Szkocki kryminał

DSC04562

 

 

Od lat marzyłam o podróży do Szkocji. Poza pięknem krajobrazów ciągnęło mnie do tego kraju z powodu dwóch kobiet: Annie Lennox, pochądzącej z Aberdeen wokalistki mojego ulubionego Eurythmics, oraz Mary I Stuart, o której równie romantycznych, co tragicznych losach rozczytywałam się w młodości.
Przesiadaliśmy się czasami gdzieś na Wyspach, lecąc z Kanady do Polski (wakacje zawsze w Polsce! taki los emigranta!), nigdy jednak nie zahaczyliśmy o Edynburg. Dopiero niedawno marzenie spełniło się. Wybraliśmy Szkocję jako cel naszej podróży z okazji 20-lecia pożycia. Może M zauważył, że waham się nad kolejnymi wspólnymi dziesięciolatkami. W każdym razie dowiódł, że marzenia długoletnich żon nie są mężom obojętne.
O mały włos nie przypłaciliśmy tego życiem.
W sierpniu 2012 wskoczyliśmy w samolot i po niecałych dwóch godzinach lotu z Memmingen znaleźliśmy się w Edynburgu, gdzie czekał zarezerwowany samochód. Pierwszy tydzień urlopu mieliśmy spędzić na zachodzie Szkocji, w Highlands, a drugi na wschodnim wybrzeżu, nad zatoką Firth of Forth i w stolicy.
Wyruszyliśmy podekscytowani z lotniska, mając przed sobą kilka godzin jazdy …lewą stroną dróg. Niby nic. M nie wydawał się być przejęty nowym zadaniem, jak przystało na doświadczonego, międzynarodowego kierowcę. Kiedy jednak wjechał na pierwsze rondo, zbladł i wyszeptał: „Co teraz..?” Po krótkiej konsternacji opanował sytuację, ale staliśmy się dużo bardziej czujni i uznaliśmy, że jazda w ruchu lewostronnym wymaga większego skupienia. Tym bardziej, że drogi im dalej na zachód, tym stawały się węższe.
Za to krajobraz oczarowywał nas coraz bardziej z każdym przejechanym kilometrem. Wystarczyło oddalić się o dobrą godzinę od Edynburga i już byliśmy sami na szosie, a wokół zielono-buro-fioletowe, rozłożyste góry. Nad nimi przedwieczorne niebo, pełne skłębionych, ciemnoszarych chmur. Niby nic, niby ponuro, monotonnie, a jednak miał w sobie ten szkocki krajobraz coś niepowtarzalnego. Każdy, kto widział, wie. A kto nie widział, powinien kiedyś zobaczyć.
Posuwaliśmy się drogą A9 na północny zachód, mijaliśmy pierwsze zamki, lochs, urokliwe stacyjki kolejowe rzucone gdzieś na sam środek pól. Mniej więcej w połowie tej cudnej drogi, gdy na lewo mignęło nam za oknem Loch Ericht, a potem destylarnia Dalwhinnie, rozmarzyłam się głośno, porównując highlandzkie pustkowia do odwiedzonej kilka tygodni wcześniej Sardynii. Tam wlekliśmy się zwykle w sznurze zakurzonych samochodów, tutaj doświadczaliśmy prawdziwego, wakacyjnego, wymarzonego, romantycznego pustkowia. Mówiłam i mówiłam, a M wsłuchiwał się chyba uważnie w moje gadanie, bo na najbliższym zakręcie, kiedy już na dobre żegnaliśmy się z drogą do Inverness i zjeżdżaliśmy na boczną A86 w kierunku Loch Lagaan, zagapił się, skręcił w lewo na pustej szosie i pojechał z przyzwyczajenia… prawą stroną. Mnie nie zamykała się buzia, wyrzucałam z siebie kolejne zachwyty nad urodą magicznej, szkockiej ziemi. Nagle z przeciwka, zza pagórka (szosa falowała łagodnie na lekko górzystym terenie) wyskoczył samochód. Jadący lewą stroną, czyli naszą…
To były ułamki sekund. Nie mieliśmy dokąd uciekać, bo pobocze stanowiło dość stromy spad ku łące. My nie jechaliśmy szybko, ale samochód z naprzeciwka pędził! Obaj kierowcy widzieli się i mogli hamować przez ostatnie chwile, dzielące nas od zderzenia. To prawdopodobnie uratowało nam wszystkim – siedmiu osobom! – życie.
Doszło do czołówki. Nasze wynajęte auto było średniej wielkości, ale nowe, bezpieczne. Drugi samochód dużo starszy i mniej wytrzymały na stłuczkę. A siła uderzenia ogromna! Tam czwórka młodych ludzi, szkockich studentów, locals. My w trójkę. Najbardziej ze wszystkich ucierpiał Miecio. Miał wtedy 11 lat. Doznał szoku, zaczął się dusić (astma!), na szczęście szybko doszedł do siebie. NIKT z nas nie odniósł poza tym poważniejszych obrażeń.
Byliśmy zdruzgotani. Po przekonaniu się, że młodym pasażerom drugiego auta nic poważnego się nie stało, dotarło do nas, że oto skończyły się, ledwo zaczęte, wymarzone, szkockie wakacje. Samochody dymiły, jednak kierowcy uznali, że nie stanowią dla rozbitków dalszego niebezpieczeństwa. Policja przyjechała bardzo szybko. M wziął całą odpowiedzialność na siebie. Przepraszaliśmy setki razy, czuliśmy się strasznie. Ale nikt nie próbował obarczać nas winą, krzyczeć. Powtarzano natomiast, że takie wypadki zdarzają się w okolicy bardzo często. Kierowcy z kontynentalnej Europy, jadący przez nieuwagę po prawej stronie, są utrapieniem dla miejscowych.
Patrzyłam oszołomiona na przemiłych, młodych Szkotów. Współczułam im, że nie mogą we własnym kraju czuć się bezpiecznie z powodu sezonowych najazdów obcych. Policja dbała natomiast o nasze bezpieczeństwo, z odganianiem napastliwych muszek włącznie (potem poznałam bliżej nieznośne, szkockie midges). Poza tym zatrzymywały się cały czas mijające nas samochody, a ponieważ długo czekaliśmy na pomoc drogową, zdarzyło się ich na tym pustkowiu aż kilkanaście. KAŻDY kierowca przystawał i oferował pomoc.
Odholowano nas razem z rozbitym autem do hotelu B&B. Zostaliśmy przyjęci, ciągle w lekkim szoku, przez przemiłego gospodarza. Wygodny pokoik na poddaszu dał schronienie na kilka godzin. Rano trzeba było dzwonić, tłumaczyć, organizować dalszą pomoc. Gospodarze tymczasem czekali z wybornym śniadaniem. Zapoznali nas też z resztą hotelowych gości, którym musieliśmy opowiedzieć o naszej traumatycznej przygodzie. Biorąc, chcąc nie chcąc, udział w rozmowach przy stole, stopniowo nabieraliśmy ochoty na dalszy urlop. Wybraliśmy się nawet na krótką wycieczkę po okolicy.
Wkrótce ten sam kierowca i ta sama holownicza lorry zabrali nas z powrotem do Edynburga, na lotnisko. Nadarzyła się okazja, aby przejechać przez samo serce Szkocji kolejny raz. Tym razem jednak nie chciało nam się podziwiać widoków. Ale dotarliśmy na miejsce/punkt startu zdeterminowani, że zostajemy! Trzeba było tylko wynająć kolejny samochód… Udało się dzięki pomocy pracujących na lotnisku, przemiłych Polaków!
Nie muszę chyba dodawać, że wybraliśmy tym razem inną drogę, nie mniej malowniczą, bo prowadzącą przez okolice Glencoe (sceneria znana fanom filmu „Braveheart”, Dolina Łez). Jechało się strasznie. Ale z każdym przejechanym kilometrem wracała pewność siebie. A okazji do zachwytów nad pięknem szkockiej przyrody nie brakowało.

DSC04483 DSC04479 DSC04467
Bezpiecznie, choć całe 24 godziny później, dotarliśmy do celu, czyli Duncraig Square nad Loch Carron. Jakże serdecznie witali nas, legendarnych już, prawostronnych rozbitków, gospodarze! Helen i Kevin są do dziś naszymi szkockimi przyjaciółmi.
Zamierzaliśmy nie ruszać się z miejsca samochodem, robić tylko piesze wycieczki. Wytrzymaliśmy.. jeden dzień. Od pierwszego wejrzenia zachwyciło nas Plockton, położone nad brzegiem jeziora Carron („Loch, Zuzanna, mówi się loch, nie lake, zapamiętaj to sobie!” – poprawiał mnie Kevin, który nie jest Szkotem, lecz Anglikiem o dużym poczuciu humoru, z zawodu nauczycielem fizyki, antykwariuszem z zamiłowania, a w wolnych chwilach malarzem i budowlańcem).
Zaintrygowała nas historia Helen i Kevina, którzy wybrali szkockie odludzie ponad hrabstwo Devon, gdzie spędzili większość życia. Kupili fragment należących do Duncraig Castle zabudowań, sami zajęli mieszkanko na górze, a wozownię na parterze przerobili na piękne, stylowe lokum dla turystów. W zaczarowanym ogrodzie otoczonym murem hodują warzywa i owoce, pomagają sąsiadom w drobnych projektach budowlanych, opiekują się swoimi gośćmi. I są w Szkocji szczęśliwi.
To oni nakarmili nas huggies, będącymi najbardziej dramatycznym elementem szkockiej kolacji. Jako przystawka – piramidki z kaszy zapiekanej z mieszanką owczych wnętrzonści, podane z krakersem, sosem chutney, pieczonym pomidorkiem (menu po polsku, tłumaczone przez googla, mówiło o chutney z „niebezpiecznych jabłek”). Na drugie pamiętam dużą ilość całkiem smacznie doprawionych ziemniaków duszonych z kapustą, do tego pieczeń na dziko i pudding, czyli podany na ciepło deser z owsianki i owoców leśnych. Całość zabójczo kaloryczna, ale.. mniam!
Podobnie jak zapowiedzi bardzo złej pogody, tak i te o bardzo nieapetycznym jedzeniu nie spełniły się.
Plockton to jedyna wioska szkocka zwrócona ku wschodowi. Stąd… palmy w ogrodach, w surowym, północnym klimacie. I cisza… cisza…Granatowe wody zatoki po horyzont, przechodzące w ciemną linię pasma gór Applecross z jednej strony i Cuillin z drugiej. Oprócz jednego szeregu domeczków ułożonych wzdłuż brzegu, dwóch pubów, sklepiku wielkości naszej sypialni, nie było tam nic. Mówi się, że Plockton to „highlandzki klejnot”.

DSC04512 DSC04515 DSC04850

P1080953 DSC04556

DSC04627 DSC04861
Duncraig Square, gdzie mieszkaliśmy, to położone na terenach przyzamkowych „czworaki”, zabudowania gospodarcze i administracyjne. Historia Duncraig Castle jest niezwykła. Wybudował go w drugiej połowie XIX wieku szkocki handlarz opium, aby mieć gdzie przyjmować i zabawiać swoich licznych przyjaciół. W planach uwzględniono nawet prywatną stację kolejową dla przyjezdnych gości. Potem zamek przeszedł w ręce małżeństwa, które na początku XX wieku mieszkało w Indiach, prowadząc tam działalność charytatywną. Po powrocie założyli w zamku szkołę rzemiosł, a w Duncraig Square mieszkali między innymi nauczyciele. Nad wejściem wykuto w kamieniu duży napis: „ Fear God, Work Hard, Be Honest”. W czasie wojny zamek zamieniono w szpital dla marynarzy. A potem przez wiele lat służył, będąc dalej w rękach państwa, jako szkoła gospodarstwa domowego dla panien, aż do 1989 roku.
Dziś jest w remoncie i obecni, prywatni właściciele otworzą w nim niebawem luksusowy hotel. Ich historia jest tak ciekawa, że być może napiszę o tym osobne opowiadanie. Teraz wspomnę tylko, że kupili 80-pokojowe zamczysko w 2003 roku za, bagatela, 500 tysięcy funtów. W Londynie dzięki takiej sumie można zostać posiadaczem zaledwie nędznego mieszkania w dobrej dzielnicy lub jako takiego domu w nędznej. Żona „pana na zamku” pochodzi z Jamajki i jest prawdopodobnie w promieniu wielu kilometrów jedyną „kolorową”. Ale, jakże typowo dla lokalnej ludności, pewna sąsiadka pocieszyła ją kiedyś: „Nie martw się, honey, nie nienawidzę cię za kolor skóry. Nienawidzę cię, bo pochodzisz z Anglii.”

DSC04852 DSC04548
Zarówno Duncraig Castle, jak i Plockton „występują” w serialu telewizyjnym, nakręconym według poczytnej serii szkockich kryminałów autorstwa M.C. Beaton, „Hamish Macbeth”. Rolę książkowego Lochdubh „gra” Plockton, a tytułowego bohatera znany z filmów „Trainspotting” i „Full Monty” Robert Carlyle. Nie trafilibyśmy pewnie nigdy na tę sympatyczną serię, gdyby nie jej obowiązkowa obecność w wideotece naszych gospodarzy.
Pierwszą niepieszą wycieczkę poza Plockton odbyliśmy pociągiem. Był to mój pomysł. Miałam ochotę przejechać się czymkolwiek, wyglądając przez okno. Na publiczną już teraz stacyjkę Duncraig wybraliśmy się przez las, pachnący mokrym mchem, pełen paproci i nieznośnych midges, malutkich, kąsających boleśnie muszek, których nie ma w południowej Anglii, a w Szkocji są zmorą turystów.

DSC04586 DSC04587 DSC04600

Trudno było uwierzyć, że z gęstwiny nadbrzeżnej roślinności wyłoni się prawdziwy pociąg…? Uprzedzono nas, że jest to przystanek na żądanie. Należy machnąć ręką i ciuchcia zatrzyma się, ot tak. Zanim to się stało, udało nam się jeszcze usłyszeć przez całą szerokość dzielącej nas od Plockton zatoczki koncert na dudach. Nagle poniosło po wodzie żałosną melodię. Komponowała się pięknie z dziką przyrodą w tle…

DSC04655 DSC04649 DSC04623

P1090001 P1080904 DSC04523
Niestety, koncert przerwał przyjazd pociągu. Spodziewaliśmy się pustych wagoników, jadących z punktu A do punktu B na pustkowiu. Tymczasem pociąg nadjechał wypełniony po brzegi. I to charakterami niczym z Hogwarts Express. Trasa wiodła raptem z ostatniej przed Hybrydami wioski lądowej, Kyle of Lochalsh, do Inverness, stolicy Highlands. Widocznie Szkoci lubią korzystać ze swoich kolei państwowych. Ledwo wcisnęliśmy się gdzieś pomiędzy ubranych w szkockie kraty, starszych pasażerów, a już zjawił sie przy nas konduktor, który… wiedział, dokąd jedziemy. Do dziś nie mam pojęcia, skąd. Widział nas pierwszy i ostatni raz w życiu. Czuliśmy się trochę nieswojo, faktycznie jak na planie filmowym Harry Pottera. Mój sąsiad, słuchając naszych tłumaczeń przy kupnie biletu, że wysiadamy niedaleko, w Attadale, i zaraz wracamy do Plockton (czyli jazda znikąd donikąd), mruknął do kolegi: „Foreigners!”.

 

DSC04830 DSC04834

DSC04661 DSC04612
Oczywiście wybraliśmy się, mimo samochodowej traumy, na Hybrydy. Wystarczyło przejechać mostem na pobliską Isle of Skye. Pod błękitnym niebem, w towarzystwie prawie wyłącznie owiec przewędrowaliśmy kilka krótkich szlaków, podziwiając panoramę wysp: białe domeczki rozsiane na zielonych polach, urywiste, ścięte pionowo brzegi, a na dole rozbijające się o skały morze. Wrzosowiska sięgały czasami do samiutkiej krawędzi przepaści! Zobaczyć to wszystko w słoneczny dzień. Ech.. Warto było!

DSC04671 P1090029 DSC04665

DSC04757 DSC04699 DSC04696

DSC04720 DSC04677 DSC04717
Z żalem rozstaliśmy się z higlanderami i ich krainą. W drodze na wschód, w dzień naszej matrymonialnej rocznicy, zaliczyliśmy pocztówkowy Eilean Donan Castle oraz Loch Ness, no bo czegóż nie robi się dla dzieci. Ale kołysanka we dwoje na burzliwych wodach jeziora, na statku pełnym poszukiwaczy potworów, była całkiem przyjemna. I dobrze się rozmyślało nad ostatnimi dwudziestoma laty.

P1090125 P1090164 DSC04882
W Anstruther czekał na nas przytulny dom z ogrodem, położony w samym centrum nadmorskiego miasteczka. Te poranki z kawą i książką na ogrodowym tarasie, nieśmiałe, szkockie słońce, krzyk mew nad dachami… Wieczorami zapach ryb z najlepszej w UK smażalni fish and chips (tak przynajmniej głosiła reklama, ale były smaczne, fakt).

P1090215 P1090600

Tym razem odstawiliśmy samochód na dobre i co drugi dzień jeździliśmy lokalnym autobusem do Edynburga, a resztę czasu spędzaliśmy na wycieczkach brzegiem morza. Na jednej z nich, nieopodal Anstruther, nadzialiśmy się na olbrzymią świńską farmę! Ale wypas, takie świńskie wczasy nad samym morzem! Prawdę mówiąc, widok był tak zabawny, że nie chciało nam się iść dalej. Zaaferowane nie wiadomo czym świnie biegały po błotnistym polu, na którym stały małe, zbite z płyt domki. Chyba służył zwierzakom nadmorski klimat, bo wydawały się być dorodne i.. bardzo szczęśliwe. Prosiaki ganiały osobno, małymi stadami, czasami przystając przy „dorosłych”, może aby poprosić o pozwolenie na zabawę. Maciory sprawnie pilnowały świńskiego porządku. Wydawało mi się, że słyszę ich okrzyki na morskim wietrze: „Możecie pójść, polatać po plaży, ale wracajcie za pół godziny na obiad!”. Stałam przyklejona do płotu, wpatrzona w przesympatyczne świńskie ryje.

P1090525 P1090530 P1090531
Jakoś tak się składało, że głównie zwierzęta towarzyszyły nam na trasie z Anstruther do Crail.

P1090562 P1090541 P1090560

 

Zdarzyło się nawet, że pewne stado kóz uznało mnie za swoją przywódczynię. Podobno wyglądałam tego dnia jak jedna z nich i dlatego podążały za mną przez dobre dwa kilometry. Oczywiście było mi miło, ale trochę nie wiedziałam, co dalej. Musiałam przystanąć na dłużej i odczekać, aż się znudzą i pójdą skubać kolację.

P1090281 P1090297 P1090275
Szkocja… Edynburg to piękne miasto. Parkowa zieleń wokół olbrzymiego, zamkowego wzgórza, a potem już szarość wielopiętrowych, średniowiecznych kamienic przy Royal Mile. Miasto aż kipi od historii, wszędzie skojarzenia z moją ulubioną szkocką królową i męczenniczką, Mary Stuart. Odwiedziliśmy nie tylko Zamek Edynburski (Pałac Holyrood zostawiliśmy na następną okazję), ale i świetnie zachowany dom reformatora i maniakalnego prześladowcy Mary, Johna Knoxa (nasi gospodarze z Duncraig Square odziedziczyli niedawno po ciotce chatę nad jeziorem Carron i w czasie prac renowacyjnych znaleźli pod podłogą starą, przeżartą przez myszy Biblię, ukrywaną kiedyś, dawno temu – przed kim? pod groźbą jakiej kary?).

P1090710 P1090666 P1090351

P1090400 P1090398 P1090401

 

P1090366 P1090691
Niestety – niestety? – dużo czasu spędziliśmy na zwiedzaniu edynburskich księgarni. Stęsknieni za językiem angielskim i anglojęzycznym światem… Wyjechałam z Edynburga z pewnym postanowieniem. Przyznam się zaraz, jakim 🙂
Jednak użyliśmy ostatniego dnia samochodu. Pojechaliśmy do St.Andrews, gdzie a) kręcono pierwsze sceny „Chariots of Fire” (muzyka Vangelisa!) b) studiowali na najstarszym szkockim uniwersytecie książę William i księżna Kate c) znajdują się fantastyczne, nadmorskie pola golfowe. Do tego ruiny katedry, zamku i rozległe, pełne szalonych psów i uniwersyteckich joggerów plaże.

P1090916 P1090861

P1090827 P1090956 P1090838
Do domu w Niemczech wróciłam wiedząc, do czego będę dążyć przez najbliższy rok. Wierciłam dziurę w brzuchu M i udało się. Zamieszkaliśmy na Wyspach. Nie udało się co prawda w Edynburgu, a takie było moje marzenie, ale Londyn też może być.
A więc szkocki kryminał zakończył się dobrze dla naszej rodziny. A nie zapowiadało się…
P.S.
Niestety, nie jedziemy tego lata do Szkocji. Nie zobaczymy platform wiertniczych w Aberdeen, nie pozbieram materiałów do opowiadań lub powieści. Przegrałam wakacyjny przetarg 1:2. Kiedy indziej. Trudno.

P.P.S.

Parę fotek autorstwa Miecia 🙂

collage

 

2 Komentarze

2 thoughts on “Szkocki kryminał

  1. Dawno tu nie zaglądałam – biję się w piersi.
    Dziękuję za piękny, smakowity obraz Waszej szkockiej podróży. Napisałaś to tak, że prawie – byłam tam.
    (a, co tam! zdekonspiruję się: ja szłam na końcu tego korowodu kóz, więc mogłaś nie zauważyć). 😉

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: