Mały słownik szkockich niespodzianek

 

Pełna nazwa brzmi: „Mały, skromnie ilustrowany, prawie alfabetyczny, rocznicowo-rodzinny słownik szkockich niespodzianek”.

AAA – a jednak pojechał z nami Miecio! Miało być romantyczne duo z okazji 42małżeńskiego ćwierćwiecza – i bum! Dołączył w ostatniej chwili syn, trzeci pasażer volvo. Zdecydował o wyjeździe na trzy godziny przed startem, co kosztowało mnie migrenę, kompletne przepakowanie lodówki i auta, aranżację tysiąca drobiazgów pod kątem pustostanu w Londynie i jednego więcej uczestnika w Szkocji. Zapadła również decyzja (to już mąż i jego głowa na karku), że syn opuści Szkocję po kilku dniach – podwieziony do Inverness, uda się stamtąd w samotną podróż powrotną do Londynu autobusem National Express. Z tego kompromisu jednak ani my, ani wyżej zainteresowany nie zdecydowaliśmy się skorzystać. W związku z tym w dniu naszej rocznicy ślubu (1 września) konieczny okazał się…

Babysitting – zaproponowali go Helen i Kevin, zaprzyjaźnieni gospodarze, którzy gościli02-007 nas u siebie pięć lat temu; wtedy jako „polską rodzinę z Niemiec”, również świętującą wakacyjnie rocznicę ślubu (dwudziestą). Propozycję przyjęliśmy z wdzięcznością.  Miecio trafił na budowę siedliska Alexandrów na przeciwległym wybrzeżu Loch Carron. Pomagał im cały dzień w pocie czoła, wśród rojów muszek i wystrzałów z gwoździarki. Wyruszył o ósmej, zaspany, ale bardzo podekscytowany. Wrócił pod wieczór, zakatarzony, pogryziony i kochający nas, jak mi się zdaje, dużo bardziej niż rano. Efekt więc osiągnęliśmy w dwójnasób pozytywny, chociaż…

Bond – to marzenie ziściło się zaledwie raz, przez niecałą godzinę, w dniu samej 39-002rocznicy. A miało się spełniać przez cały długi tydzień: pragnęłam (tak, to było przede wszystkim moje marzenie) jeździć po Highlands z otwartym dachem, na przykład jak w „Skyfall”. I słuchać muzyki, dużo muzyki. Przeszkodził nie deszcz, lecz nastolatek; kto posiada jednego lub więcej w rodzinie, ten zrozumie. Dach otworzyliśmy raz, wracając z naszego rocznicowego tête-à-tête na Isle of Skye, a muzyki słuchaliśmy rzadko, i tutaj jedno malutkie, spóźnione „B”, właściwie dwa, czyli…

Bollywood i Bitcoin – moje sposoby, aby utrzymać męża w pionie przy kierownicy, w drodze do Szkocji. Wyjechaliśmy o dziewiątej wieczorem w piątek. Plan był taki, że prujemy przed siebie do oporu, aby nie stracić ani chwili z urlopu. Ja padłam o północy. Metr plus osiemdziesiąt centymetrów syna spał w pozycji embrionalnej na tylnym siedzeniu, do samiutkiego rana. Mąż pruł dalej. Kiedy się ocknęłam po pierwszej, zrobiło mi się głupio, zagadnęłam więc na temat, który męża zawsze podnieca: bitcoin. I się zaczęło. Zwykle to, co mąż wykłada po dwudziestej trzeciej, nieważne, czy na temat bóstw hinduistycznych, czy mechanizmów wymiany walut, usypia mnie jak najlepsza kołysanka. Tym razem nawijał o olbrzymich kamieniach z pewnej wyspy na Pacyfiku, które targano na inną wyspę i używano jako waluty. Uszczypnęłam się kilka razy, aby nabrać pewności, że to nie sen. Uspokojona, że słucham kawałka historii światowych finansów, szczerze się wciągnęłam. Ciągle nie rozumiałam, co to bitcoin, ale męża mój problem nie zrażał. Pruł na jednej kawie do przodu, ku wałowi Hadriana i dalej na dziką północ. Kiedy wreszcie zachwiał się nad kierownicą, chwyciłam się ostatniej deski ratunku:

– Kotku, a może puszczę coś z Bollywood? – zamiauczałam fałszywie.

Kotek poprosił, żeby puścić. Wiedział, że to podstęp, że ledwo toleruję jego ulubiony FullSizeRender(102)gatunek muzyczny. W samochodzie rozległy się egzotyczne śpiewy wokalistek z bogatej biblioteki w komórce męża. No cóż. Dzięki nim dobrnęliśmy do Abington w Szkocji, na duży, wygodny parking, pełen drzemiących w samochodach podróżnych. Zasnęliśmy głęboko. Obudziłam się pierwsza i natychmiast wyparowałam z samochodu, bo… jak okiem sięgnąć, byliśmy w Szkocji. Pooddychałam szkockim powietrzem, obudziłam męża i utknęliśmy na długo w Starbucksie, napawając się poranną kawą i świadomością, że urlop zaczął się na dobre. Niepomni tego, jak przykra kara może nas spotkać za poranne pielesze, ale o tym pod „M”…

Buraki – poza babysittingiem Helen i Kevin uraczyli nas rocznicową kolacją sałatkową zFullSizeRender(107) winem, podczas której potwierdziło się, że trafiłam w szkockie gusta z naszym narodowym barszczem! Częstowałam nim Niemców, Kanadyjczyków, różne bywały reakcje. U Alexandrów w zamian za barszcz, który uznali za wyśmienitą zupę, zostaliśmy poczęstowani sałatką z tartych na surowo buraków, z dodatkiem rukoli i oleju kokosowego. Bardzo nam smakowała. Niespodziewana wymiana polsko-szkocka została uwieczniona we wpisie do księgi gości.

Cranachan – na deser Kevin przyrządził szkocką specjalność: śmietankę wymieszaną z 44mascarpone, przybraną sporymi malinami, z dodatkiem otrębów moczonych w whisky. Spytany, jakim cudem takie wielkie te maliny, odparł: „Bo szkockie!” Znając jego poczucie humoru, sądziłam, że nas właśnie w maliny wpuszcza, ale nie. Doczytałam później, że Szkoci wzięli się za dochodową uprawę, tyle że na wschodzie, w hrabstwie Fife, gdzie pada mniej niż w Highlands i słońce nie grzeje tak bardzo jak na południu Anglii. W takich warunkach atmosferycznych dojrzewają maliny-giganty. Jednakowoż Kevin w jakieś maliny nas wpuścił, bo po całym dniu spędzonym na budowie zapomniał o otrębach nasączonych whisky! Nie szkodzi. Bez nich też smakowało. Whisky z Isle of Skye, słynnego Taliskera, zamówiłam sobie dzień wcześniej w restauracji – nie podeszła, aż nadto bogata w aromat dymu. Zresztą po deserze udaliśmy się do sitting roomu, popróbować wysokoprocentowych specjałów z barku Alexandrów. Więcej nie pamiętam, sorry. A tu w planach na następny dzień była…

Destylarnia Dalwhinnie – położona na naszej trasie do Stirling. Ponieważ podróżował z IMG_9567nami niepełnoletni, nie mogliśmy wziąć udziału w wyróżnionej nagrodą wycieczce po obiekcie. Nabyliśmy za to unikalną, miodową w smaku Winter’s Gold na długie, małżeńskie wieczory. Dalwhinnie to jedna z najchłodniejszych (średnia roczna temperatura około 6 stopni C) i najmniej słonecznych wiosek w Zjednoczonym Królestwie, o warunkach bardzo korzystnych dla procesu destylacji. Poznaliśmy jej produkt półtora roku temu, w charakterystycznym dla nas procesie kupowania whisky na lotnisku i smakowania z rodziną lub znajomymi, których wizytujemy w Polsce. Klasyczna, 15-letnia Dalwhinnie Single Malt trafiła na stół u Hani i Janka. O ile pamiętam, wszystkim smakowała. Niespodzianką dla mnie okazała się informacja, że whisky produkuje się w takich krajach jak Japonia czy Indie. Ciekawe jest też pochodzenie samego słowa: aqua vitae to „woda życia”, uisge-beatha (gaelicki-szkocki) lub uisce-beatha (gaelicki-irlandzki). Słowo whisky jest zanglicyzowaną wersją uisce, uisce => uiskie => whiskie => whisky (szkocka pisownia) albo whiskey (amerykańska, angielska i irlandzka). O leczniczych właściwościach whisky oraz latającym opacie będzie trochę dalej. My pijamy rzadko i ostrożnie, ale w Szkocji zdarzyły nam się inne używki. Chadzaliśmy mianowicie na…

Fajki – mimo że nie należymy do grona palaczy, od pewnego czasu popala mąż (zły IMG_9114wpływ moich dobrych koleżanek), a ja w Szkocji dołączyłam kilka razy – dla towarzystwa. Chadzaliśmy więc popalać na zamek, ukrywając ów akt przed synem. Jak para nastolatków, niegrzeczni i złączeni grzeszną tajemnicą. Niespodziewana atrakcja urlopowa. Duncraig Castle będzie mi się nieodłącznie z tym właśnie kojarzył: z wieczorną ciszą, która sprawiała, że oddalony o kilkaset metrów przeciwległy brzeg Loch Carron wydawał się bardzo bliski, i wszystkie inne miejsca, które zdążyliśmy odwiedzić, również. Gdyby je połączyć cienką nitką, myślałam sobie, zaciągając się Pall Mallem, powstałaby zgrabna pajęczynka, plus my, niczym te dwa podstępne pająki, ukryci na zamkowym wzgórzu w wieczornej mgle. Gdy odchodziliśmy stamtąd w czerń lasu, na poddaszu za naszymi plecami tliło się światełko. Niestety, nie kryło się w tym nic tajemniczego: to u Roba, opiekuna zamku. W Szkocji historyjki różnorakie, prawdziwe i nieprawdziwe, szybko się rozchodzą, niczym szepty w gęstej mgle. Jedna opowiada o tym, jak to nad szkockim zamkiem powiewa czasem nowozelandzka flaga. Znajdzie się być może w mojej następnej książce. A winna temu jest…

Kama Sutra – stojąca niewinnie wśród innych pozycji ze zbiorku kamaAlexandrów, przeznaczonym dla turystów. Zabrałam ją sobie do łóżka, jako towarzyszkę popołudniowej drzemki. Otworzyła się niechcący na pewnej stronie… Zaczytana, zapomniałam o bożym świecie. A kiedy zapatrzyłam się w jarzębinę za oknem, oblatywaną przez małe i duże ptaszyny, poczułam, że tak, że już wiem, że w tym zamku i w Tintagel, i jeszcze gdzie indziej… o tym będzie moja nastepna powieść! Leżałam długo (bez ruchu!). Pod wieczór wróciłam grzecznie do poprzednich lektur, bo przywieźliśmy ze sobą rozmaite…

Książki – staramy się czasem czytać symultanicznie, żeby mieć o czym rozmawiać. W tym nie kryje się żadna niespodzianka. Mąż zabrał ze sobą w komórce fotki dzisięciu ostatnich stron „Maga” Fowlesa i to był nasz pierwszy temat. Raczej brakło gorących dyskusji. Zaskoczeniem okazała się Wenecja, tłoczna i upalna, która wkradła się do szkockiej rzeczywistości za pośrednictwem „Ukojenia” McEwana. Połknęliśmy je w jeden czy dwa wieczory i zrobiło się gorąco. Bo dość mocno nie zgadzaliśmy się co do sensowności powstania tej minipowieści, jak i jej zakończenia. Etc., etc. My jednak mamy tak, że gdy jedno się zacina, czy to w dyskusjach, czy na ścieżce życiowej albo górskiej, wtedy drugie stara się przybiec z pomocą. I tak też było przy McEwanie, a potem na Old Man of Storr, gdzie odezwał się mój…

Lęk wysokości – doskwiera mi, odkąd cokolwiek pamiętam (jako dziecko bałam się, że 08-004spadnę z pralki Frani, na której tata stawiał mnie po kąpieli). Tyle że w Szkocji trudno o góry, które mogłyby kogokolwiek przestraszyć. Najwyższy szczyt, Ben Nevis, liczy sobie 1345 metrów; wiele innych, przepływających zieloną falą za oknem samochodu, wzdłuż tras przecinających Highlands, niewiele mu ustępuje, ale na tym koniec. Reszta nie sięga tysiąca. Wchodzi się na nie dość łatwo, trasy są wygodne, szerokie. W drodze na malowniczy Storr (719 m) udało mi się zapomnieć, że się… boję. Wspinałam się samotnie, mąż i syn gdzieś z przodu, ja zamyślona i zachwycona, poruszająca się swobodnie, stylem kozicy górskiej, o tak, to dobrze pamiętam. Dopóki nie spojrzałam za siebie. Wtedy nastąpił klasyczny atak paniki, kłopoty z oddychaniem, zawroty głowy, trzęsionka rąk i nóg. Pięłam się dalej, pełna strachu i… wstydu, choć wiem, że powinnam skupić całą uwagę na bezpieczeństwie. Jakoś tak jest, że mimo iż co dziesiąty z nas cierpi na fobie, a akrofobia jest chyba najpopularniejszą z nich, nigdy nie ma w pobliżu drugiej osoby, która bałaby się tak jak ja. Chwytałam się kępek trawy, opierałam stopy na nielicznych, przesuszonych wiatrem kamieniach. Na szczęście nie padało, wstrzeliliśmy się między dwie wielkie ulewy. Mąż czekał na górze z komórką, aby uwiecznić moją wspinaczkę. Gdy zobaczył, że ryczę, zsunął się kilka metrów i pomógł mi podczołgać się do najbliższej płaszczyzny. Tam już zostałam, ze słuchawkami na uszach i tęczą na horyzoncie. Chłopcy wspinali się dalej, do Old Man’a – gigantycznej skały, wbitej niczym kamienny totem w zielone zbocze. Zeszliśmy razem, jak za dawnych lat na Zawracie, gdzie mąż pierwszy raz chwycił mnie za rękę. Tak zaczęło się nasze małżeństwo (będzie o nim pod „Sz”), które zwieńczyło miłość (o niej pod „Mandatem”). Bo najpierw widok na wybrzeża  Isle of Skye! Wokół sąsiednich wysp i półwyspów rozciągały się niezmierzone, gładkie tafle Atlantyku. A pod nimi…

Łodzie podwodne – o których opowiedział nam podczas pierwszej kolacji Kevin, a ja astuteszperałam w sieci przez pół nocy, poszukując dalszych informacji. Kiedyś Wielka Brytania stała się potęgą kolonialną dzięki wspaniałej flocie. Do dziś utrzymuje, nie bez trudu, status międzynarodowej potęgi dzięki marynarce wojennej i… szpiegowaniu. Megadrogie, stumetrowej długości, ważące prawie osiem tysięcy ton olbrzymy, trzy z siedmiu zakontraktowanych przez rząd brytyjski za około miliard funtów brytyjskich za sztukę, pływają w głębiach otaczających Hybrydy… ćwicząc głównie akcje szpiegowskie – podsłuchy i wysadzanie na ląd tajnych agentów. Jak w Bondzie. Wiem, też myślałam, że oni tak tylko w filmach! W 2010 roku doszło do wypadku: Astute, pierwsza z najnowocześniejszej na świecie floty, odbywająca ćwiczenia w pobliżu Isle of Skye atomówka wpłynęła na mieliznę. Akcja ratownicza, niezbyt udana, odbyła się na oczach mieszkańców Kyle of Lochalsh, przy Skye Bridge. Pomógł przypływ. Wysokość strat w takich wypadkach to miliony funtów, nie mówiąc o ryzyku, wynikającym głównie z niedostatku wody potrzebnej do chłodzenia reaktorów. Kapitana jednak ukarano łagodnie – przesunięto go do innych obowiązków w marynarce. Moim zdaniem powinien dostać tłusty…

Mandat – ponieważ jesteśmy małżeństwem zamyślonym, mandaty zdarzają się nam często. Im szczęśliwsi, im bardziej udana wycieczka, tym wyższe prawdopodobieństwo pomyłki. We wspomnianym wyżej Abington wolno parkować do dwóch godzin, co podobno obwieszczają wielkie napisy przy wjeździe. Ani ja, ani mąż nie widzimy napisów wielkich ani małych o trzeciej w nocy, kiedy padamy ze zmęczenia. I to kosztowało nas równą setkę, o czym mąż nie wie i, jeśli nie przeczyta tego tekstu, nie dowie się nigdy. Po powrocie do Londynu odebrałam w poczcie i sama zapłaciłam mandat, kiedy mąż był w pracy. Ot, taki dowód miłości, trochę już innej, ale ciągle przez spore „M”. Inny dowód to starannie dobrana na podróż…

Muzyka – puściłam w drodze do Szkocji, poprosiwszy wcześniej o pozwolenie, Nazareth („Dream On” i „Love Hurts”), Mogwai („Ether”), Gerry’ego Rafferty’ego („Baker Street”), Marillion („Kayleigh”) i Primal Scream („Rocks”). Spytałam męża i syna, co ich zdaniem łączy te utwory. Żaden nie wiedział. Nie dziwię się. Gdybym zaserwowała Eurythmics albo Simple Minds, byłoby prościej, prawda? Tak, chodziło o szkockich wykonawców. Ja nie wiedziałam do niedawna, że ze Szkocji pochodzi niejaki Piotruś Pan i że…

Neverland – przepiękna bajkowa wyspa, na której żyli sobie Piotruś i jego kompani, IMG_9555przypomina pewne miejsce na Loch Carron. Wspomniał o tym, bardzo niezobowiązująco, kapitan stateczku, którym płynęliśmy na bezkrwawe łowy fok. Autorem „Piotrusia” jest Szkot, J. M. Barrie, który mógł przejeżdżać wzdłuż brzegu jeziora przebiegającą tamtędy od XIX wieku linią kolejową. Mógł spojrzeć przez okno, mógł się zachwycić… Niestety, jest jeszcze niesławna Neverlandia należąca ongiś do Michael’a Jacksona… I kolejna niespodzianka: Michael nakręcił na naszym – niestety – jeziorze film. Bardzo słaby, niestety. I my go pięć lat temu niestety obejrzeliśmy, korzystając z domowej biblioteki H&K. Trafił do niej wraz ze wszystkim, co się wiążę z okolicą. Never, never again…  Lepiej przejść do ślicznego…

 Plockton – które, odkąd  ustanowiono w roku41-001 2015 NC 500, pięćsetmilową trasę wiodącą wzdłuż północnego wybrzeża Szkocji, stało się tłoczne. Puby restauracyjne, dawniej pustawe, wywieszają teraz tabliczki „Jesteśmy dopakowani”. Już wcześniej Plockton było ważnym punktem na mapie turystycznej Szkocji, głównie dzięki palmom. Kordylina australijska rośnie jak szalona w delikatnym klimacie wioski zwróconej na wschód, dogrzewanej Prądem Północnoatlantyckim. W tym roku odkryliśmy również Gunnera tinctoria, rabarbar chilijski, dwa razy większy ode mnie, nazywany „pożywieniem dinozaurów”, bo też stary jak świat. A skoro już o świecie flory i fauny mowa, to…

„Pokot” – przy którym zasnęłam, i to dwa razy. Senny film. Czyli zły? Historia nie wciągnęła? Książka lepsza. Za Agnieszką Holland niestety nie przepadam. Syn nie chciał się dosiąść, a prosiłam, przekonywałam, że Berlinale, że polski kandydat do Oscara 2018. Że jedyny film, jaki ze sobą zabrałam, dopasowany idealnie do szkockich klimatów. Syn wykładał mi w drodze do Plockton teorię muzyki filmowej Hansa Zimmera, ale nie okazał zainteresowania znaną w świecie reżyserką. Smutno. Mąż za to zachwycił się i obejrzał drugi raz, dla towarzystwa. Kiedy wciągnęłam się wreszcie w akcję, z czeluści ciemnego ogrodu za oknem wyłoniła się nagle drobna twarz i znieruchomiała w sięgającej podłogi okiennej ramie. Serce załomotało, nim dotarło do mnie, że to… kot. Jakby czuł, że dzieją się na ekranie naszego telewizora rzeczy zwierzęce, straszne. Jakby chciał wyczytać z naszych przerażonych obliczy, co będzie dalej. A dalej nie będzie nic strasznego, zwyczajne…

Pudło – tym razem spore, sprawiło taką samą niespodziankę jak to sprzed pięciu lat. W tamtym coś błyszczało, w tym – tkwił duży, czarny przedmiot. Ciężki. Pełen przycisków. Pokochałam go od pierwszej sekundy. Mój nowy aparat fotograficzny!

Piersiczki blue tits (sikorki modre), marsh tits (sikorki błotne) i inne tits (cycuszki) z długiej listy ptaków zamieszkujących Duncraig Square i okolice; rozrabiały od rana do wieczora za oknem! Mąż droczył się ze mną, że nie wie i nie chce wiedzieć, co nam lata nad głowami, kiedy pijemy kawę w ogrodzie. „Ptaki dzielimy na małe i duże” – powtarzał. No i śmiech. Bo piersiczki – tits – ulegają podobnym podziałom, prawda? Bywają małe i duże. Nie, nieprawda. Tits to wyłącznie małe ptaszki. O.

Precz z ko-mórką, precz z ko-mórką! – czy plan bezkomórkowy się udał? Nie. Nie do końca. Mam wszak dwie komórki. Poza tym nie da się żyć bez aparatu, który waży dziesięć razy mniej niż Canon, i bez muzyki na uszach. Czy mąż wie? Tak.

Rudzielce – że wśród Szkotów spotyka się dość często rudowłosych, wie każdy. O IMG_6808krowach highlandzkich też wiadomo powszechnie, z popularnych zdjęć. Noszą ciepłe, rude futra, hoduje się je głównie dla mięsa. Są łagodne. Ale gdy stanęłam naprzeciw byczka z aparatem, miałam pietra, nie powiem. Mąż siedział bezpiecznie w samochodzie. Natomiast rude świnie poważnie nas zaskoczyły, nie tylko kolorem. Obie, zarówno maciora, jak i knur, zachowywały się dość agresywnie.

Słońce – mieliśmy niebywałe szczęście do słonecznych godzin. Godzin, bo nie było ani IMG_8612jednego w pełni słonecznego dnia. Jednak gdy chmury rozbiegały się na boki, robiło się cieplutko i przyjemnie. I bardzo jasno. Tak jasno, że czasem przerabiałam zdjęcia na czarno-białe, chcąc ukryć moją żółcącą się w słońcu czuprynę. Helen opowiadała o długich wieczorach i rozświetlonych nocach przypominających polarne, w czerwcu i lipcu. W Szkocji jest sporo miejsc, z których w sprzyjających warunkach można obserwować zorzę polarną. Nie są zanieczyszczone światłem, tylko ciemne, ciche. W takich warunkach miewa się niesamowite…

Sny – zapadałam się w łóżko niczym w posłanie z mchu i porostów, zapadałam w głębokie sny, których… nie pamiętałam! I budziłam się o szóstej rano, wyspana. Czytałam książki. Rozmyślałam. Rzecz niesłychana!

Stirling Castle – trafił się nam masakrycznie nudny przewodnik! Inni udawali armaty, ich grupy wybuchały co jakiś czas śmiechem, nasz przynudzał o ciągu bitew, zwycięskich i przegranych, o budowaniu i wyburzaniu fortyfikacji. Jakby na zamku nie działy się ciekawsze rzeczy. Tymczasem gdzieś w jego murach istniało doskonale wyposażone laboratorium alchemiczne, w którym pocił się w gorączce poszukiwań John Damian, sprowadzony na dwór przez oświeconego Jamesa IV. Nie udało się obu fascynatom, mimo ogromnych sum przeznaczonych na sprzęt laboratoryjny, ani sporządzić formuły na kamień filozoficzny, aby zapełnić skarbiec cudownie uzyskanym złotem, ani tym bardziej uratować się przed śmiercią, wypijając elixir vitae. Natomiast aqua vitae pojawiła się w najbardziej skandalicznych pałacowych historiach właśnie dzięki Damianowi. Król, niepomny braku wyraźnych sukcesów naukowych, podarował alchemikowi opactwo Tongland, finansował też bez ograniczeń jego podróże na kontynent, gdzie tamten mógł wejść w kontakt z samym Leonardem. A jeśli nie poznał mistrza, to zapewne zetknął się z jego pracami. Najpierw jednak, przyjąwszy nowe tytuły i dobra, zamówił znaczne ilości ognistego trunku. W jakim celu – nie wiadomo. Pewnego dnia dworzanie ujrzeli alchemika-opata w przedziwnej maszynie przybranej piórami, gotowej do lotu z wulkanicznego wzgórza, na którym stoi Stirling Castle. Lot skończył się wiadomo jak – szybkim upadkiem. Dodatkowo złamaniem przez delikwenta kości ogonowej. Jaką rolę odegrła w tym incydencie whisky – nie wiadomo. Damian wytłumaczył niepowodzenie źle zrealizowanym zamówieniem: zamiast piór orlich dostarczono mu kurze. Te pierwsze, pochodzące od króla przestworzy, miały gwarantować powodzenie eksperymentu, za to skubane z przyziemnego ptactwa – skazać go na klęskę. IMG_9418James V natomiast sprowadził sobie do Stirling francuską żonę, Marię de Guise. O jej rękę ubiegał się Henryk VIII, obawiając się zacieśnienia stosunków szkocko-francuskich. Jak potoczyłaby się historia Wysp, gdyby Maria została jego trzecią żoną i  urodziła mu syna? Czy Szkocja byłaby do dziś niezależnym krajem? Uwielbiam takie historyczne „a co by było, gdyby…”. Małżeństwo wdowców ze Szkocji i Francji okazało się szczęśliwe, choć dość nietypowo rozłożyły się role małżonków: król James V kontynuował dzieło swojego poprzednika, podwyższając prestiż Zamku Stirling, zdobiąc zarówno jego wnętrza, jak i mury w modnym na kontynencie stylu renesansowym; królowa Maria natomiast dbała o bezpieczeństwo, rozbudowując zamkowe fortyfikacje. Przydały się, gdy w wieku 27 lat została ponownie wdową, z sześciodniową córeczką, Marią, koronowaną pośpiesznie w wieku dziewięciu miesięcy również w Stirling. Henryk VIII i ją pragnął poślubić, ale tym razem jego zalotom towarzyszyły zaczepne najazdy wzdłuż linii granicznej Szkocji. Maria de Guise nie uległa strasznemu sąsiadowi z południa, córkę ukryła we Francji, a sama wywalczyła regencję dla siebie i przez wiele lat, przy pomocy francuskich krewnych, opierała się naciskom Anglików. Późniejsza królowa Maria Stuart chroniła się w Stirling w czasie walk z protestantami. Mówiło się, że kto posiada Stirling, rządzi całą Szkocją. Ale to wszystko wiadomo z wcześniej przeczytanych książek. Syn i ja, znudzeni wywodami przewodnika, uciekliśmy do pałacowych ogrodów. Mąż został, zasłuchany. Wolność? WOLNOŚĆ. Tego nauczyła nas (chyba?) wieloletnia, małżeńska…

Szkoła – przetrwania. „Ślub 1 września – super. Prawdziwy początek SZKOŁY! Gratulacje!! Duża buźka!” – napisał do mnie trzykrotnie rozwiedziony przyjaciel. Wolność. Tolerancja. Lazy days – mąż przemęczony pracą, więc starałam się nie prosić o zbyt wiele, o zatrzymywanie się przy każdej krowie, przy byle rowie, w wiadomych celach, nie planować więcej niż jedną wycieczkę na dwa dni. Takie dowody – miłości. Ars amandi – po latach.

Tartan – Stirling to, poza zamkiem, miejsce zwycięskiej bitwy Szkotów z Anglikami, z 11FullSizeRender(101) września 1297 roku, poprowadzonej przez bohatera narodowego Sir Williama Wallace’a. Mieszkamy w Londynie w Wallace Court, chciałam więc koniecznie odwiedzić Wallace Monument. Ale przyszło mi ponownie ćwiczyć sztukę kompromisu, bo mąż zarządził po zwiedzeniu zamku natychmiastowy odwrót do domu w niedzielę, i tyle. Zerkałam tęsknym okiem w kierunku wzgórza z wieżą, nasłuchiwałam słynnego: „FREEEEDOM!”, ale nic. Ulice wokół trwały w głuchej ciszy, przerywanej przez weekendowych klientów parkujących pod Tesco. Zabawiałam się więc pytaniem – ilu prawdziwych Szkotów mieszka w Szkocji? Kevin, prawdziwy Szkot z dziada pradziada, twierdzi, że niewielu. Większość przebywa poza Szkocją. Taki los tego niezwykłego kraju. Kevin zjechał do Szkocji z hrabstwa Devon, szukając spokoju. Pięć lat temu żartował jeszcze, że lepiej nie pomylić jeziora z lochem, bo można zrazić do siebie niejednego Plocktończyka. A teraz prawdziwy z niego Alexander: jego tartan figuruje nawet na serwetkach w mieszkaniu. Kto posiada swój tartan, rozumie szkocką wolność. Nie na darmo w wyniku przegranej bitwy pod Culloden, 449 lat po zwycięstwie na moście Stirling, zabroniono Szkotom noszenia tartanów, grania na dudach i używania języka gaelickiego. FREEEEDOM!!!

Węgorze – tuż obok gigantycznych rabarbarów i malin pojawił się temat… węgorzy. Naszmoray eel syn podpytywał gospodarzy o nurkowanie w jeziorze, przepraszam, w Loch Carron. „A można, pewnie, znajomy organizuje od piętnastu lat wyprawy nurków w pobliżu wioski Lochcarron i zawsze ma nadzieję na spotkanie z węgorzem-gigantem!” Hmm… Syn się nie zdecydował. Czy zmieni zdanie w czasie następnej wizyty? Węgorz-gigant (Moray eel, murenowaty) – zielonkawy potwór, preferujący rafy (są w Loch Carron!), osiągający do 4 metrów długości, podobno… lubi nurków.

Widoki – zawdzięczaliśmy je między innymi… krowom! Najbardziej dramatyczna droga, droga krówjaką pokonaliśmy, to Applecross Pass (jeśli nie przyjąć prostego założenia, że wszystkie drogi w ruchu lewostronnym są dramatyczne, a szkockie jednopasmówki to asfaltowe horrory). Przejazd przez Półwysep Applecross to trzecia z kolei najwyżej położona droga w Szkocji, wznosząca się z poziomu 0 do 626 m n.p.m., chwilami pod kątem 20%. Bealach na Bà to gaelicka nazwa całej trasy i punktu widokowego na jej szczycie; tłumaczy się na Drogę Krów. One ją wydeptywały przez dziesięciolecia, przepędzane z jednego zakątka Highlands w drugi, z pastwisk zimowych na letnie. My – przeżyliśmy na niej istny horror, we mgle, w samochodzie nieprzystosowanym do takich tras. Nie zdecydowaliśmy się na zjazd na drugą stronę półwyspu. Po wielu latach przemieszkanych w pobliżu Alp tę właśnie drogę uznaliśmy za najbardziej niebezpieczną z dotychczas nam znanych. Natomiast widoki, kiedy zjechaliśmy poniżej chmur, były bajeczne.

Jednorożec – jako istota magiczna ma prawo do wzmianki poza kolejnością alfabetyczną.

Na Zamku Stirling podsłuchałam (w innej grupie, z lepszym przewodnikiem) taki oto żart: „Wiecie, dlaczego na narodowe zwierzę Szkocji wybrano jednorożca? Bo trzeba się napić whisky, żeby go zobaczyć! He he he…” Pobiegłam zachwycona do moich chłopców, aby zapoznać ich z najnowszą szkocką teorią. Mąż skomentował prawdziwie po poznańsku: „Bo generalnie alkohol uczłowiecza. He he he…” Ale i syn nie zawiódł: „Pić należy odpowiedzialnie.”

Bez „he, he, he”.

Za to ich kocham lub, mam nadzieję, wzajemnie się kochamy. Za różnorodność. Za tolerancję. Za wytrwałość. W piciu, niepiciu i wspólnym naszym życiu.

Amen.

 

Photo credits:

 

Daily Mail

https://www.duncraigsquare.co.uk/

P.Lindgren – Own work, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=27837992

http://www.kishornonline.co.uk/bealach-na-ba.html

https://en.wikipedia.org/wiki/Moray_eel

 

1 komentarz

One thought on “Mały słownik szkockich niespodzianek

  1. Bardzo ciekawy ten słownik.
    Potrącę wątek malinowy (choć bez otrąb) 😉 , dziękując jednocześnie za fotkę z whisky (ale może i dobrze, że zdjęcia się nie otwierają).
    Maliny u nas latoś takie wielkie jak szkockie! Chyba lubią deszczowe lato.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: