Czasem słońce, czasem mafia

Co mogłaby opowiedzieć o Sycylii osoba, która spędziła tam tylko pięć dni, w związku z czym posiada wiedzę zbliżoną do Twojej, drogi Czytelniku? W dodatku osoba ta biegała po wyspie z aparatem jako uczestniczka warsztatów Akademii Fotografii i Reportażu w UK i Irlandii. Szukała cienia starych lamp na murach katedry, zamiast wejść do jej wnętrza. Wędrowała po targowiskach, śledząc mowę ciała straganiarzy i kupujących, zamiast wsłuchiwać się w ukochany język włoski. Syciła wzrok fioletowym połyskiem bakłażanów i czerwonością płatów tuńczyka, aby dopiero wieczorem, w czasie wolnym, móc delektować się ich smakiem.

Po namyśle zdecydowałam, że napiszę o mafii. Dlaczego o ciemniejszej stronie Sycylii, o sycylijskim mroku zamiast o słonecznym południu?

Z polityką włoską zetknęłam się jako kilkuletnia dziewczynka, kiedy wszyscy wokół rozmawiali o porwaniu premiera Aldo Moro. Utkwiła mi w głowie na długie lata pewna anegdota: mój ukochany wujek zastanawiał się, czy para szczeniąt z pierwszego miotu jego suczki mogłaby się wabić Aldo i Moro. Niestety, oba imiona musiały się zaczynać od litery A.

Niestety, nie rozumiałam, jak bardzo upiorny był to żart. Nie miałam pojęcia o związku terrorystów ze śmiercią Moro. Ale zapamiętałam grozę sytuacji, poważne miny i ściszone głosy rodziców, kiedy rozmawiali o sprawie. Jakimś cudem to wspomnienie wzięło górę nad ulubionymi „cassatymi” z osiedlowego spożywczaka. Znałam też rozkołysaną muzykę z „Ojca chrzestnego” i prawie na pewno podkochiwałam się w Alu Pacino. A jednak to odcięta głowa konia, która znalazła się w łóżku pewnego filmowca jako argument nie do odrzucenia, śni mi się po dziś dzień.

Kiedy po czterdziestu latach wybrałam się  na podbój kolejnej włoskiej wyspy (Elbę i Sardynię odwiedziłam wcześniej), miałam przy sobie książkę Petera Robba „Sycylijski mrok”. Dariusz Czaja komentuje na okładce:

To nie jest tylko sensacyjny reportaż, ale porywające studium z historii kultury i mentalności. „Sycylijski mrok” to książka groźna – do dzisiaj nie wydano jej we Włoszech. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Grabież Palermo

Po wielu wizytach we Włoszech cieszyłam się, że zobaczę ich odległy, niemalże afrykański kraniec: przecież z Palermo bliżej do Tunisu niż do Rzymu! A jednak wieczorny obraz miasta, obserwowany zza okna taksówki, wydawał się bardzo znajomy, włoski, kontynentalny – zaniedbane budynki otulało mdłe światło, podkreślające żółć tynku i brunatność dodatków – lamp ulicznych, okiennic, odrapanych drzwi. Napisałam do męża, że Sycylia nie szokuje. Centrum przyzwoite, samochody, zaparkowane ciasno, w dobrym stanie. Europa, jak Polska czy Anglia; w nieco innym odcieniu, ale ciągle jest się tu u siebie, w domu.

Dopiero nazajutrz, na targowisku Ballaro i w przyległej dzielnicy Albergheria, dojrzałam więcej szczegółów – przedziwne konstrukcje przypominające rusztowania, podpierające chylące się na boki budynki. Niektóre ściany już powalone – i nic. Nietknięty gruz. Krajobraz powojenny? Plan filmowy?

IMG_4630

W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku La Democrazia Cristiana za sprawą Salva Limy i Vita Ciancimina dokonała „grabieży Palermo”. Chadecka partia miała poparcie zarówno Stanów Zjednoczonych, jak i Watykanu. Obie potężne siły widziały w niej antykomunistycznego gwaranta na powojennej arenie politycznej Włoch. A żelazny elektorat chadecji to mieszkańcy Mezzogiorno, czyli dawnego Królestwa Obojga Sycylii.

Lima został w 1958 roku burmistrzem Palermo, w czym nie przeszkodziło mu ślubowanie dozgonnego członkostwa w cosa nostrze. Do spółki z nadzorującym kontrakty publiczne Ciancimino rozdał podczas swojej czteroletniej kadencji ponad cztery tysiące zezwoleń budowlanych, z czego trzy czwarte trafiły do pięciu niepiśmiennych lub emerytowanych obywateli, ewidentnie „słupów” mafii. Później Lima przekazał urząd Cianciminie, a sam osiadł w Rzymie, jako minister i eurodeputowany. I „człowiek honoru”, tworzący zaplecze polityczne mafii (onorata societa).

Pod opieką duetu Lima-Ciancimino padały w kontrolowaną ruinę siedemnasto- i osiemnastowieczne palazzi w centrum Palermo, ustępując miejsca luksusowym apartamentowcom. Mieszkańców wysiedlano na obrzeża miasta, do tanich blokowisk. Przez trzydzieści lat, mimo podwojenia liczby ludności, w centrum Palermo ubyło jej dwie trzecie. W tych samych dziesięcioleciach Włochy przodowały NA ŚWIECIE w zużyciu betonu na głowę mieszkańca!

W Rzymie czekał na Limę Giulio Andreotti, głodny władzy, skrajnie ambitny i niebywale przebiegły polityk chadecki, wykształcony w watykańskich strukturach partii w czasie wojny. Pierwszą z licznych tek ministerialnych otrzymał jako 28-latek w 1947 roku. Andreotti zwietrzył interes w mocy sprawczej przybyłego z dalekiego południa Limy, dostrzegł jego wysokie notowania wyborcze. Zawarł z nim przymierze i odtąd mógł liczyć na bazę elektoralną Mezzogiorno, dając w zamian poparcie mafijnym interesom „przyjaciół”.

Współpraca „boga Giulio” i „ambasadora cosa nostry w Rzymie” będzie w latach 90-tych jednym z wiodących tematów wielkiego procesu przeciwko mafii.

Historia stanęła przed sądem

Neapolitańska camorra, kalabryjska ‘ndrangheta, sycylijska cosa nostra – działające na skażonych ubóstwem obrzeżach Włoch organizacje przestępcze – specjalizowały się od zarania we wnikaniu w szczeliny między władcami a poddanymi, aby wyzyskiwać jednych i drugich.

Prawdopodobnie w średniowieczu, za panowania Normanów, powstały na Sycylli nieformalne stowarzyszenia, broniące chłopów przed wyzyskiem możnych panów. Z arabskich słów „mu” – odważnie i „afat” – bronić powstało określenie „muafat”, przekształcone z czasem w „mafia”. To jedna z kilku teorii genezy organizacji i jej nazwy. Mafia wielokrotnie zmieniała strony, w XIX wieku na przykład wspierała możnowładców, broniąc ich praw ziemskich, by po zjednoczeniu Włoch w 1860 roku znów działać na rzecz biedoty.

Mussoliniemu o mało nie udało się zwalczyć struktur mafijnych. Odrodziły się po wojnie, wspierane przez Kościół i Stany Zjednoczone, i rozrosły w prężną organizację, która według prezesa banku centralnego „infekowała cały mechanizm gospodarczy kraju”. Członkowie włoskiej izby sędziowskiej skarżyli się, że na Sycylii nie sposób wymierzać sprawiedliwość, że system tam po prostu nie działa. Nic nie działało w Palermo, gdzie każdy zakamarek miasta kontrolowała cosa nostra.

Nasycona dochodami z rynku nieruchomości i branży budowlanej, weszła z czasem na nowe terytorium: na targowiskach Ballaro i Vucciria, obok pomidorów i ryb, pojawiły się narkotyki.

Za przełom w historii mafii sycylijskiej są odpowiedzialni dwaj palermijscy przyjaciele, którzy dorastali wśród mafiosów na obrzeżach targowiska Vucciria w czasach – sędziowie Paolo Borsellino i Giovanni Falcone. To oni wykorzystali odpowiedni moment, aby zdefiniować dzięki zeznaniom świadków struktury cosa nostry. Rozpoczął się megaproces, w czasie którego szefowie mafii przebywali w specjalnym bunkrze połączonym podziemnymi przejściami z więzieniem Ucciardone. Według plotek było to najlepiej strzeżone, a zarazem najgroźniejsze miejsce na świecie, z którego przez kilka lat płynęły rozkazy o zabójstwach i ciemnych interesach do wielu krajów. Mafiosi suto opłacali strażników, którzy dowozili im dania z najlepszych restauracji w Palermo, ale też pilnowali, aby nikt nie zdołał zbiec. Wszystkim zależało, aby nie naruszyć wygodnego układu.

Megaproces trwał sześć lat, zakończył się w 1991 roku. Za kratki trafiły setki mafiosów.

„Grabieżców Palermo” również spotkały zasłużone kary. Vito Ciancimino został skazany jako pierwsza osoba publiczna już w 1984 roku. Synowi fryzjera z Corleone zarekwirowano dwanaście milionów dolarów, co było w tamtych latach olbrzymim majątkiem. Salvo Lima zginął w zamachu dwa miesiące po ostatecznym wyroku megaprocesu. Jego śmierć stanowiła sygnał dla świata polityki, z Andreottim na czele: mafia odtąd zamierzała bronić się i rządzić sama.

Mafia wiejska, mafia miejska

Tego rodzaju wyroki śmierci wydawano w Corleone. Pochodził stamtąd Salvatore Riina., jeden z największych potworów mafii.

Zajechaliśmy do Corleone w bezsłoneczne popołudnie, w drodze z Palermo do Taorminy. Droga wspinała się przez jałowe wzgórza, na których próżno wypatrywałam srebrzystych gajów oliwkowych. Na wietrze dygotały wysokie trawy. Zdarzyło się kilka pól kukurydzy. Gdzieś przy szosie stał dom z wypalonymi oczodołami okien.

Corleone to sporych rozmiarów miasteczko, osiadłe na zboczach góry, w dodatku upstrzone wielopiętrowymi blokami. Nie ma żadnych cech urokliwej wioski sycylijskiej z filmu Coppoli.

18839378_1485376204847723_6381879592117253365_n

O mafię spytałam w pierwszym z brzegu barze. Barmanowi pociemniały oczy. Utopił we mnie spojrzenie i milczał. Powtórzyłam pytanie.

– Tu nie ma mafii. Nie pytaj. Nie ma mafii. Film kręcili pod Taorminą. O nic nie pytaj. Jedź.

Czyli co – nie istnieje „prawdziwe Corleone”? Gniazdo rodzinne filmowego klanu? Nie stąd uciekł do Stanów Vito Andolini, późniejszy Don Corleone? Wielkie rozczarowanie.

Koleżanka, która mieszka pod Palermo i pisze dla magazynu F5, opowiedziała mi o pewnym dziennikarzu, poszukującym tego samego co ja. Kręcił się podobno po Corleone, wypytywał. Minęło trochę czasu, już, już chciał zrezygnować. I wtedy nadjechało eleganckie auto. Wysiadł z niego mężczyzna w ciemnym garniturze, spytał, w czym może pomóc…

Z tych okolic pochodzą najmroczniejsze historie. Jak ta o jedenastoletnim chłopcu, który widział coś, czego nie powinien widzieć. Pojmano go błyskawicznie i wydłubano oczy nożem do oprawiania świń. To tutaj wiejskie kobiety przywiązywały sobie niemowlęta do pleców, aby mieć wolne ręce, kiedy wybierały się na targ. W ten sam sposób wiązano potem ofiary mafii: ręce i nogi krępowano sznurem od tyłu, który zarzucano w postaci pętli na szyję; kiedy mięśnie wiotczały, człowiek dusił samego siebie. A potem mieścił się bez problemu w bagażniku samochodu.

W Corleone pracował doktor Navarra – dyrektor miejscowego szpitala, szef chadecji i mafii. Przyprowadzono do niego trzynastolatka, który wypasając owce stał się mimowolnym świadkiem powieszenia. Przybiegł przerażony do centrum i opowiedział przechodniom, co widział. Trafił „pod opiekę” Navarry, który osobiście zaaplikował mu śmiertelną dawkę środka uspokajającego.

Navarra to kolejny upiór mafii. Lubił grać w karty, polować i zajmować się pracą na rzecz swojej partii. Dzięki powiązaniom z wojskiem przejął pojazdy z demobilu i stworzył firmę autobusową AST, która do dziś wozi turystów nowoczesnymi autokarami po całej Sycylii. Współcześni mu corleonesi nazywali go „Nasz Ojciec” i żegnali się, gdy padało jego nazwisko.

Riina to klasyczny wieśniak z Corleone. Półanalfabeta, który w podręcznym notesie zapisywał kulfonami transakcje mafijne opiewające na miliony dolarów. Zwany „wujem Toto”, świetny kucharz, dysponował siłą byka, której używał dusząc własnoręcznie ofiary po hucznych przyjęciach. Przez dziesięć lat zdążył wydać wyroki na osiemset osób. Potrafił nie tylko zabijać, ale i zaradzić kryzysowi gotówkowemu w mafii. Zarządził serię porwań, od których cosa nostra tradycyjnie trzymała się z daleka (to specjalność mafii kalabryjskiej i Włoch kontynentalnych). W krótkim czasie zarobił na wysokie gaże adwokatów broniących mafiosów. Porwanych biznesmenów ukrywano w jaskiniach wśród okolicznych wzgórz. Po odebraniu okupu, wymuszanego czasem obciętym palcem czy uchem, wychudzonych, zarośniętych mężczyzn o błędnym spojrzeniu wypuszczano na wiejskie drogi. Gdy zakazano tego, łagodnego jak na mafijne obyczaje, procederu, Riina porywał dalej, niepomny interwencji ofiar, nierzadko powiązanych ze światem polityki.

To Riina odpowiadał za skłócenie rodzin z całej Sycylii, wojnę mafii. Jej ofiary duszono, przypalano, topiono w wapnie i kwasie, wrzucano do morza, do szczelin skalnych, zalewano betonem. Krwawa wojna wywołała jednak kryzys w mafijnych strukturach. Do tego czasu, jak przystało na „ludzi honoru”, milczano na temat mafii. Nie istniała w słownikach. Nie mówił o niej Kościół, nie nazywali po imieniu politycy, media, a nawet sądy.

W końcu „przyjaciele” zaczęli donosić sami na siebie.

„Wuj Toto” zdążył jeszcze wydać wyroki na najzagorzalszych wrogów mafii. Na szczycie mafijnym w 1987 roku skazał na śmierć sędziów Falconego i Borsellino oraz ówczesnego burmistrza Palermo, Leolucę Orlando.

Falcone zginął na autostradzie, od ładunku wybuchowego umieszczonego za pomocą deskorolki w kanale odpływowym. Eksplozja uśmierciła również jego żonę i trzech ochroniarzy.

Borsellino poprzysiągł schwytanie morderców przyjaciela, wiedząc, że i jego czeka rychła śmierć. Przesłuchiwał „ludzi honoru”, którymi wstrząsnęło zabójstwo Falconego i zgłaszali się, by zeznawać. Swoją ostatnią niedzielę spędził na jachcie, w gronie rodziny i przyjaciół. Wieczorem udał się w cotygodniowe odwiedziny do matki. Otaczała go piątka ochroniarzy z karabinami gotowymi do strzału. Gdy nacisnął dzwonek – cała szóstka wyleciała w powietrze.

Riina wydawał wyroki stojące wyżej od sędziowskich. A jednak trzeci z wielkich skazanych, Leoluca Orlando, żyje do dziś.

Kiedy przeciskałam się między straganami Ballaro, aby znaleźć godne fotografowania obiekty, miałam cały czas w tyle głowy około pięćdziesięciu stron tekstu o mafii. Nic się jednak nie zgadzało ze wstrząsającymi obrazami z książki. Straganiarze gawędzili między sobą leniwie. Czasem ktoś krzyknął, aby zareklamować cebulę czy tuńczyka. Kupujący wędrowali od stoiska do stoiska, marudząc nad składnikami obiadu, który jest dla Sycylijczyka codzienną świętością, albo nudzili się w kolejkach wijących się przy stoiskach z mięsem i rybami.

_MG_4819_MG_4815

Nagle wyrósł przede mną jak spod ziemi człowieczek w lila koszuli i zielonkawej kamizelce pełnej kieszeni, z wielkim plecakiem w prawej dłoni. W Londynie uczy się nas, aby takich ludzi traktować ze wzmożoną czujnością. Człowieczek zaszedł mi drogę i zagadał. Że całe to targowisko nie istniałoby, gdyby nie dobre chęci i wieloletnie starania burmistrza Orlando. O mało nie zemdlałam z wrażenia. Pragnęłam przecież pisać o Sycylii, nie tylko robić zdjęcia! Przede mną stał facet, który chciał rozmawiać o mafii! Mówił o trudnościach ze zwalczaniem przestępczości, o tym, jakie to targowisko ważne dla lokalnej społeczności, ile osób znajduje tu pracę. Rozumiałam piąte przez dziesiąte i… zamiast przejść na angielski, który znam o niebo lepiej, i zacząć grillować rozmówcę, zaczęłam dukać moją włoszczyzną laurkę dla Orlando, że wspaniale, bo to już mija trzydzieści lat od wyroku na jego głowę. Od słowa do słowa, i to ja tłumaczyłam człowieczkowi, czym jest mafia. Słuchał z pobłażliwą miną, w końcu przerwał:

– Ja to wiem, wiem. Ja jestem stąd.

Boże, czemu nie zesłałeś mi wtedy kawałka szmaty!

Zdążyłam jeszcze spytać, skąd jest dokładnie. Odparł, że mieszka w okolicy, a pracuje w urzędzie miejskim. Po czym pożegnał się i zniknął.

Gdybym mogła cofnąć czas, chwycić za tę szmatę i zatkać sobie usta…

Mój rozmówca i jego pracodawca, Leoluca Orlando, to optymistyczne punkty na mapie Sycylii. Nie ma ich aż tak wielu…

Cofnijmy się o siedemdziesiąt lat.

Mafia i komuniści

We Włoszech, podobnie jak w Grecji, komuniści walczący w antyfaszystowskiej partyzantce po ustaniu działań wojennych sięgneli po władzę. Na Sycylii panował straszliwy głód, wybuchały zamieszki; w Palermo żołnierze otworzyli ogień do zbuntowanego tłumu i zabili czterdzieści cztery osoby.

Wojska alianckie starały się zachować neutralność wobec wyzwolonej wyspy, a jednak sprzyjały ukradkiem zaniepokojonym rozruchami właścicielom ziemskim. Wielu żołnierzy amerykańskich miało włoskie korzenie. To dzięki nim ofensywa aliancka na wyspie była szybka i łagodna. Od stu lat rzesze Sycylijczyków emigrowały do Ameryki. W niejednej chacie wisiał oprawiony w ramkę dolar amerykański, symbolizujący zbawienie nadchodzące nie z nieba, lecz od krewnych zza Atlantyku.

Z Rzymu szły pierwsze sygnały o planowanej przez komunistycznego ministra reformie rolnej. Pojawiła się nadzieja na sprawiedliwość, a wraz z nią marzenie o wolności. Karabinierzy mieli pełne ręce roboty z bandami separatystów. Rząd włoski dostrzegł te problemy i nadał Sycylii w 1946 roku daleko idącą autonomię, z własnym parlamentem i dekretami rolnymi wspartymi dużymi dotacjami, które miały odtąd płynąć na wyspę nieprzerwanie przez trzydzieści lat.

Ten moment mógł być przełomowy w historii wyspy, dźwignąć z największej biedy ludność zamieszkującą jej górzyste wnętrze. Aktywiści komunistyczni jeździli od wsi do wsi, agitując wśród chłopów. Pięćdziesięciu z nich zamordowały przez następne lata bandy przeciwne reformom. Czyli mafia.

Typowy układ sił objawił się w 1944 roku w Villalba, gdzie przyjechał jeden z najbardziej aktywnych przywódców komunistycznych. Chadecki burmistrz zgodził się na jego wystąpienie pod warunkiem, że w spotkaniu nie wezmą udziału chłopi oraz nie będzie mowy o reformie rolnej i nie padnie słowo „mafia”. Komunista przystał na warunki, które oczywiście szybko złamał. Chłopi przysłuchiwali się jego przemowie z okien pobliskich domów oraz zza pleców porządkowych. Gorące tematy sprawiły, że pojawili się w końcu na placu. Proboszcz tamtejszej parafii, brat burmistrza, zarządził, aby bić w dzwony i zagłuszyć wichrzyciela. Gdy i to nie pomogło, padły strzały – w uliczkach kryli się mafiosi, dogadani z burmistrzem. Kilkanaście osób zostało rannych, między nimi działacz komunistyczny.

W 1947 pierwsze wybory do sycylijskiego parlamentu wygrała lewica. Przywódca najzajadlejszej bandy (czyli mafii), Salvatore Giuliano, napisał osobiście list do prezydenta Trumana, w którym nawoływał do „powstrzymania fali komunizmu na Sycylii” oraz… prosił o przyłączenie wyspy do Stanów Zjednoczonych. Dokładnie 1 maja ambasador amerykański w Rzymie otrzymał korespondencję od samego Marshalla, upominającą, aby natychmiast powstrzymać marsz lewicy na Rzym.

Tego samego dnia odbywały się w pobliżu porośniętej dzikimi orchideami grani La Pizzuta uroczystości majowe. Chłopi nadjeżdżali kolorowymi wozami zaprzężonymi w muły i konie, pełnymi wina i jadła. Wystrzały, jakie usłyszeli na początku uroczystości, wzięli za wybuchy fajerwerków. Nagle padł jeden z koni. Giuliano i jego towarzysze, ubrani w białe płaszcze, ukrywali się na wierzchołku góry. Strzelali z karabinów maszynowych i rzucali granatami. Przez piętnaście minut ostrzału zginęło jedenaście osób, sześćdziesiąt pięć zostało rannych.

Giuliano to drobny złodziej i wielki wróg kontynentalnej władzy. Po zamordowaniu jednego z karabinierów stał się lokalnym Robin Hoodem. Uciekł w góry z kilkoma kolesiami, jedynie nocą schodził do swojej wioski, aby odwiedzać rodzinę i przyjaciół. Jego sprawność bojowa została zauważona przez miejscowych notabli i zaczęto używać jego serwisów do celów politycznych.

Napad na ludność przy La Pizzuta zniszczył legendę Salvatore Giuliano. Krwawe ukaranie chłopów za głosy oddane na komunistów to doskonały przykład na to, jak bardzo mafia włoska oddalała się od biedoty, kiedy nie było jej z nią po drodze.

Aldo Moro

„Wielkim tkaczem” zwali premiera Włoch ci, którzy wierzyli, że był niezmordowanym zwolennikiem porozumienia z komunistami. Inni, rozumiejący ideę włoskiego transformizmu, według której establishment cyklicznie asymiluje opozycję, mówili o nim „chadecki wąż”; uważali, że Moro szykuje się do pożarcia komunistycznego króliczka.

Komuniści widzieli w nim swoją szansę na porozumienie, które torpedowały Czerwone Brygady. Bardzo przeciwni wszelkim układom byli też wielcy „przyjaciele”.

W 1978 roku Moro był w drodze do gmachu parlamentu, gdzie oczekiwał na zaprzysiężenie nowy rząd z Giuliem Andreottim na czele. Rząd ów nie zawierał co prawda żadnych komunistów, ale dawał im złudzenie, że będą współrządzić poprzez szerokie konsultacje. Premier Moro nie dotarł na miejsce, został porwany. Przetrzymywano go pięćdziesiąt pięć dni, po czym zastrzelono, a ciało porzucono w bagażniku samochodu zaparkowanego w połowie drogi między siedzibami chadeków i komunistów.

Porwanie Moro wstrząsnęło bossami cosa nostry. Planowali nawet odbicie więźnia i niewątpliwie udałoby im się to szybciej niż policji, która prowadziła zadziwiająco nieudolne poszukiwania, ale jeden z mafiosów podzielił się wiedzą, że to chadecja nie chce uwolnienia swojego własnego polityka. Kłótnia w sprawie Aldo Moro była kolejnym przyczynkiem do wewnętrznej wojny cosa nostry.

Moro pisał z więzienia rozpaczliwe listy, domagając się uwolnienia, a kiedy zrozumiał, że jego partia nie ma takiego zamiaru, zaczął zdradzać mniej lub bardziej znane tajemnice polityków wysokiej rangi i ich powiązania z cosa nostrą. Wspominał też o związkach Andreottiego z bankierem Sindoną.

Listami Moro, ich dłuższą, skrzętnie ukrywaną wersją, zajął się prowadzący śledztwo przeciwko Czerwonym Brygadom generał Dalla Chiesa, którego śmierć wiele lat później była kolejnym przełomem w historii cosa nostry.

Dalla Chiesa zaczął karierę w Corleone jako młody kapitan. Po wielu latach wrócił na Sycylię, na urząd prefekta Palermo. Był rok 1982, sam środek wielkiej wojny klanów. Po ulicach jeździli młodzi motocykliści, strzelający niemalże na oślep do swoich ofiar, raniąc przypadkowych przechodniów. Dalla Chiesa znał cosa nostrę od podszewki, ale przeraziła go sytuacja, jaką zastał. Od samego początku czuł osamotnienie i rozumiał, że izoluje się go taktycznie. Przed śmiercią szukał poparcia w szeregach chadecji, na próżno. Wybrał się też do konsula amerykańskiego w Rzymie, pod właściwy adres w sprawach cosa nostry, ale niewiele zdziałał.

Zginął, ostrzelany przez ośmiu mafiosów w centrum Palermo, usiłując ochronić własnym ciałem młodą żonę.

Śmierć Dalla Chiesy wyznaczyła godzinę zero na Sycylii. W Rzymie przyśpieszono prace nad ustawą o karalności mafii, tzw. Articolo 416. Odtąd przez trzynaście lat gromadzono dowody, aż w końcu w 1995 roku uważany przez wielu za głównego sprawcę wszystkich mafijnych nieszczęść Giulio Andreotti stanął przed sądem w Palermo.

Krótka historia jednego bankiera

Michele Sindona był synem kwiaciarza z Mesyny. Sycylijski „czarodziej finansowy” zaczynał od czarnorynkowych transakcji cytrynowych i zbożowych, aby wkrótce dorobić się miana bankiera cosa nostry i Watykanu. Przez jego banki przechodziły pieniądze CIA, które finansowały zamach greckich pułkowników w 1968 roku. Interpol zainteresował się Sindoną w sprawie przemytu narkotyków z Włoch do reszty Europy i USA. Tymczasem Sindona zdążył poczynić multimiliardowe interesy w bankach włoskich, amerykańskich i niemieckich. Kiedy zaczął popełniać błędy i ponosić pierwsze straty, odrabiał je na spekulacjach walutowych. Jego rzymski „przyjaciel” Giulio Andreotti nazwał go przewrotnie „zbawcą lira”. Dziś wiadomo, że Sindona naraził rynek włoski na cztery miliardy dolarów strat (według dzisiejszych kursów). Uciekając przed wymiarem sprawiedliwości, Sindona przedostał się na Sycylię w masce ze skóry kurczęcia. Ukrywał się w Palermo pod opieką „przyjaciół”, pozorując porwanie przez komunistów. Tymczasem szantażował ważnych partnerów biznesowych i polityków, próbując odzyskać lokaty cosa nostry.

Udało się go schwytać w 1984 roku i skazać na 25 lata więzienia, między innymi za zlecenie morderstwa syndyka zajmującego się upadłością jego banków.

Sindona zginął, otruty więzienną kawą z cyjankiem. Jego bliskim współpracownikiem był Roberto Calvi, wisielec spod mostu Blackfriars w Londynie. Znalazł go tam pracownik poczty wczesnym rankiem 1982 roku. Ubranie Calviego mordercy wypełnili cegłami.

Pino Arlacchi pisał w 1983 roku, że mafia to coś więcej niż zlepek band operujących w dużych miastach czy na wsi – to organizacja, z którą można się rozprawić tylko na poziomie świata finansów, radykalnie reformując system bankowy oraz rekwirując fortuny mafiosów i ludzi powiązanych z mafią.

Chwila oddechu na Etnie

Z Taorminy wybraliśmy się na najwyższy aktywny wulkan w Europie, wznoszący się na 3340 metrów n.p.m. Cała góra zajmuje 1250 km2. Przez ostatnie trzy i pół tysiąca lat, odkąd notuje się wybuchy, zdarzyło się ich około dwustu. W 2013 roku lawa tryskała na wysokość sześciuset metrów!

18893188_1489342024451141_1517029582734769603_n

_MG_4951

Gdy wspinaliśmy się samochodem na Etnę, mijaliśmy tonące w zieleni winnice, gaje cytrusowe, oliwkowe, migdałowe i pistacjowe. Najzieleńsze miejsce ze wszystkich, jakie widzieliśmy na Sycylii! Wyżej krajobraz przeistaczał się stopniowo w pustynię wulkaniczną – brązowe, chropowate powierzchnie, pokryte kosodrzewiną i samotnymi sosnami. Jeszcze wyżej pojawiły się brunatnoczarne skamieliny lawy, nastał krajobraz iście księżycowy. Niestety zaczęło lać, czubek góry spowiły sine chmurzyska, musieliśmy więc poprzestać na sfotografowaniu nieczynnych Crateri Silvestri. Do szczytu zabrakło nam aż 1300 metrów. Było tak mokro i zimno, że Etna kojarzyła się (wtajemniczonym) raczej z lodami niż z mitologiczną kuźnią Hefajstosa, która ponoć mieści się w jej wnętrzu.

Nazajutrz, fotografując Taorminę przy porannym słońcu, ujrzeliśmy w oddali dymek – bóstwo zabrało się jednak za wykuwanie piorunów dla Zeusa!

_MG_5036

Ale czas powrócić do rzeczywistości – nie bogowie tak naprawdę działają we wnętrzu Etny, lecz mafia na jej zboczach!

Olbrzymie pożary lasów na Wezuwiuszu, plaga południa Włoch, podobno wybuchają z rąk mafijnych podżegaczy. W grę mogą wchodzić unijne fundusze, które płyną do rąk lokalnych organizacji (czytaj: mafii) na rzecz rewitalizacji wypalonych terenów.

Żyzne zbocza Etny, raj dla producentów wina, to też miejsce, gdzie mafia znaczy swój teren. Od kilku lat toczy się tam batalia, której przewodzi sam szef Parku Narodowego Nebrodi, obejmującego Etnę. Giuseppe Antoci twierdzi, że mogło dojść do sprzeniewierzenia trzech i pół miliarda euro. Wokół winnic pojawiają się metrowe słupki oklejone paskiem białej taśmy. To sygnał dla właściciela winnicy, że państwo prawa nie działa na Sycylii, prawo stanowi mafia. Palone są domy, niszczone uprawy, dochodzi do pobić. Winiarze instalują kamery, grodzą posiadłości metalowymi płotami. W zeszłym roku ostrzelano samochód, którym jechał Antoci. Nikt nie zginął, ale determinacja jego przeciwników wskazuje wyraźnie, że gra idzie o wielką stawkę. Mafiosi składają w Brukseli fałszywą dokumentację, ubiegając się o dotacje na rzecz wskazanych ziem. Udowodnienie, że właścicielem jest ktoś inny, zajmuje urzędnikom całe lata. A miejscowa policja też nie do końca widzi to tak jak poszkodowani. Dlatego jeden z pobitych winiarzy zaczął nosić koszulkę z napisem: „Lokalna mafia – gatunek chroniony”.

_MG_4964

Lody, lody

Etna to także lody.

Wyrabia się je i konsumuje na Sycylii od tysiąca lat. Arabowie przywieźli ze sobą technologię mieszania syropów owocowych i esencji kwiatowych ze śniegiem – tak produkowano sharbat. W XVI wieku desery lodowe stanowiły gwóźdź programu na europejskich dworach – Katarzyna Medycejska zatrudniła specjalnie do ich wyrobu Sycylijczyka. W XVII wieku kreatywny Neapolitańczyk podmienił składniki na dostępny już cukier, miód i mleko. Lody wstąpiły pod strzechy – w latach, kiedy spadało na Etnie niewiele śniegu, wybuchały zamieszki uliczne. Sycylijczycy żądali ochłody! W 1777 roku napadnięto w Syrakuzach na statek wiozący transport śniegu! Do ochłody trzystu gości na przyjęciu w Palermo zużywano pięć ton lodów. Tymczasem biedakom sprzedawcy uliczni oferowali je na łyżeczki…

A parlament sycylijski nazywano „lodowym”, z racji wysokiej konsumpcji zimnych deserów w czasie obrad.

My zjedliśmy w kawiarence na zboczach Etny, ukrywając się przed lodowatymi opadami gradu, migdałowe granite. Ta specjalność sycylijska smakowała mi szczególnie na Ballaro, gdzie straganiarz uskrobał na moich oczach z bryły lodu zawartość kubeczka i dodał po kilka kropel syropów własnego wyrobu – truskawkowego i cytrynowego. Bardzo orzeźwiające, pycha!

_MG_4914

Za to cassata, skonsumowana na deser w tawernie, nie przypadła mi do gustu. Trafiliśmy na odmianę mrożonego biszkoptu przekładanego masą z sera ricotta i obficie lukrowanego. Mnie tęskno za wersją z Messyny, gdzie podaje się torcik lodowy, nadziewany bakaliami i owocami kandyzowanymi. Jak w socjalistycznym dzieciństwie 😉 Oczywiście i ten wyśmienity deser ma korzenie w kuchni arabskiej, quas-at to po arabsku misa, w której mieszano wszystkie składniki po oblepieniu brzegów ciastem.

IMG_4735

Większość specjałów kulinarnych, z których słyną Włochy – makarony, pizza, lody – pochodzi z południa, gdzie mieszały się od tysięcy lat rozmaite kultury.

Północ-południe

W 1860 roku wojska Garibaldiego, przy pomocy mafijnych picciotti, wyzwoliły Sycylię spod rządów Burbonów. Na tronie włoskim zasiadła dynastia Sabaudów z Piemontu. Mezzogiorno poszło w zapomnienie. Industrialne serce Włoch zaczęło bić na północy, w trójkącie Turyn-Genua-Mediolan. Na południu staniały wełna, wino i olej, podniosły się za to podatki. Skoligacona z przestępcami, pasożytująca na pracy najbiedniejszych klasa rządząca południa nie robiła nic, aby dźwignąć region ze statusu „ogona Włoch”.

Znów warto cofnąć się w odległą przeszłość. Przed tysiącem lat powstało na południu feudalne królestwo pod rządami Normanów, będące kontynuacją scentralizowanych i absolutystycznych rządów Bizancjum i kalifatów arabskich. Wyróżniało się doskonałą administracją – od XIII wieku działał w Palermo parlament, powstał kodeks prawa administracyjnego. W Neapolu założono pierwszy państwowy uniwersytet. Społeczeństwo Mezzogiorno było wielokulturowe i tolerancyjne wyznaniowo, ale opierało się na bogactwie ziemskim, związanym nieodłącznie z hierarchią społeczną, nie na handlu. Tymczasem na północy rozwijały się miasta-republiki, zbliżone ustrojowo do demokracji, otwarte na świat, przedsiębiorcze. Pod koniec XVI wieku arystokraci z północy tracili wpływy, podczas gdy na południu nie zmieniało się nic. W pierwszym dziesięcioleciu XX wieku do Ameryki wyjechało trzysta tysięcy Włochów z północy – i sześć razy tyle z południa!  Po wojnie exodus się powtórzył. Ponad cztery z osiemnastu milionów mieszkańców południa wyemigrowały do lat 70-tych na północ Włoch oraz do Europy – Niemiec, Szwajcarii i Belgii. Wnętrze Sycylii utraciło połowę swoich mieszkańców.

Linia kawy a bieda

W siedemnastowiecznym Neapolu zapanowała moda na cukier, ciągle nieznany w innych portach Europy. Pół wieku wcześniej zaczęto sprowadzać kawę. Do dziś specjalnie podawana kawa neapolitańska wydaje się być dodatkiem do cukru, nie odwrotnie.

Neapolitańczycy twierdzą, że kawowy narkotyk im dalej na północ, tym mniej jest zdatny do picia. Linia kawy przesuwa się wraz z linią palmy. Leonardo Sciascia pisał:

Może całe Włochy stają się Sycylią… Kiedy czytałem w gazetach o skandalach tego regionalnego urzędu, przyszła mi do głowy pewna myśl: uczeni mówią, że linia palmy, to znaczy granica klimatu sprzyjającego rozwojowi palmy, przesuwa się rocznie o pięćdziesiąt, zdaje się, metrów na północ. Linia palmy… A ja powiem: linia mocnej kawy, kawy skoncentrowanej… I ta linia palmy, mocnej kawy, skandali podnosi się jak słupek rtęci w termometrze: coraz wyżej przez Włochy, już jest poza Rzymem…

Leonardo Sciascia, „Dzień puszczyka”, tłum. Halina Bernhardt-Kralowa, Warszawa 1967

Moja niewielka przygoda z kawą na Sycylii rozegrała się w Cefalu. Biegałam po bukolicznym miasteczku, słynącym z normańskiej katedry, rejestrując ostatnie przed wyjazdem kadry uliczne i architektoniczne. Zmachana, wpadłam do malutkiej kafejki, gdzie oprócz przystojnego barmana, długiej na trzy metry lady i maszyny do kawy znajdowało się w oknie wystawowym kilka pojemników z lodami. Zamówiłam jedną gałkę malagi i, zamiast odejść, skusiłam się na naparsteczek espresso doppio. Rzadko korzystam z kawowego kopa i nigdy nie pijam jak nakazuje tradycja, na stojąco. Ale potrzebowałam reanimacji. Wymieniłam z barmanem kilka grzeczności, po czym zabrałam się za żonglowanie wafla z lodem w jednej dłoni i słodzenie kawy drugą, usiłując nie uderzać obiektywem o wysoką ladę. W tym momencie wkroczyło do ciasnego pomieszczenia kilkunastu roześmianych Włochów w wieku… no, starszych ode mnie. Otoczyli mnie wianuszkiem, nie mając gdzie się podziać i, oczekując na swoje naparstki, obserwowali każdy mój ruch. Sekundy ciągnęły się jak guma do żucia i zyskały gorzko-słodki smak. Lód kapał, aparat uciskał w biust. Panowie dzielili się wrażeniami, przekonani, że nie rozumiem ani słowa. Nie będę przytaczać ich komentarzy. Było zabawnie.

Tą samą uliczką wracałam poprzedniej nocy znad zatoki, sama. Zostawiłam na plaży koleżanki, z którymi zażywałyśmy kąpieli przy świetle księżyca. Kiedy stąpałam boso po chłodnych kamieniach, delektując się ciszą przerywaną rzadkimi muśnięciami fal o pobliski brzeg, pomyślałam: to sen.

Piękny, sycylijski sen.

19956238_1524375320947811_4094960126056897864_o

Mafia a kobiety

Letizia Bataglia jest fotografką z Palermo, znaną przede wszystkim ze wstrząsających zdjęć ofiar cosa nostry.

W 1979 roku wykonywała nudną robotę – jako redaktorka dziennika L’Ora pracowała na przyjęciu w Palermo. Sfotografowała między innymi Giulio Andreottiego z Nino Salvą. O nietypowych ujęciach zapomniała, bo, jak na rasową Sycylijkę przystało, żyła chwilą, tu i teraz. Po czternastu latach wtargnęli do jej mieszkania karabinierzy z nakazem rewizji. Wkrótce bezcenne zdjęcia zostały włączone w akta procesu przeciwko Andreottiemu.

Później Letizia została radną Palermo, całe życie ciężko pracowała na rzecz miasta i przeciwko mafii. Założyła wydawnictwo feministyczne La Luna, które publikowało zeznania kobiet, próbujących wyrwać się z zaklętego kręgu mafii.

Sędzia Borsellino korzystał z zeznań takich kobiet. Pochodzące z Partanny Piera Aiello i jej młodziutka szwagierka Rita Atria pomogły Borselliniemu odtworzyć strukturę lokalnej komórki. Piera:

Żony mafiosów zawsze o wszystkim wiedzą. Jeśli przemówią, będzie to oznaczać koniec cosa nostry. Już prawie przekonałam Nicolę <mąż Piery, brat Rity>, żeby współpracował.

Piera i Rita trafiły do Rzymu, gdzie ukrywały się i pozostawały w bliskim kontakcie z Borsellinim. Ich rodziny nigdy nie zaakceptowały tego wyboru. Po zamachu na sędziego siedemnastoletnia Rita skoczyła z balkonu swojego rzymskiego mieszkania. Na pogrzeb w Partannie nie przyszli krewni ani żaden mężczyzna ze wsi, poza księdzem. Matka siedziała w domu, z twarzą w poduszce. Trumnę niosły działaczki antymafijne i feministki z Palermo.

Piera wybrała napis na nagrobek przyjaciółki: PRAWDA ŻYJE. W Dniu Zmarłych rozbiła go młotkiem matka Rity. Zwłoki córki poleciła przenieść (zgodnie z nakazem sądowym) do rodzinnego grobowca.

Na pogrzebie sędziego Falcone żona jednego z zamordowanych policjantów z ochrony krzyczała do zgromadzonych polityków: „Na kolana!” Opowiadała tłumowi żałobników o mężu, o jego pięknych nogach… Letizia Bataglia uwieczniła ją na jednym ze zdjęć.

mafia Rosaria

Palermo, 1992. Rosaria Schifani. (photo by Letizia Bataglia)

Z czym, poza zabójstwami, kojarzy się mafia? Oczywiście – z rodziną.

Najcenniejszy pracownik mafii to piciotto – zadziorny kawaler, którego ślub nie zdążył przeobrazić w otyłego, niemrawego męża i ojca. Za to dla kobiety małżeństwo i macierzyństwo stanowiły cały sens życia. Dlatego mieszkanka Mezzogiorno zachowywała dziewictwo do ślubu, a po nim stawała się przesadnie uległa, grając rolę wzorowej matki, żony, kucharki, strzegącej tajemnic biznesowych męża lepiej niż własnych. W zamian mogła liczyć na jego wierność.

Mafioso w roli ojca i męża był wierny w swoim rozumieniu, w ramach patriarchatu cosa nostry. Matka jego synów pozostawała do grobowej deski najważniejszą kobietą w jego życiu, o rozwodach nie było mowy. Dbał o żonę i dzieci, pilnował, aby darzono je szacunkiem. Resztę kobiet uważał za kurwy.

Z pomocą przychodzili transwestyci. Seks z transseksualistą nie był ujmą na honorze, uprawiany dyskretnie uchodził w środowisku cosa nostry. Niezliczone skoki w bok mafiosów wyniosły zawód transwestyty do rangi sztuki na południu Włoch. Jednym z najpopularniejszych miejsc w Palermo, gdzie dochodziło do schadzek, był plac San Domenico, stykający się z targowiskiem La Vucciria. My spędziliśmy na nim senną, popołudniową godzinę, fotografując figurki świętych i drzwi katedry.

Mafia a kościół

Pod koniec 1982 roku, w samym środku wojny klanów, przyjechał do Palermo papież Jan Paweł II. Od zamachu na placu Św. Piotra minęło półtora roku. W Palermo oczekiwało na Jego Świątobliwość sto pięćdziesiąt tysięcy wiernych. Nie usłyszeli w czasie homilii słowa „mafia”.

W tym samym miesiącu (listopadzie 1982 roku) toczyły się intensywne rozmowy na temat drugiej wizyty papieża Jana Pawła II w Polsce. Tygodnik Powszechny pisze o odsłoniętych właśnie kulisach spotkania papieża z generałem Jaruzelskim. Doszło do niego na Wawelu w czerwcu 1983 roku. Rozmowa w cztery oczy wpłynęła być może na zakończenie miesiąc później stanu wojennego i amnestię dla działaczy solidarnościowych. Tutaj papież działał bez zahamowań, walczył z komunistami!

W wojnie klanów w latach 1981-1983 zamordowano na Sycylii prawie trzy tysiące ludzi! Gdyby można się było dowiedzieć, co tak naprawdę myślał Jan Paweł II, przemawiając do wiernych w Palermo.

Mafia a władza

Mafię prawdopodobnie zgubiło bogactwo. Tłuste lata osiemdziesiąte, kiedy bogacili się nieprawdopodobnie nawet jej szeregowi członkowie, przyniosły upadek wartości. Co z tego, że jeździli sportowymi samochodami i nosili rolexy, jeśli musieli żyć w ciągłym strachu o siebie i swoje kobiety, ukrywać się, walczyć o przetrwanie.

W mafii zawsze chodziło o władzę. Władzę i szacunek, kluczowe sycylijskie wartości. Bogactwo było drugorzędnym aspektem życia. Słynne mafijne powiedzenie, że „wydawanie rozkazów jest lepsze od ruchania”, najlepiej oddaje te prawdy. Słychać ich echa w „Ojcu chrzestnym”, słychać w zeznaniach mafiosów, że lepiej być człowiekiem honoru niż nikim. Lepiej, żeby wszyscy chylili przed mężczyzną głowy. Nie da się tego kupić za żadne pieniądze.

Giulio Andreotti siedmiokrotnie sprawował urząd premiera pomiędzy 1972 a 1992 rokiem. W 1994 roku rozpadła się jego Partia Chrześcijańsko-Demokratyczna. Śledztwo mani pulite („czyste ręce”) zmusiło Andreottiego do zrzeczenia się immunitetu, został oskarżony o współpracę z mafią sycylijską, korupcję, ale w końcu uniewinniony. Po roku 2000 odbył się kolejny proces, oskarżający go o zlecenie morderstwa dziennikarza. Andreottiego skazano na 24 lata więzienia, jednak po kasacji przez Sąd Najwyższy uniewinniono. Umarł w 2013 roku z przyczyn naturalnych.

Ojciec Święty Jan Paweł II znalazł czas między jednym a drugim procesem, aby serdecznie uścisnąć dłonie Andreottiego, który zbliżał się do siedemdziesiątki. Owo „niemal przytulenie” odbiło się głośnym echem w mediach włoskich. Pewien student odważył się spytać o to wydarzenie w czasie audiencji w Bazylice Świętego Piotra. Był to pierwszy od siedmiuset lat przypadek tak odważnego indagowania Jego Świątobliwości we własnym domu.

W 1993 roku wygrał wybory Silvio Berlusconi. Czy był to długo oczekiwany „nowy początek”?

Już wkrótce okazało się, że mimo trwających megaprocesów nowo wybrany, w miejsce uwięzionych i sądzonych, capo di tutti i capi instruował klany mafijne, by głosowały na Berlusconiego. Etc. etc. etc.

Mafia i krew

W samym sercu Palermo, naprzeciwko budynku parlamentu, można schronić się przed upałem w cienistym parku. U stóp olbrzymich palm próżno szukać ciekawych obiektów do fotografowania. Depcząc po przesuszonych trawnikach, trafiłam jednak na to „coś”. Urzekł mnie pewien kwiat, żywo kontrastujący z przyblakłą zielenią. Hibiskus, bohater jednej nocy. Krzew hibiskusa wybucha czerwienią w coraz to innym miejscu, jakby dawał sobie upuścić kropelkę krwi. Nazajutrz kropla znika.

19488586_1516639541721389_1992353421450233289_o

Już w samolocie czytałam o mattanza, do której porównuje się działalność mafii. Ławice tuńczyków, przepływające w pobliżu Sycylii, trafiają do labiryntu sieci, tonnara, w którym na samym końcu, w Sali Śmierci, odbywa się istna rzeź. Wody przybrzeżne zabarwiają się wtedy na czerwono.

mafia mattanza

Mattanza by Marcello Caliri

Jeden z mafijnych donosicieli (pentito) wskazał palermijską Salę Śmierci, mieszkanie, w którym Filippo Marchese własnoręcznie przesłuchiwał, torturował, dusił i rozpuszczał w kwasie ofiary. Ów pentito był jednym z czternaściorga dzieci ubogiego rybaka. Nędza pchnęła go w objęcia mafii. Przydzielono mu zadanie wywożenia na morze i wyrzucania za burtę częściowo rozpuszczonych zwłok ludzkich. Przerażony, wolał zgłosić się na policję i zacząć zeznawać.

18813199_1485375978181079_6759046762438262301_n

Mafia niezniszczalna

[…] Prawda jest na dnie studni: patrzy pan w studnię i widzi słońce albo księżyc, ale jeśli się w nią rzucić, nie ma już ani słońca, ani księżyca, jest prawda […]

– Pan – powiedział kapitan – wielu ludziom dopomógł znaleźć prawdę na dnie studni.

Leonardo Sciascia, „Dzień puszczyka”, tłum. Halina Bernhardt-Kralowa, Warszawa 1967

Sciascia czternaście lat przed rozpoczęciem megaprocesu zauważył, że jedynie beletrystom udało się zgłębić realia współczesnych Włoch.

W latach 90-tych zaszły zmiany. Pojawiła się nadzieja. Organy ścigania zostały uwolnione spod nacisku polityków i mogły bez ograniczeń polować na łamiących prawo. Śledczy w Palermo czuli poparcie państwa dla swoich działań. Policzono, że w latach 1983-93 cosa nostra w powiązaniu z innymi organizacjami przestępczymi miała na koncie dziesięć tysięcy ofiar. Palermo to ekstremalna metafora Włoch, Palermo to początek łańcucha, który zaczyna się od morderstw w tym mieście, poprzez inwestycje w Mediolanie, Londynie, Frankfurcie i Nowym Jorku, władze w Rzymie, Watykanie i Brukseli. Sycylia to mózg i serce mafii, działającej na całym świecie, zagrażającej wolności jednostki, prawom człowieka, demokracji.

„Wuj Toto” spotkał się w 1987 roku, w szczytowym punkcie megaproces, z „wujem Giulio”. Doszło do Pocałunku, który próbowano – bez skutku – udokumentować w sądach, aby obciążyć Andreottiego związkami z mafią.

Polityka i zbrodnia to jedno i to samo.

Ojciec Chrzestny III, film prod. amerykańskiej, 1990, reż. Francisa Forda Coppola, scen. Francis Ford Coppola, Mario Puzo, Dean Riesner

Jeśli chcemy, by wszystko pozostało tak jak jest, wszystko musi się zmienić.

Giuseppe Tomasi di Lampedusa, Lampart, tłum. Zofia Ernstowa, Wrocław 1993

Korzystałam z materiałów:

Peter Robb, Sycylijski mrok, tłum. Bohdan Maliborski, Wołowiec 2013

bbc.co.uk

Tygodnik Powszechny

KrytykaPolityczna.pl

focusmediterranee.com

lavocedelmarinaio.com

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: