Niebo nad Londynem

DSC06772

Najczęściej – nie da się ukryć – bywam we własnym mieszkaniu. Na szczęście jest ono – przynajmniej moim zdaniem – godne wzmianki jako londyńska atrakcja. Dlaczego? Otóż…

Mieszkamy w bloku oddanym do użytku zaledwie rok temu. Jeszcze w sierpniu 2013 pachniało tutaj świeżą farbą. Dlatego zdecydowaliśmy się na wynajęcie tego właśnie mieszkania – bo przywykliśmy do niemieckiego poziomu „Neubau”, czyli nowego budownictwa, a baliśmy się brytyjskich smaczków z, aczkolwiek architektonicznie pięknej, wiktoriańskiej epoki. Stuletnie okna, rury na zewnątrz budynków, podwójne kraniki – osobno zimna i ciepła woda, wilgotne ściany, zaskakująca akustyka. Ten rozdział jukejowskiej przygody odłożyliśmy na później.

Blok, w którym mieszkamy, jest japiszoński, nowoczesny, a przede wszystkim bezpieczny.

Przyzwyczajeni do niezamykania drzwi wejściowych czy tarasowych – tak żyje się na niemieckiej prowincji – wiedzieliśmy, że w Londynie nie przetrwamy bez odbycia kilku lekcji w zakresie obrony cywilnej. Już w czasie pierwszej wycieczki pod przewodnictwem naszego agenta z firmy relokacyjnej mieliśmy okazję zobaczyć, że bywa tutaj… inaczej. Groźniej. Brian, rosły Murzyn, były policjant, obwoził nas pewnego kwietniowego dnia po zakamarkach Greenwich, gdzie – dosłownie vis-à-vis słynnego parku – byliśmy świadkami takiej oto sceny: na środku ruchliwej trasy zaparkowano, raczej nieprawidłowo, dwa samochody. Ich kierowcy stali nieopodal i krzyczeli na siebie, gestykulując przy tym żwawo rękami. Jeden z nich pobiegł nagle do swojego samochodu i wyjął coś z bagażnika. Wrócił uzbrojony w…kij bejsbolowy! Tak się szczęśliwie złożyło, że miał, jako zapewne zagorzały sportowiec amator, narzędzie walki zawsze przy sobie. Jego niedoszła (a może i doszła, nie wiem, bo dalszego ciągu nie widzieliśmy) ofiara zaczęła uciekać wokół zaparkowanych pojazdów. Istny cyrk! Ale dla mnie najbardziej zadziwiające było to, że nikt, absolutnie nikt, nie zareagował, nie zatrąbił choćby raz, nie zatrzymał się. Sznur samochodów mijał scenkę jakby nigdy nic. Totalna znieczulica. Brian, zapytany przeze mnie, czy to jest w Londynie „normalne”, odparł, że absolutnie nie. Dodał nawet, że widzi takie coś pierwszy raz w życiu. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że był ex-gliną. Nieźle nas wkręcał. Ale i tak go lubię.

A więc mieszkamy tutaj bezpiecznie, od ulicy dzieli nas ośmioro drzwi, z tego troje na „foby”, coś w rodzaju minipilotów. Ostatnie, do mieszkania, na klucz. Zwykły klucz. I wszędzie kamery. Dwóch conciergów ma nas na oku przez 24 godziny na dobę. Samochód stoi na podziemnym parkingu, na który wjeżdża się przez bramę, też oczywiścię otwieraną pilotem.

Tak, czujemy sie tutaj bezpiecznie. Sąsiedzi raczej mało rozmowni, japiszońscy, „cool”. Moi chłopcy (M i M) mają co oglądać w podziemnym garażu. Trochę jak w salonie samochodowym. Mnie to ani ziębi, ani parzy. Nie siadam w Londynie za kółkiem. Po wypadku w Szkocji pewnie nigdy się nie zdecyduję.

Wewnątrz, w „klatkach schodowych”, atmosfera raczej hotelowa. Wszędzie grube dywany „wall to wall”. Cichutko. Na ścianach wiszą ładne, czarno-białe fotografie naszej dzielnicy, czyli Blackheath. To taka poddzielnica Greenwich. Bardzo urokliwa. Szczególnie jej najstarsza część, czyli Blackheath Village. Ale nazwa Blackheath figuruje tylko w oficjalnym adresie, spacerkiem to jakieś dwadzieścia minut od nas. Żeby było weselej, mieszkamy w Kidbrooke Village. , a Kidbrooke to kolejna poddzielnica Greenwich. Nasz blok jest częścią dużego, nowoczesnego osiedla, zbudowanego przez znaną firmę deweloperską. Bloki małe i duże, domy szeregowe, parki, sklepy, centrum opieki zdrowotnej – miasto w mieście. I wszystko dopiero w budowie.

(Takie już mamy szczęście. W Niemczech, kiedy zamieszkaliśmy w naszym nowym domu, wokół nie było niczego. Ugory. Dzikie łąki, na których  szalały dzieci, psy i koty. W ciągu siedmiu lat nasza ulica, ba!, całe osiedle zapełniło się do ostatniej działki. Kiedy je opuszczaliśmy w zeszłym roku, wyglądało niczym obrazek z Legolandu – pastelowe domki, piękne ogrody, kręte ścieżki spacerowe, place zabaw. Budowano je całe siedem latach, na naszych oczach.)

Z miejsca, w którym piszę ten tekst, mam panoramiczny widok na park. Kątem oka widzę blok naprzeciw, podobny do naszego. Kilka pięter ciągle w budowie. Kiedy przyprowadziliśmy sie tutaj, był cały owinięty białą folią, podświetloną w nocy od środka – wyglądał niczym Reichstag podczas renowacji. Bardzo to lubiłam. Teraz zniknęła już folia i część rusztowań, ale budowlańcy towarzyszą mi w codziennych rytuałach, bo wszystkie okna w mieszkaniu są panoramiczne. Myślę, że najwięcej radości sprawia im moja codzienna, poranna sesja z hula-hoop. No cóż. Sąsiadek się nie wybiera. Z wzajemnością zresztą. Czasami wlatuje mi przez okno, niczym zbłąkany ptaszek, jakaś „kurewka” czy „jebnięcie” – ekipa najwyraźniej wielonarodowa.

Zaraz pod oknami mamy jeziorko. Sztuczne, ale jakże urokliwe. Jest i fontanna, tłumiąca skutecznie hałas dochodzący z ulicy. Są wodospady, bo jeziorek kilka. Nad nimi mostki. Tak – urokliwie. Mieliśmy nawet tej wiosny pierwszą rezydencką rodzinę kaczek, jedno małżeństwo i maluchy. Ale była zabawa, kiedy usiłowały zbliżyć się do fontanny.

Drzewa w parku są niewielkie, zaledwie kilkumetrowe, ale kiedyś będzie tu naprawdę pięknie. I cicho, bo hałas stłumią ich rozrośnięte korony. Za to widzę z mojego okna falujące na wietrze łany – nie zbóż, lecz trawy! Ten właśnie widok zainspirował mnie dziś do pisania. Uwielbiam obserwować pola falująych zbóż. Albo wysokich traw. Mogłabym na nie patrzeć godzinami. Zielonkawa łąka faluje, głaskana dłonią wiatru, niczym cieniutka chusta unoszona podmuchami powietrza.

Gdzie angielskie trawniki? Przystrzyżone starannie, soczystozielone. Nic z tych rzeczy. Kosiarka była tu ostatni raz miesiąc temu, a teraz mamy pod oknami piękną łąkę. A ile na niej zadowolonych pszczół!

Ale najpiękniejsze jest niebo. Niebo nad Londynem. Widzę je w całej okazałości. Ogrom nieboskłonu. Czasami ciężarne, w wielu odcieniach szarości. Chmurzyska pędzą wtedy naburmuszone. Częściej jednak – kto by pomyślał – jest to niebo błękitne, niczym we Włoszech. Bywa pełne bielusieńkich baranków. Jakby pastuch niebiański przygnał stado owiec ze Szkocji albo z Walii. Czemu nie? Toć owcami te wyspy stoją.

I zawsze wieją tu wiatry. A ja kocham wiatr! Wyspiarski klimat bardzo mi odpowiada. Tak jak nie lubię nudy, tak i nie przepadam za „statycznym” powietrzem. Przez te wiatry wszystko umiera co prawda po kilku tygodniach na moim balkonie, ale trudno. Naogródkowałam się już dosyć w poprzednim domostwie, teraz mam zasłużone wakacje.

Kiedy wprowadziliśmy się tu, dwie rzeczy nie dawały mi spokoju. Pierwsza to życie jak w twierdzy. Brak możliwości swobodnego wejścia do bloku. Dzwoni się do naszego mieszkania przez domofon, położony w innym budynku. Domofon uruchamia moją komórkę, pokazuje się na niej napis DOOR. Wciskam znak # i wrota otwierają się Gość musi pokonać istny labirynt, kombinację drzwi, schodów, wind, przyciskając po drodze kolejne duże, zielone guziki. I gdzieś tam w trakcie jeszcze raz do mnie zadzwonić. Nikt, absolutnie nikt nie dał rady tu wejść bez naszej pomocy. Oznacza to, że każdego gościa przyprowadzamy i odprowadzamy do samej ulicy. Bezpiecznie? Tak. Ale trochę nieludzko.

Inna rzecz, która mnie na początku męczyła, to syreny policyjne. Jednej nocy potrafiło zdarzyć się kilka alarmów. A przyjechaliśmy tutaj z podalpejskich, bukolicznych okolic, gdzie panowała magiczna wręcz cisza. Śpiewały świerszcze, pachniało krowim łajnem. Tymczasem tutaj ciągły ruch, cisza nie panuje dłużej niż kilka minut, nawet w nocy. Szok. Ale przywykłam, nie umiem już inaczej. Na wakacjach brakuje mi.. hałasu.

W nagrodę jeżdżą tą hałaśliwą ulicą czerwone doubledeckery – tylko w niedzielę, ale i tak frajda. A daleko, za drzewami widać pociągi. To nasza łączność z miastem, jazda do London Bridge trwa dwadzieścia minut.

Lubię tutaj mieszkać. Niebo nad Londynem kojarzy mi się ze szczęściem.

 

2 Komentarze

2 thoughts on “Niebo nad Londynem

  1. Hania

    Zuza, ja Ci sugerowałam chociaż metr na metr ogródka, a Ty masz pod domem taki WYPAS! 🙂 Nawet sadzawki z mostkami i łany traw. Wprawdzie ten londyński system zabezpieczeń jest zupełnie niearkadyjski, ale nic to. Każdy ma swoją Arkadię… Życzę Ci dalszego szczęścia pod londyńskim niebem, tak ładnie o tym piszesz…

    Polubione przez 1 osoba

    • Tyle czasu już minęło. Wrosłam po pachy w te łany i sadzawki. Już nie umiem inaczej 🙂 A szczęśliwa jestem, dziękuję. Ale to głównie dlatego, że piszę! 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: