenty dla rodziców kupuję, a on chyba wierzy, że to Święty Mikołaj przynosi. Odwinęłam lekko kolorowy papierek, a tam w środku, nie uwierzycie, puszka Żubra. Aż mi się serce ze szczęścia telepnęło. To jesteśmy w domu. Jak matka takie gówno za trzy pięćdziesiąt pod choinką znajdzie, jak nic się obrazi. Trzeba tylko atmosferę do tego przygotować. Żubra pod choinkę z powrotem ciepnęłam, mamusię zgrabnie do kuchni wywołałam i oczy maślane robię. Wzdycham przy tym i biorę się za krojenie makowca.

– Co ci, dziecko? – pyta troskliwie wypita już nieco matka.

– A nic. Tylko ja taka nieszczęśliwa jestem. Przez Leszka. – Tu przepisowo chlipnęłam, spoglądając jednakże z ukosa, czy zrobiłam odpowiednie wrażenie.

– Córciu, kochana. Co się stało? Mów mi jak na świętej spowiedzi! Zdradza cię? Już ja mu zaraz posrańcowi jednemu wygarnę.

Super, myślę, kobieta w bojowym nastroju. Dobrze będzie.

– Nie, nic z tych rzeczy – oburzam się przepisowo – ja tylko tak. Wie mamusia, jak to z chłopami. Prezenty byle jakie kupują, jakby w ogóle kobiet nie szanowali, a mnie wstyd, tak przy was. – Tu matka wreszcie załapała solidarność jajników i podejrzliwie pod choinkę luknęła.

A tymczasem ja się ogarniam, fartuchem niby łezkę z oka ocieram i wołam do dzieciaków, że będziemy otwierać prezenty.

No i wszystko było megacool, dopóki mamusia swojego prezentu od mojego chłopa nie dostała. Ładnie opakowany, pod choinką wyglądał jak porządny flakon perfum. Mamusia podejrzliwie jednak do sprawy podeszła i jak Żubra w środku zobaczyła, to ją taki nerw chwycił, że wszelkie przekleństwa, powieszone uprzednio na ciotce, przy jej bluzgu pod adresem mojego ślubnego mogły się schować. Koniec końców za piętnaście siódma obrażona mamusia opuściła mieszkanie. Ja dla fasonu zaraz za nią, z dzieciakami, że niby się wszyscy gniewamy.

Na przystanku, jak trochę świeżego powietrza matka złapała, to jej krzyknęłam, że muszę wracać i ratować swoje małżeństwo. Ufne ręce dzieci jej w dłonie wpakowałam i chodu.

Na szczęście Leszka w domu nie zastałam. Poszedł się pewnie przewietrzyć, bo afera wyszła pierwszy sort. A on mimo wszystko  wrażliwy jest. Na wszelki wypadek zamknęłam drzwi na zasuwę i łańcuch, jakby mu przyszło do głowy wrócić wcześniej niż za godzinę.

Za minutę dziewiętnasta byłam znowu Dżagą w lateksie i odpaliłam kompa.

Sesja udała się nadzwyczajnie. Normalnie przeszłam sama siebie. Klient zgnębiony, ze szczęścia mało się nie posikał i może coś tam jeszcze popuścił, ale to mnie już nie obchodzi. Koniec, proszę państwa. Kasa uzbierana. Piątego stycznia idę na operację. Leszkowi ściemnię, że się dalej gniewam i do mamusi na kilka dni się przeprowadzam. Matce powiem, że z koleżanką do spa się urywamy i jakoś to będzie. Zostaje tylko mały problem z Elką. Jak ją delikatnie od mojego ślubnego odessać? Bo, jak już po tym remoncie generalnym będę, to sama się swoim chłopem zajmę. Nie będę potrzebować bezpiecznej, przyjacielskiej przechowalni.

Już wiem. Mamy takiego fajnego sąsiada na dole. Chyba ma na imię Artur. Samotny, bo z babą to ja go żadną nigdy nie widziałam. Właśnie, to się dobrze składa. Samotni powinni się z samotnymi spotykać. Zaraz przyjaciółce wyobraźnię pobudzę, a potem niech sobie sama radzi. Wystukuję jej numer na komórce.

– Elka? Słuchaj, jak ci opowiem, co się u nas dziś na Wigilii działo, to normalnie padniesz. Stoisz czy siedzisz? Zapodaj sobie browca i słuchaj. Poczekam. Nigdzie mi się nie spieszy. Dzieciaki u matki upchnęłam, a teraz już w domu.

– A co takiego? – pyta Elka zaciekawiona, ale coś nie za bardzo. Słyszę, jak dużymi łykami browar suszy.

– Normalnie masakra. Już pijesz? Co ty, kuźwa, beze mnie? Moment, muszę się wgramolić pod choinkę, bo mi się prezent pod stojak potoczył, a też bym sobie chlapnęła. To chyba ostatnie piwo w domu. Małż się na taki prezent rzucił. A ty co od niego dostałaś? Obstawiam, że hurtem w Biedronce Żuberki kupił, więc nas po równo obdzielił.

– Jak zawsze masz rację, kochana. – Głos Elki smutnieje. – Całą Wigilię przez tego Żubra w prezencie ryczę. Jak on tak mógł? Jakie to szczęście, że tobie to samo kupił, Jadzia. – Milknie, najwyraźniej zaszokowana własną szczerością, ale szybko się odnajduje i przepisowo odgrywa dobrą przyjaciółkę. – O cholera, sorki. W sumie to żonie ładniejszego coś powinien, nie?

– A, pierdzielę te Żubry – wybaczam ślubnemu wspaniałomyślnie i przystępuję do planu podstawowego. – Ty wiesz, że on na boku jeszcze chyba kogoś ma?

– Co ty? Skąd wiesz?

– Jak skąd? Leszek to przecież sknera skończona. Pewnie promocja w Biedronce na sześciopaki była. Ja się zastanawiam, komu on te trzy pozostałe Żubry wręczył?

– Coś w tym jest – zaczyna martwić się ze mną przyjaciółka. – Ale może sam wypił? Lubi piwo.

– Logika, kochana, logika – mamroczę, jakbym głośno myślała. – Jeden dał tobie, jeden dostałam ja i jeden moja matka, to trzy. A gdzie reszta? No może masz rację, że po drodze sam obalił. A kto go tam, popaprańca, wie. Ale mam trop ważniejszy. Wyobraź sobie, że sześć dezodorantów sobie kupił.

– Sześć? I nie schował? Jak to odkryłaś?

–  No jak miałam nie znaleźć? Idiota, wsadził do tej samej siatki co karpie. A wiesz, że jak chłop nowe ciuchy i kosmetyki kupuje, to znaczy, że coś na boku wywija. Trzeba mu się porządnie przyjrzeć, bo nam jeszcze jakieś choróbsko zawlecze. Powinnaś się na wszelki wypadek przebadać i trochę go na luźnej smyczy puścić.

– Jadzia, chcesz go z powrotem? – Chlipie mi w słuchawkę, że nawet mnie się jej żal robi. Wyczuła intencję, skubana. – A on tak te ciasteczka u mnie lubi.

– Z Reala czy z Carrefoura wzięłaś? – Celowo zbaczam z tematu głównego. – Nabrał się, że sama piekłaś?

– Z Reala, maślane. Takie w metalowych puszkach z serduszkiem. Zjadł wszystko.

– Ha, ha, ha! Całe opakowanie wpierdzielił? Nie, no grzeczny to on jest. Umie się znaleźć. Chama bym za ślubnego nie wzięła i najlepszej przyjaciółce bym nie podsunęła. Suka jestem, ale nie aż tak. Wiem, kochana, wiem. Też ci zazdroszczę, że masz taką przyjaciółkę jak ja.

– Jadzia, słuchaj, no właśnie, bo Leszek z karpiami dziś u mnie był. I tak się zastanawiam co ty z nimi zrobiłaś, jak ci przed samą Wigilią je doniósł? Masz jakiś szybki przepis?

– Karpie? – Chwytam okazję w lot. – Oddałam sąsiadowi, temu z dołu. Artur mu na imię. Z dołu, hiiiii… kumasz? Ciacho.

– Też z Reala?

– Nie z Reala, tylko z parteru, durnoto. Ciacho, miodzio, superdmuchawiec, rozumiesz? Maratończyk, mówi ci to coś?

– To on biega?

– Może i biega, ale ja nie o tym. Uhm, bajka…

– Jadźka! Ty z nim coś teges? – Łapie wreszcie aluzję dużymi literami przeze mnie nadawaną.

-A co, myślałaś, robiłam przez całe rano, jak wszystko miałam gotowe, bo catering zamówiłam?

– Nie, no tego się po tobie nie spodziewałam – słyszę uznanie w jej głosie i myślę: co ty, sieroto, wiesz o małżeńskim życiu.

– No widzisz, kochana. Trzeba umieć się w życiu ustawić. No i dobrych sąsiadów mieć. Ty się mnie słuchaj, to dobrze na tym wyjdziesz. Jak chcesz, to cię z nim poznam.

– O matko, Jadzia, serio?

– Kochana jestem, wiem. Czego się dla przyjaciół nie robi, no nie? – Elka płacze teraz z radości i nadziei. W marzeniach już pewnie z Arturem w przyszłą Wigilię do stołu siada – Nie płacz, głupoto. Jak się dobrze zakręcisz, to ten Artur może nawet się ożeni. I dzieci lubi, nawet moje. Skarb nie facet – dobijam bez skrupułów, jakbym ćmie zapaloną świeczkę podstawiła.

– Jadzia, ty nawet nie wiesz, jaka dobra kobieta jesteś.

– Czekaj – niechętnie przerywam pasmo komplementów, jakie niewątpliwie chciała na mnie wylać – coś mi się pod drzwiami szamocze. To pewnie stary ze spaceru wraca. No dobra, muszę kończyć i mu trochę nawrzucać, bo gotów pomyśleć, że przy Wigilii to i ja ludzkim głosem do niego przemówię.

– No pa, kochana, pa. Zadzwonię jutro, to ci resztę opowiem. Wstaję z kanapy, rozanielona tak owocnie spędzoną Wigilią i czekającym mnie już niedługo szczęściem małżeńskim. Idę otworzyć Leszkowi. Uchylam drzwi, a mój ślubny gębę rozdziawia i widzę, jak mu na paszczę uśmiech jak za dawnych lat wypełza. Co jest, do cholery, myślę, i dopiero w tym momencie się łapię, że z tego wszystkiego nie zdjęłam z siebie tego lateksowego badziewia.

Kochani, co się potem u nas działo, to moją i małża wyobraźnię przeszło, i to cztery razy. Magia świąt, normalnie. Skończyliśmy wyczerpani koło północy. Papieroska, jak za dawnych lat, na spółkę w łóżku wyjaraliśmy. Leszek przytachał wino, gdzieś w chałupie zachomikowane. Polał w kryształowe kieliszki. W oczy mi popatrzył i powiedział:

– Jadzia, jak to super, że ty moja jesteś. Ale jakbyś nie była, to i tak bym cię przeleciał. Ty jesteś dla mnie najpiękniejszą i najseksowniejszą laską na Ziemi.

– Cicho, wariacie jeden – uśmiechnęłam się, ni to do siebie, ni do niego – będziesz miał szansę się wykazać, i to niejedną, mój ty Wigilijny Aniele. Tylko raz żony własnej posłuchaj. Odłożyłam w tym roku dwadzieścia kawałków. Co ty na to? Jedziemy w tropiki. Koniec z nędzną korporacyjną egzystencją. Zaczynamy życie od nowa. Ale koniec z innymi na boku? Obiecujesz?

– Jadzia, to ty wszystko wiesz? I mimo to dla mnie tę kasę zbierałaś? W życiu bym nie uwierzył, że mam takie szczęście w domu.

Kopara mu znów opadła. Zaimponowałam małżonkowi i sobie trochę także. Jednak kocha mnie mój Leszek i tak wychodzi, że ja jego też, bardzo.

Marzenia i życzenia wigilijne się jednak spełniają i to szybciej, niż możecie się spodziewać. Moja historia jest tego najlepszym przykładem.

Autorka: Jolanta Czarkwiani

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: