Prawdziwi Grecy

karakaczani

W drodze

Trasa z Londynu do Sivoty prowadzi przez wyspę Corfu (gre. Κέρκυρα). Zamiast wylądować na dramatycznie krótkim pasie tamtejszego aeroportu, trafiamy z dobowym opóźnieniem do Prevezy, na stare, wojskowe lotnisko. Znajomy zabiera nas stamtąd samochodem do Igoumenitsa, gdzie powinniśmy dotrzeć promem.

Z oboma środkami lokomocji wiążą się ciekawe fakty. Lotnisko w Corfu należy do kategorii B, czyli średnio bezpiecznych. Po wylądowaniu na nim w zeszłym roku sprawdziłam, czy to normalne, że się tak bałam, i czy może być gorzej. Owszem, może, szczególnie na Karaibach, gdzie znajduje się większość najniebezpieczniejszych lotnisk (najkrótszy pas na świecie – 396m). Albo na Gibraltarze, gdzie pas krzyżuje się z autostradą, oraz w szkockim Barra, gdzie ląduje się na… plaży. Jednak lądowanie na Corfu to też wielka przygoda.

Pas w Corfu wygląda tak:

corfu-airport2

Z lotniska jedzie się taksówką lub autobusem na prom, który przepływa odległość pomiędzy Corfu a Igoumenitsa w dwie godziny. Kupiliśmy na nim w czasie jednej z przepraw mapę tej części Grecji i… złapaliśmy się za głowy.

– Zobacz te głębiny, kotku! – Mąż przerwał mi brutalnie kontemplację oddalającego się wybrzeża. – Wiesz, jak głęboki jest Bałtyk? Nie?! Średnio około 50m, najgłębiej chyba z pół kilometra. A zobacz tutaj!

Spojrzałam: trochę na lewo od Corfu Morze Jońskie osiąga głębokość ponad dwóch kilometrów. Sprawdziłam szybko na komórce: dalej na południe, ale ciągle na Morzu Jońskim znajduje się Calypso Deep – największa głębia śródziemnomorska – ponad pięć kilometrów!

W zatoce portowej Igoumenitsa witamy się na dobre z Grecją. Rzadko wracamy w te same miejsca, a tu proszę. Przyjechaliśmy ponownie dla Klaudii i Radka, których bardzo polubiliśmy. Nie wiemy jeszcze, że i Grecy, których za chwilę poznamy, okażą się fascynujący na tyle, aby odciągnąć nas od plaży i słońca. Na szczęście pogoda w czasie kwietniowo-majowego pobytu nie będzie nas rozpieszczać.

Droga z Igoumenitsa do Sivoty wije się malowniczo wokół okolicznych gór. Zatrzymujemy się na kawę w sennej wiosce Plataria. Moi towarzysze rozprawiają o smartfonach, ja zawieszam wzrok na spokojnych wodach zatoki. Stolik przed nami zajmuje kilku wygarniturowanych Greków. Niemłodzi, zrelaksowani, pewnie właściciele okolicznych apartamentów. Jest z nimi i pop, rozprawiający żywo, wyraźnie dominujący w towarzystwie. Wkrótce podnosi się, żegna i oddala. Po drodze pochyla się nad zaparkowanym niedaleko mnie wózeczkiem z bobaskiem.

Mężczyźni pod nieobecność duchownego rozglądają się bacznie, wypatrują czegoś zza przeciwsłonecznych szkieł, choć na niebie gęste chmury. Domyślam się z ruchu ich głów, że taksują wzrokiem matkę dziecka, ładną, młodą blondynkę. Mnie zaledwie omiatają spojrzeniem.

Pop już na ulicy. Czarne pędzelki paska od habitu dyndają zabawnie pod opasłym brzuchem.

Wzmocnieni pyszną kawą, wracamy na krętą drogę i przebijamy się przez pokryte gajami oliwnymi zbocza gór Parga, których pasmo kończy się w miejscowości o tej samej nazwie. Trafimy do niej następnego dnia.

Niezwyciężeni

Parga zasłynęła z dzielnej, wielowiekowej obrony przed piratami i Turkami.

IMG_5724

Wzgórze zamkowe w Pardze

Zamek w Pardze kilkakrotnie burzono pomiędzy XI a XVI wiekiem. Potem Wyspy Jońskie trafiły w ręce Wenecjan, którzy respektowali sposób życia lokalnej społeczności w zamian za jej udział w eskapadach floty weneckiej. Pargianie stanowili jedyną w regionie Epiru społeczność chrześcijańską, broniącą się od wieków przed najazdami Turków. Dawali schronienie uciekającym z gór, prześladowanym współwiercom. Wenecjanie pomogli Pargianom wzmocnić wzgórze, zaplanować system zabezpieczeń oraz zdobywania wody w czasie oblężenia. Na terenie twierdzy zbudowano 400 domów, dzięki czemu cała ludność mogła schronić się w razie potrzeby przed wrogiem. Dzięki temu Parga pozostała niezdobyta przez ponad 200 lat, kiedy Epirem rządzili Turcy.

Na początku XIX wieku los rzucał osadę kolejno w ręce Francuzów i Brytyjczyków, którzy w 1817 roku sprzedali ją tureckiemu namiestnikowi, Alemu Paszy, za 150 tysięcy funtów. W wyniku tego w Wielki Piątek 1819 roku cała ludność (około 4 tysiące osób) opuściła rodzinne strony, zabierając ze sobą nawet prochy zmarłych z okolicznych cmentarzysk. Pargianie przenieśli się na Corfu, gdzie pod rządami Brytyjczyków marzyli o powrocie na swoje ziemie i o niepodległości. Wytrwali prawie sto lat, kiedy to w wyniku wojen bałkańskich, w 1913, Parga wraz z całym Epirem zostala oswobodzona spod rządów Cesarstwa Osmańskiego.

Dziś Parga jest jedną z najpopularniejszych miejscowości turystycznych tego regionu. Z zamku, wzbogaconego przez Paszę o harem i łaźnie tureckie, pozostały ruiny – doskonały punkt widokowy.

FullSizeRender(100)

Wyspa Panagia u wybrzeży Pargi

U gospodarzy

W Sivocie oczekuje na nas wynajęty nie bez trudu (przed sezonem) pokój w willi na szczycie góry, z widokiem na port, pobliskie wyspy oraz niebywale spokojne, srebrzące się w promieniach słońca Morze Jońskie. Wita nas mówiący biegle po angielsku Grek w średnim wieku. Gdy dzwoniłam poprzedniego dnia, aby zapowiedzieć 24h-opóźnienie, trafiłam na jego mamę. „My English is very small” – powiedziała w rozpaczy; odtąd będę z nią rozmawiać po włosku.

Villa i mama noszą imię Polyxeni, co znaczy „bardzo gościnny, goszczący wielu”.

poly1

FullSizeRender(98)

Villa Polyxeni

Jowialność Nikosa jest wprost ujmująca. Jego ojciec natomiast, wysuszony, ale wciąż zażywny staruszek, powie do mnie jedno jedyne słowo w czasie całego naszego pobytu: „Kapelusz”. Stanie się to, kiedy przejdę przez atrium ubrana w strój do opalania. Nie uśmiechnie się ani razu, nie dosiądzie do naszego stołu jak pozostali członkowie jego rodziny. Będzie wędrował z kijkiem, wychodził i wracał o dziwnych porach. Raz dojrzę go z tarasu, przecierającego szmatką plastikowe linki w ogrodzie. Powiesi na nich powoli, metodycznie kilkadziesiąt białych ręczników.

Taki jest senior rodu, Giorgos, którego imię poznamy dużo, dużo później, dzięki korespondencji emailowej, jaką nawiążę z Nikosem.

Wieczorem, biesiadując w ogrodzie z naszymi znajomymi i Polyxeni, poznamy drugiego jej syna. Ares wkroczy z mundurem opakowanym w folię i naręczem zakupów. Potraktuje nas początkowo z góry, aby z czasem nabrać zaufania i opowiedzieć, kim są, skąd pochodzą dumni członkowie jego rodziny.

Państwo G. to Karakaczanie.

Obaj bracia G. są z zawodu policjantami. Polyxeni pochwali się, że Ares został przyjęty do Akademii Policyjnej w Atenach jako jeden z 60 najlepszych kandydatów w całej Grecji. Zostaniemy wtajemniczeni w wiele historii ze światka przestępczego w Sivocie, o których ze zrozumiałych względów pisać tutaj nie będę.

Dowiemy się też niebawem, że bracia świetnie gotują i pieką. Mama zareklamuje ich ciasta, między innymi babeczki z bekonem i serem, które pojawią się na niedzielnym stole przy śniadaniu.

Ale największe wrażenie zrobi na mnie opowieść Aresa o nocnych polowaniach jego i Nikosa na ośmiornice. Połów to zaledwie połowa sukcesu, sztuką jest bowiem sprawienie morskiego potwora, tak by mama mogła zabrać się za gotowanie zupy z 2-5kg mięsa. W tym celu przecina się ośmiornicy (nie przegryza, jak twierdzą niektórzy!) nerw między oczami, na „czole”, tłumaczy Ares, żywo gestykulując. Potem wywraca się jej ciało na lewą stronę i usuwa wnętrzności, worek z sepią (tak! tego barwnika używano dawniej w szutce fotograficznej, a do dziś w malarstwie) i podwójny dziób, przypominający papuzi (zdarzyło się, że ośmiornica ugryzła Nikosa w ramię). Następnie potrzeba silnego mężczyzny – Ares i Nikos idealnie się do tego nadają – gdyż należy uderzyć ciałem martwego zwierza dokładnie 40 razy o skałę. Chodzi o to, aby masa mięsna skruszała. Od czasu do czasu robi się przerwę, aby pomasować zmasakrowane zwierzę i sprawdzić, czy zaczyna wydzielać pianę. Jeśli tak, jest się bliskim sukcesu.

common-octopus0003-1024x685

Octopus vulgaris

Przez chwilę robi mi się żal niebieskokrwistego drapieżnika, o którym wiadomo, że  umie się bawić, świetnie maskować i wyróżnia go niezwykła inteligencja!

Wieczorem, kiedy mąż zaśnie błogo, utulony górską ciszą, ja przeczytam z wypiekami na twarzy, że ośmiornice potrafią zjeść własne ramiona, jeśli dokucza im głód, że w okresie godowym samicom zdarza się zjeść samca, zamiast z nim spółkować, no i niektóre gatunki uczą się naśladować do piętnastu różnych zwierząt, między innymi węża morskiego czy meduzę. I potrafią odkręcić wieko słoika!

Tymczasem nazajutrz będę pływać w zatoce Karvouno, jeśli tylko poprawi się pogoda. Sama.

IMG_5218(1)

Karvouno

Karakaczanie mają blond włosy, i tutaj musimy uwierzyć im na słowo. Większość zdjęć w książce, którą pokazuje nam Ares, jest czarno-biała. Polyxeni i Giorgos są siwi, a ich synowie to niebieskoocy szatyni. Sprowadzili się do Sivoty z okolic Janiny (przedgórze pasma Pindos). W 1979 roku ojciec postanowił wybudować na wybrzeżu willę dla turystów. Nikos twierdzi, że byli jednymi z pierwszych w biznesie i będą ostatnimi, którzy się poddadzą, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Podobnie funkcjonują w sezonie – otwierają w kwietniu, zamykają w listopadzie, z czego nietypowi turyści – tacy jak my – chętnie korzystają.

Polyxeni, po osiedleniu się w Sivocie, nie miała problemu z odnalezieniem jasnowłosych synków w tłumie dzieci. Dziś, mówi Ares, już co czwarty mieszkaniec pochodzi z rodu Karakaczanów.

Obaj panowie to LePeniści. Spędzamy u nich weekend pomiędzy pierwszą a drugą turą wyborów we Francji, mój mąż ma więc z kim pogadać o swojej faworytce. A jeszcze w samolocie zbierało mi się na torsje, kiedy tak zaczynał konwersację:

– Kotku, wiesz, że Marine była dziś na rybach?

Ja znajduję z braćmi inne wspólne tematy, które z kolei nudzą męża. Omawiamy na przykład sposoby pielęgnacji włosów. Ares tłumaczy mi, jak uzyskać piękny połysk, za przykład podaje statuę Zeusa w Atenach (nie widziałam osobiście, niestety). Głowę bóstwa niebios oplata cienki warkocz. Ukryte pod nim pasma błyszczały według Aresa przepięknie w naturze, i tak wygląda do dziś wielu Greków! Tu Ares spogląda na moje splątane wiatrem morskim loki i stwierdza z niesmakiem:

– Nie takie jak twoje.

No cóż. Mogłabym się bronić, że używam regularnie maski do włosów marki Ziaja, ale jakże daleko jej do mikstury, którą opisuje Ares, i która służyła ponoć już w starożytności do pielęgnacji owłosienia greckim brodaczom. Przygotowywano ją na bazie wywaru z popiołów odpowiednich roślin, połączonego z oliwą. Efekt, jak widać poniżej, murowany.

zeus

Zeus z Aten

Rodzina G. zużywa w ciągu dwóch lat 350 litrów oliwy własnej produkcji. Samo zdrowie. Ares opowiada, że pochowali niedawno krewnego: wujek dożył 100 lat i… jest najmłodszy na cmentarzu w ich wiosce! Wierzyć mu? Wierzę, podziwiając potężną posturę mojego rozmówcy, piękną cerę i witalność.

Przy rozmowach, które coraz trudniej spamiętać (pomijam całkowicie wątki kryminalne), towarzyszy nam grecki bimber. Wielka butla stoi sobie w kuchni obok kilku kieliszków do wódki. Nie wpadlibyśmy na to, że to na nas czeka na tacy obowiązkowy grecki poczęstunek, gdyby nie polscy znajomi, zachwalający gorąco jego walory; wyczytuję później, że „najlepsze ouzo jest najgorszym tsipouro”. 40-procentowe „cipuro” smakuje wybornie i nawet mnie, osobie o bardzo słabej głowie, udaje się wypić prawie dwa naparstki. Wytwarza się tsipouro z resztek po domowej produkcji wina, czyli skórek, pestek i odrobiny soku winogronowego.

poly2

Villa Polyxeni

Klaudia tymczasem przygotowuje w pośpiechu limoncello, spopularyzowane na tych terenach przez Wenecjan. Cytryny rosną tuż nad naszymi głowami! Nalewka dojrzeje w porę, trafi idelanie w nasze słodkie gusta. Podobnie jak ciasta podawane zamiast śniadań, których według booking.com w ogóle nie powinniśmy otrzymać. Gościnność rodziny G. nie zna granic. Mój ulubiony poranny przysmak to ciasto na bazie grysiku z kukurydzy, mmm. Mężowi smakuje podobna do naszej babeczka i oczywiście wypieki na bazie ciasta phyllo (filo), zbliżone do baklavas.

Do Londynu przyjadą z nami domowe przetwory Klaudii: dżem z cytryn i specjalna konfitura, którą można dodawać do jogurtu, najlepiej naturalnego, greckiego.

FullSizeRender(97)

Prawdziwi Grecy

Po grecku: Σαρακατσάνοι, bułgarsku: каракачани, angielsku: Sarakatsani – to pasterze transhumancyjni, którzy wędrowali z letnich pastwisk regionu Epir, głównie z gór Pindos, nad Morze Egejskie, gdzie mieściły się ich pastwiska zimowe.

Społeczności transhumancyjne, zamieszkujące przez część roku trudno dostępne tereny górskie, zachowują duże poczucie tożsamości, odrębny język, wyznanie, strukturę społeczną.

Karakaczanie posługują się dialektem greckim z elementami greki antycznej, które nie występują we współczesnym języku greckim. Pochodzą według niektórych badaczy od Dorów i żyją na terenie północnej Grecji od czasów antycznych. Inna teoria głosi, że to pasterze, którzy uciekli w najbardziej niedostępne góry przed Turkami (karakaçan z tureckiego kara = czarny, kaçan = uciekinier). W języku aromańskim natomiast sarac-tsani = biedak.

Ares pokazuje zdjęcia, na których Karakaczanie ubrani są w tradycyjne stroje. Podkreśla, że w ich okolicy dominuje kolor czarny, w przeciwieństwie do stopniowo dodawanych, barwnych ozdób u tych, którzy wywędrowali dalej, na Bałkany. Obecnie Karakaczanie mieszkają poza Grecją w Bułgarii, Macedonii i Albanii.

sarakatchani02

Karakaczanie w tradycyjnych strojach

Skąd biegła znajomość włoskiego u Polyxeni? „Moja mama znała łacinę” – wyjaśnia mi krótko. Część Karakaczanów posługiwała się, podobnie jak bardzo im bliscy obyczajowo Wołosi, językiem aromańskim (z grupy języków romańskich, wywodzących się od ludowej łaciny).

Ares, przedstawiwszy się jako Karakaczan, wygłasza na samym początku takie oto zdanie: „Jesteśmy ludem nigdy nie podbitym.” Pokazując strój ludowy Karakaczanów, zwraca uwagę na obuwie. Mój mąż zauważa, że podobnie „zakręcone” buty noszą wartownicy z Gwardii Prezydenckiej w Atenach. Bingo. Stroje evzoni są charakterystyczne dla lekkiej piechoty górskiej (!!) i mają w sobie wiele elementów ubioru Karakaczanów – fustanelle, plisowane spódniczki zaprasowane w 400 fałd, na pamiątkę 400 lat niewoli tureckiej, i caruchi, podkute trzewiki. Demonstrując ich przydatność, Ares zdeptuje z impetem niewidzialnego wroga.

evzoni

Evzoni

Karakaczanie przestrzegali ścisłych norm społecznych i moralnych. Żyli w społecznościach patriarchalnych – mężczyźni trudnli się pasterstwem nomadycznym, podczas gdy kobiety nie tylko prowadziły, ale i budowały domy. Tymczasowe chaty karakaczańskie przypominały wigwamy, budowane z gałęzi i gliny. Synowie z rodzinami zamieszkiwali przy rodzicach i tylko oni mogli dziedziczyć stada, kobietom przekazywano w posagu sprzęty domowego użytku. Ożenek był aranżowany i odbywał się poza grupą krewnych. Rozwodów oraz ponownego ożenku wdów nie dopuszczano.

W latach 50-tych liczebność ludu Karakaczanów w Grecji wynosiła około 80 tysięcy. Od tamtego czasu poddali się stopniowej urbanizacji, przywiązując szczególną wagę do tego, aby przynajmniej jeden syn ukończył szkołę średnią i uczelnię.

U naszych gospodarzy plan powiódł się wspaniale. Państwo G. mają piękną willę wielopoziomową, w której mieszczą się swobodnie trzy rodziny i kilkunastu turystów. Należą też do nich ziemie w wiosce, z której pochodzą, uprawiają tam warzywa, owoce, sad oliwny i oczywiście hodują owce. Synowie piastują stanowiska administracyjne w Sivocie. Była synowa jest Dunką, wnuki mieszkają w Kopenhadze. Ich świat się zmienia. Mimo to Ares oświadcza:

– Jesteśmy prawdziwymi Grekami.

IMG_5251

Villa Polyxeni

Karakaczanie przestrzegają obrządku greckokatolickiego, Wielki Tydzień to ich najważniejsze święto. Cykl roczny wyznaczały dawniej obchody św. Jerzego (26 kwietnia), kiedy wyruszali na górskie hale, i powrót z nich jesienią na św. Demetriusza (26 października).

Badacze dostrzegli silny związek pomiędzy nomadycznością Karakaczanów i intensywną rytualizacją życia, najprostszych czynności, ubioru, kodu moralnego, która miała chronić przed wykorzenieniem.

Tymczasem Nikos polegnie na naszych oczach w walce z booking.com. Uprze się, że nie wypada przyjmować zapłaty za pierwszą noc, którą zamiast u nich spędziliśmy na lotnisku w Amsterdamie. Po wielu telefonach i emailach Karakaczan, który nigdy nie poddał się Turkom, przegra z bezduszną korporacją.

Wojna domowa

Pewne źródła podają, że Karakaczanie zamieszkiwali również położone na północny zachód od Pindos góry Gramos. Już po powrocie do Londynu trafię w Newsweek/Historia na artykuł o greckiej mniejszości w Polsce, wywodzącej się właśnie stamtąd. To kolejna opowieść o niezwyciężonych Grekach.

Przeczytałam w zeszłym roku „Maga” Johna Fowlesa. Piękna lektura o miłości, kobietach, poezji, kondycji ludzkości, o poszukiwaniu tożsamości. O Grecji.

I jeszcze o wojnie. Nigdy nie zapomnę wstrząsających opisów tortur, jakim poddawano greckich partyzantów.

Powiem ci, czym naprawdę jest wojna. Psychozą spowodowaną nieumiejętnością zrozumienia wzajemnych zależności. Nieumiejętnością ustosunkowania się do naszych bliźnich. Do naszej ekonomicznej i historycznej sytuacji. A przede wszystkim do nicości. Do śmierci.

Epir to górzysta kraina – najwyższe szczyty w paśmie Pindos sięgają 2600 m n.p.m. Większość Epiru leży po zawietrznej stronie gór, wiatry od Morza Jońskiego przynoszą więcej opadów niż wynosi średnia krajowa. Dlatego ten zakątek Grecji kojarzony jest z tak bujną zielenią.

Zielone zbocza to nie tylko ojczyzna Karakaczanów. W Gramos, idealnej kryjówce dla bojowników, rozegrała się być może najboleśniejsza bitwa na greckiej ziemi – wojna domowa.

W czasie II wojny światowej Grecję okupowali Włosi, Niemcy i Bułgarzy. Pół miliona Greków zmarło z głodu, milion stracił dach nad głową. W ruchu oporu walczyli przede wszystkim komuniści, pod nieobecność rodziny królewskiej i wojska, które ewakuowano do Egiptu. Partyzanci z ELAS cieszyli się wielką popularnością wśród ludności cywilnej. Jednakże prawicowy rząd powojenny, kontrolowany przez Brytyjczyków, zażądał od ELAS złożenia broni. Doszło do ostrych walk, do Aten ściągnięto 50 tysięcy żołnierzy, którym kazano strzelać do ludzi, u boku których walczyli niedawno przeciwko nazistom. Po pięciu tygodniach walk ulicznych partyzanci przystali na zawieszenie broni. Porozumienie jednak szybko zerwano. Rząd zastosował biały terror – wysłał do wiosek i miasteczek zbrojne bandy, które nie tylko walczyły z lokalnymi jednostkami ELAS, ale również pacyfikowały ludność sprzyjającą partyzantom. Prześladowani uciekali w góry. Wkrótce powstała tam DSE – Demokratyczna Armia Grecji.

Brtyjczycy wycofali się wkrótce z kosztownego układu. Rząd ateński zaprosił na scenę Amerykanów, którzy rzucili ogromne środki, zarówno administracyjne, jak i wojskowe. Wobec 400-milionowej pomocy (USD), przydzielonej na grecki cel przez prezydenta Trumana, armia DSE nie miała szans. Stalin oficjalnie nie pomagał greckim komunistom, namawiał natomiast do wsparcia ich celów kraje bloku wschodniego, między innymi Polskę. Z polskich portów popłynęły do Albanii statki z bronią i żywnością dla partyzantów.

Polskie Ateny

Już w trakcie wojny domowej postanowiono usunąć z terenów walk dzieci, między innymi aby zachęcić dorosłych do liczniejszego udziału w partyzantce. Wyjechało z Grecji, uciekając przed amerykańskimi bombami napalmowymi, 12 tysięcy maluchów. Pierwszy transport tysiąca małych greckich uciekinierów trafił do Lądka-Zdroju w 1948 roku.

Kolejne transporty pełne były wymagających opieki medycznej dorosłych. Przez świetnie wyposażony w celu pomocy Grekom szpital w Dziwnowie przewinęło się dwa tysiące partyzantów. Przyszło tam na świat kilkadziesiąt niemowląt greckich, a zmarło niespełna trzydziestu pacjentów. Oto wzorowy przykład traktowania uchodźców.

W sumie 14 tysięcy Greków trafiło do Zgorzelca, tamtejszych poniemieckich koszarów i pustostanów w centrum miasta. Małe Ateny tętniły życiem, wydawano nawet dziennik w języku greckim – „Dimokratis”. Lokalna społeczność przyjęła przybyszów z południa Europy z otwartymi ramionami.

W 1951 roku zgorzeleccy Grecy i Macedończycy musieli zrobić miejsce tysiącom żołnierzy w nowo powstałych jednostkach nadgranicznych. Rozjechali się wtedy po Polsce.

Eleni, Paulos Raptis, Jorgos Skolias – te nazwiska przychodzą mi do głowy, kiedy myślę o polskich Grekach. Na Dolnym Śląsku i w Bieszczadach powstały całe greckie osady. Do połowy lat 70. wznoszono w nich toasty grecką wódką: „Oby za rok już w ojczyźnie”.

Po upadku junty czarnych pułkowników możliwy był wreszcie szczęśliwy powrót do kraju. Na pozostanie w Polsce zdecydowały się niespełna 4 tysiące Greków.

Chciałabym spytać naszych „prawdziwych Greków” o ich udział w tamtych wydarzeniach. Myślę, że będzie to trudna rozmowa. Bratobójcze walki nie tylko zapisały się w historii Europy jako pierwsze starcie w ramach zimnej wojny. Rząd uruchomił aparat represji, sądy wojenne skazały na śmierć 1200 osób, uwięziono 50 tysięcy, między innymi w budowanych na wyspach obozach koncentracyjnych. Nie oszczędzano kobiet i dzieci.

Tajemnice Epiru

Epir należy do najmniej uczęszczanych przez turystów regionów Grecji. A szkoda. Przepiękna Bella Vraka w samej Sivocie, przytulne zatoczki na wybrzeżu pomiędzy Sivotą i Pargą, niektóre puste, wyludnione, „nieindustrialne”, jak mawiają nasi przyjaciele, to wymarzone miejsca do wypoczynku.

DCIM108GOPRO

Bella Vraka

W głębi lądu cel naszej ostatniej wycieczki: mityczna rzeka Acheron, jedna z pięciu rzek Podziemia. Gdy pytam lokalsów o najważniejszą według niektórych źródeł rzekę Podziemia, Styks, kiwają głowami bez zrozumienia! Może to ten strumyk, co spływa z gór?

Na szczęście Acheron figuruje na mapie, nie budzi żadnych wątpliwości. Zajeżdżamy do wioski Glyki i wybieramy się na przejażdżkę łodzią. Nasz Charon jest młodziutki, miły, jasnowłosy, urodził się we Frankfurcie nad Menem i nie bierze ani jednego srebrnika za przejażdżkę. Potem brodzimy w dół rzeki, w kierunku kanionu. Acheron to rzeka smutku. Nam jest wesoło, Klaudia napoiła nas pożywnymi koktajlami, zanim wyruszyliśmy. Ale co będzie po powrocie?

Po powrocie pójdziemy na kawę. Zasiądziemy nad brzegiem rzeki i pociągnę przyjaciół za języki. Podróżnicy, takiej okazji nie mogę zmarnować.

Wody Styksu natomiast są trujące. Lepiej byłoby ominąć górski strumyk, wypadający z impetem spośród skał. Wiążą się z nim liczne przepowiednie. Złożona tutaj przysięga, raz złamana, ściągnie na bóstwo karę dziewięciu lat ziemskiego życia. A na człowieka? Dziewięć lat utraty głosu. Ten można chwilowo stracić od choroby gardła, bo woda, w której brodzimy, ma 8 stopni!

IMG_5114

IMG_5068(1)

IMG_5118

W dolinie Acheronu

IMG_5725

Styks (wersja dla łatwowiernych, romantyków etc.)

Mój ulubiony wątek z krainy Hadesu to porwanie Persefony, zwabionej przez króla Podziemia kwiatem o stu pączkach, który pojawił się nagle na łące. Matka Persefony, Demeter, boginii płodności, szukała córki przez 9 dni, aż w końcu popadła w taką rozpacz, że ziemia przestała cokolwiek rodzić. Zeus, brat Demeter, ulitował się i wyjawił jej miejsce pobytu córki. Niestety, Hades zastosował podstęp i poczęstował ukochaną owocem granatu, co skazało Persefonę na wieczne przywiązanie do Podziemi. Odtąd Demeter i Hades dzielili się towarzystwem pięknej Persefony. Kiedy opuczała matkę, na Ziemi nastawały jesień i zima. Persefona to boginni opiekująca się duszami zmarłych. Te, którym nie udało się przekroczyć bram Hadesu, pozostają na zawsze gdzieś na bagniskach, a może nad pokrytym liliami wodnymi jeziorem Kalodikiou, które mijamy po drodze? Podobno, podobno…

Kalodikiou

Kalodikiou

Persefona nigdy nie pokochała Hadesa, ale była posłuszną żoną, on zaś dobrym mężem. Nie bywał wśród bogów olimpijskich, nie ucztował z nimi. Dlatego czczono go na kolanach (!!), bliżej ziemi, a nie modląc się z ramionami wzniesionymi ku górze. Grecy postawili mu tylko jedną świątynię, ukrywali się z kultem Hadesa, choć uważali go za boga sprawiedliwego i surowego.

Zdarzyło mu się zdradzić żonę z nimfą Minte. Persefona nie omieszkała się zemścić. Odtąd doprawiamy potrawy delikatnym ziołem mięty…

Hades-et-Cerberus-III

Hades

Marzy mi się jesienna wizyta w willi państwa G. i wyjazd do wioski Karakaczanów na św. Demetriusza. Zobaczyć ich gniazdo rodzinne, tańczących i śpiewających współziomków, najeść się pysznie przyrządzonej baraniny.

Bo łowić ośmiornic raczej na pewno nie będę. Za to ludzkie historie – z przyjemnością.

IMG_5053(1)

Zdjęcia: własne, TravellersGreece.com, atcorfu.com, thesprotia3d.gr, syvota.dk, weheartdiving.com, aussie55.weebly.com, pixdaus.com, wikimedia.org
Screenshot 2017-05-14 12.16.43
Screenshot 2017-05-14 12.11.44

1 komentarz

One thought on “Prawdziwi Grecy

  1. Wreszcie przysiadłam i przeczytałam, Zuza!
    1. biedna meduza.
    2. przywiozłaś choć malutką butelkę tej dobrej oliwy?
    3. a tsipouro? (bo te dżemy i konfitury, eee…)
    4. nomadyczni Karakaczanie – a to Ci się trafiło, wszak też nomadkaś
    5. uchodźcy… Kiedyś Polska ich przyjęła i to w dużych ilościach, ale dla dzisiejszych rządzących co to za wzór? stalinowski, peerelowski, be!
    6. Małe Ateny, Mała Moskwa (to z kolei o Legnicy) – ciekawa ta nasza powojenna historia
    7. jakiego srebrnika? obola powinien wziąć (lub nie) 😉
    8. „Nocy, nocy,
    w skałę przemień mnie,
    ale łysą
    i niemrawą,
    żeby żaden kwiat
    ani trawa,
    tylko wia-a-tr, ciemności,
    stada wron,
    i zwal w rzekę boleści,
    w Acheron”. (Nenia Niobe, Gałczyński)
    9. mit o Demeter i Korze-Persefonie jest też jednym z moich ulubionych, bo mnie zawsze poruszało cierpienie nieszczęsnej matki, ale u Gałczyńskiego jest jeszcze bardziej przejmująca „biedna córa Tantalowa,
    biedna żona Amfionowa,
    Niobe, nieszczęsna rodzica”…
    10. baranina! sto lat nie jadłam, a uwielbiam; a może jeszcze jagnięcina? nigdy nie jadłam; musisz mnie zabrać do tej Grecji 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: