Co z tą Turcją?

Blog Entry1

No właśnie, co? Wszyscy byli sto razy, a my nie. Bo my swoimi ścieżkami chadzamy po świecie. Do Turcji żadna nie prowadziła, zbyt utarte były. A już w ogóle all-inclusivy i inne half-boardy nie dla nas. Tłok w basenie, drinki, wieczorki zapoznawcze. Nie, nie, nie! Byłam raz na Majorce z synem i obiecałam sobie: „Nigdy więcej!”

A jednak wygnało nas do Turcji. Miało być do Szkocji, ale jak się żyje w ośmiomilionowym mieście, i to zaledwie od roku, domowe biuro podróży „Zuza’s Travel” popełnia błędy nowicjuszy – ociągania się z rezerwacją do ostatniej chwili itp. Potem zostają same ochłapy. Sierpień nad Morzem Śródziemnym? Nigdy w życiu! Zawsze bywaliśmy w czerwcu, maju, wrześniu…

A jednak przyszło nam pojechać w te 40-stopniowe upały.

I było fajnie.

Najpierw nocny lot. Gatwick to przyjemne, małe lotnisko, jakąś godzinkę od domu, dobra organizacja, nie ma na co narzekać. Tylko w samolocie Thomson/TUI ścisk, mimo nocnej pory pani ryczy nad głową przez głośnik o cenach perfumów i papierosów. Lot długi, toć nad całym Morzem Śródziemnym trzeba przefrunąć.

W Dalaman, gdzie lądujemy, w południowo-zachodniej prowincji Mugla, mamy pierwszy kontakt z Turcją. Duszna noc. Wieczne oczekiwanie na bagaże. Wypada na taśmę kilkanaście walizek, tłum Brytyjczyków rzuca się po nie – i dalej nic. „Przerwa na sziszę” – oświadcza filozoficznie M. I takie cykanie przez prawie godzinę. Wreszcie mamy komplet bagaży i ruszamy do autokaru, który jest oczywiście all-inclusive.

Zanim uzbiera się komplet pasażerów, mamy obejrzane wszystkie zasłonki, podgłówki, podramienniki, wytatuowanych współpasażerów, ich rozbrykane dzieci. Jakoś tak zaczynam tracić ducha. Nie tylko z powodu późnej pory. Coś mi nagle przywraca wspomnienia z Majorki, gdzie codziennie siadałam z synem do śniadania w tłumie obutych w sandały, nierzadko zagrzybionych stóp – brytyjskich i niemieckich.

Ale nic, jedziemy. W nocy niewiele widać. Tylko widok rozświetlonych wieżyczek meczetów w Dalaman, a potem w Fethiye, pomaga walczyć ze snem. Zaczyna się seria wysiadek. Autokar zatrzymuje się w kilkunastu hotelach, pokonując po drodze wąskie ulice, zastawione prywatnymi autami. Nigdy jednak nie odstępuje od zasady dowozu pod samą bramę. Podziwiam kunszt kierowcy.

Jazda trwa w nieskończoność. Na sam koniec, kiedy już prawie świta, zjeżdżamy z wysokich gór w piękną dolinę do Oludeniz (nie będę używać umlautów, bo i tak nie dajemy rady ich wymówić). Oludeniz znaczy dosłownie Martwe Morze, ale zwyczajowo tłumaczy się tę nazwę na Błękitną Lagunę. Dlaczego tak – nie wiem. To zdominowana przez Brytyjczyków miejscowość, słynąca z pięknej plaży (czytałam gdzieś, że nawet jednej z pięciu najpiękniejszych na świecie…?), kończącej się laguną, z wysokich gór dochodzących bardzo blisko morza (Babadog, najwyższy w okolicy szczyt, liczy sobie 1969 metrów n.p.m.) i z bardzo popularnego ośrodka paralotniarstwa, czyli latania na szmatach.

Nasz hotel wygląda mniej więcej tak, jak obiecywały foldery. Położony niedaleko plaży, dojście do niej główną ulicą (wiele sklepów otwartych w nocy!), ale zarazem w zaciszu, z pięknym widokiem na góry.

IMG_9224 IMG_9233 IMG_9217

Kiedy kładziemy się spać w dużym, bardzo przyjemnym pokoju (klimatyzacja non-inclusive), przez zamykane w ostatniej chwili okno dochodzi z pobliskiego meczetu śpiew – wezwanie do fadżr, modlitwy przed wschodem słońca. Ładne.

Śniadanie na tarasie w 30-stopniowym, porannym upale. Nici z tureckiej kawy, mojej ulubionej – serwują nam lurę z niemieckiego ekspresu Jacobsa. Moją uwagę zwracają przystojni chłopcy w koszulkach polo. Ich obecność stanie się jedną z głównych atrakcji tego pobytu.

Woda w morzu cudna. Turkus? Akwamaryna? Sama nie wiem. Ciepłe, łagodne fale omywają zmęczone podróżą, blade ciała. Nie stwierdzam obecności meduz, jeży morskich, rekinów. Nie stwierdzam, bo nie widzę dna. Młodszy M jest od pierwszych chwil moim wiernym kompanem kąpielowym, ubolewa tylko, że maska do płytkiego nurkowania jest bezużyteczna. Jeszcze mu się bardzo przyda, za kilka dni, ale na razie tego nie wie. A starszy M siedzi najpierw długo na brzegu i kontempluje. Może, jak przedostać się do Strefy Gazy? To w linii prostej tylko 600-700 km (trochę za zakrętem).

W basenie hotelowym nie przeżywam już takich kąpielowych rozkoszy. Nie sposób zapomnieć o obecności chloru w tym ciepłym bajorku. Upał daje się we znaki. Odsypiamy podróż, sjestujemy w chłodnym pokoju. Kolacja – pyszności w czterech różnych bufetach – nastraja nas bardzo optymistycznie, choć tragiczne skutki pierwszego obżarstwa uczą, żeby w następne dni jednak dawkować uciechy dla podniebienia. Ummm, moje ukochane baklavas.

Już pierwszego wieczoru dyrekcja hotelu raczy nas programem artystycznym. Niestety, na latynoskie pląsy wtaczamy się spóźnieni o całe pół godziny, ciągle walcząc z kolacyjnym obżarstwem.

Dla mnie pierwsza, pełna noc w hotelowym pokoju jest drugą z kolei, nieprzespaną. Leżę z pilotem do klimatyzacji w dłoni, na twardym materacu, z jedna poduszką (zgroza), na szczęście jeszcze nie z porażeniem słonecznym. Ten problem pojawi się kolejnej nocy.

Jacobsowa kawa ledwo daje radę postawić mnie na nogi następnego poranka. Ale co innego cieszy – wybieramy się na Błękitną Lagunę! Będzie tak, jak lubię: niezwykłe okoliczności przyrody! Wynajmiemy sobie leżaczki, kupimy po drodze ociekające sokiem brzoskwinie. Łał! Będzie bosko. Wbijam się w mój wyszczuplający kostium w groszki, smaruję na zapas kremem z filtrem 50. Maszerujemy dziarsko przez duszne miasteczko, laguna leży trochę dalej niż główna plaża. Po drodze mija nas mnóstwo samochodów. No tak, kto nie chciałby w taki piękny dzień kąpać się w jednym z najpiękniejszych miejsc na ziemi?! Nad głową fruwają chmary paralotniarzy. Dyskutujemy bez przerwy, kiedy najlepiej zarezerwować lot dla młodszego M.

Kolejka do kasy, wstęp kosztuje parę lirów, bo to teren chroniony. Brniemy razem z tłumkiem oklapkowanych turystów przez gorące piaski tudzież tłoczne chodniczki. Co widzimy? Wąski pas plaży i zielonkawą wodę, w której taplają się całe rodziny. Naprzeciw wysepka. Znajdujemy dwa wolne leżaki z parasolem, idę się dowiedzieć, czy możemy złamać zasady i zająć trzeci. Tak, za dopłatą wolno. Pan przyjdzie potem i skasuje. Zanurzamy się w mętnej żyburce. Żadnych fal, żadnej dramaturgii. M i M płyną na pobliską wyspę. Ja stwierdzam szybko, że czas na kolejne smarowanie, bo nawet w wodzie słonko ciągnie, że hej. Eureka! Krem został w pokoju! Wpadam w panikę! Szukam prysznica, bo czuję, że sól podkręcona stresem pali mi skórę. Niestety, łaźnie są daleko i pełne plażowiczów.
Szybko i smutno kończy się mój pobyt na Błękitnej Lagunie.

IMG_9501 IMG_9516

Pędzę do hotelu, ale słońce nie zostawia na mnie suchej nitki. A raczej niespalonego skrawka skóry.

Drogi czytelniku, jeśli dobrnąłeś do tego akapitu, gratuluję i przyśpieszam tempo.

Zaczyna się dla mnie urlopowe piekiełko, które trwa ze dwie doby. Chcę wracać do Londynu! Nie tylko z porażeniem słonecznym, ale i z alergią na światło słoneczne (PMLE), na którą cierpię od trzech lat – walczę o przetrwanie w lodowatym pokoju, balansując pomiędzy nieuchronnym bólem ucha/gardła, rozpaczą i rozczarowaniem moich bliskich. Wakacje w Turcji? Pewnie! W sierpniu? Nigdy!

Z tym przesłaniem dochodzę jakoś do siebie. Młodszy M dostaje miejsce (wcale nie jest o nie łatwo w renomowanym – czytaj: bezpiecznym – biurze!) w grupie paralotniarzy i odbywa wymarzony lot w tandemie. Dla niego Błękitna Laguna to raj widokowy. Najpierw wjazd na Babadag, 40 minut, klimatyzowanym autobusikiem. Potem krótkie przygotowania na skalistej platformie i wyskok w przestworza! Bajka! Niestety przygoda trwa tylko 25 minut. Masówka. Nie ma wyszukiwania kominów powietrznych, przedłużania czasu lotu. Cóż. Dla nas, rodziców, ważne jest to, że dziecko oddają w jednym kawałku. Obserwujemy cały przelot z plaży, pod przewodnictwem chłopaka uzbrojonego w krótkofalówkę, potrafiącego wskazać od prawie samego szczytu, kto wisi na której paralotni. Na koniec kolorowe ptaszyska przelatują nad Oludeniz i trafiają dokładnie w swoje lądowisko na skraju plaży. Pięknie. Marzenie. Stać się na chwilę ptakiem. Wolność.

IMG_9188 IMG_9192 IMG_9194

A więc pierwsze koty za płoty. Postanawiam i ja zawalczyć i wystawić się znowu na niebezpieczeństwo, czyli działanie zabójczych dla skóry promieni. Nie dość, że czuję się na plaży jak mały słoń, owinięty ciasno kropkowanym kostiumikiem, to jeszcze muszę uważać, aby nie pogorszyć wysypki. Cudnie. Biegam po każdej kąpieli pod prysznic, smarować, spocić się na leżaku nad lekturą, znowu do wody, pod prysznic. I tak dalej. Prawdziwy wypoczynek! Nawet przy wieczornej kąpieli towarzyszą nam całkiem silne promienie. Nagrodą za wysiłek jest przepiękny zachód słońca, z małą oludeńską flotą na pierwszym planie.

IMG_9147 IMG_9259 IMG_9315

Kolejne wieczorki zapoznawcze/artystyczne są bardzo różne. Nie opuszczamy żadnego – z czystego lenistwa. Taras naszego hotelu to jedno z piękniejszych miejsc w miasteczku. Puszymy się na nim co wieczór, przy drinkach, pod palmami, z widokiem na całą miejscowość, góry, ładnie oświetlony basen. Kelnerzy uwijają się wokół nas, spełniając każde życzenie. Po co się włóczyć po ulicach, gdzie królują bary karaoke, szisza i niezliczone pamiątki. Mamy dość dobrze u siebie. Jeden z występów to oczywiście taniec brzucha. Tancerka wije się, podryguje, zamiata scenę włosami, kusi wdziękami panów z pierwszego rzędu. Potem prosi do współpracy… naszego młodszego M, który siedzi sobie w kącie nad bezalkoholowym Harry Potterem. Ło matko! Ale się dziecko stresuje. Oczywiście nie daje się namówić. Panna obraża się i przysiada na fotelu obok, pokazując publicznie fochy. Ja, jako matka nieśmiałego 13-latka, mam mieszane uczucia. Oceniam jej walory jako potencjalnej synowej i jestem raczej na nie. A z drugiej strony rozpiera mnie duma, że odmowa mojego nieletniego przystojniaka wzbudziła w niej taki żal! Gdyby wiedzieli, że ja, będąc sto lat młodsza, też ćwiczyłam taniec brzucha – w Kanadzie! A jak! Oczywiście nie miałam wtedy jeszcze brzucha…

O ludziach słów kilka. Od pierwszych godzin wiem, że do Turcji przyjadę na pewno więcej razy. Fascynuje mnie ten kraj, o którym słyszałam wcześniej wiele dobrych rzeczy. A ja znałam Turków tylko jako współemigrantów, między innymi w Niemczech. Miło jest zobaczyć ich u siebie, szczęśliwych, wyzwolonych, choć pracujących tak ciężko i za tak małe pieniądze. Rozmyślam wiele o sensie emigracji, raczej na smutno. Nasz hotel to takie małe blokowisko. Bardzo gustowne architektonicznie budyneczki, otoczone zadbaną zielenią. Do tego krajobrazu należą ubrane w pastelowe mundury i białe chusty na głowach sprzątaczki, które niczym duchy czystości przemykają od wczesnych godzin rannych do późnych wieczornych pomiędzy pokojami. Zawsze z uśmiechem. Zaglądam im w oczy. Czy ten uśmiech pochodzi z głębi duszy, czy jest tylko przyklejony sztucznie nakazem szefa? Wygląda na serdeczny, szczery… Czy to możliwe? My, białe kobiety, snujemy się rozkapryszone, wysmarowane płynami za minimum 50 lirów, w skąpych bikini, i jeszcze narzekamy na upał, a one wymiatają piasek z naszych naprawdę zadbanych pokoi – przez dziesięć, jeśli nie dwanaście godzin na dobę. Nie lubię tego aspektu podróży – nigdy! Sprzątaczki hotelowe to zawsze widoczny, choć z założenia podziemny, poruszający sumienie świat nisko płatnych emigrantów, na którym żerujemy my, zachodni turyści.

W restauracji i recepcji hotelowej pracują za to sami mężczyźni! Większość serdeczna, otwarta, skora do pogawędki. My uchodzimy po kilku rozmowach za Niemców, więc szef kelnerów wita nas co rano drewnianym „Guten Morgen!”. Nie dajemy rady wyprowadzić go z błędu, więc gramy w tę grę. Dopowiadamy sobie dla kurażu nasze ulubione powiedzonko „Butem w mordę!” Na wspomnienie dawnych czasów. Pocieszam się myślą, że młodzi chłopcy – pomocnicy kelnerów – nie są w wieku naszego M (choć niektórzy na takich wyglądają!), że pracują tutaj tylko latem, chodzą do porządnych szkół, ot, jak nasza polska młodzież, dorabiają sobie w wakacje. Na moje pytanie o ich los szef gorąco zapewnia, że mają minimum 18 lat, bo inaczej nie mogliby pracować w serwisie, gdzie ma się kontakt z alkoholem…  Wyglądają jednak na dużo mniej. Cały czas noszę się z zamiarem podpytania któregoś młodzieńca na osobności, ile ma lat. Ale boję się, pewnie słusznie, złego odczytania moich intencji. Jestem świadkiem tego, jak pewne przystojne Brytyjki (chyba matka i córka) podrywają jednego z hotelowych bojów i umawiają się z nim „tak jak dwa lata temu, po zamknięciu baru, na kawę, no pamiętasz nas obie na pewno”. Hmmmm. Chyba wolę nie wnikać w ten biznes od kuchni.

Nasi rodacy, a uzbierała się ich w hotelu mała grupka, raczej trzymają się na osobności. Dolatują nas czasami tak upragnione konwersacje w ojczystym języku, ale po chwili… po chwili przerzucam się na cykady. Czy to możliwe, że mamy w narodzie tylu mędrców, którzy pozjadali wszelkie rozumy, wiedzą dosłownie wszystko i prawią o tym przy kolacji, na basenie, przy każdej generalnie okazji, kiedy tylko nie śpią? Widocznie. Wyjątkiem jest pewna mała Ola, ale o niej za chwilę.

Sklepikarze i właściciele biznesów, którzy bywają tak namolni w innych krajach, w Turcji nie są w stanie mnie zdenerwować. Namawiają, ale miło i nienachalnie. Tak mniej więcej wyglądają nasze dialogi:

„Wycieczka do 12 wysp? Do Dalyan? Lot paralotnią?”

„Byliśmy wszędzie! Dziś wyjeżdżamy!”

„Nie wierzę ci!”

„Trudno!”

Bez urazów, ze szczyptą humoru.

IMG_9290-001 IMG_9291 IMG_9292

W czasie naszego pobytu odbywają się pierwsze w Turcji wolne wybory prezydenckie. Starszy M usiłuje przyklejać się do telewizora, choć stawką jest zaledwie wybór już w pierwszej turze obecnego premiera Erdogana, obecność innych kandydatów, jak głosi miejscowy dowcip, „zaszokowała ludność”. Czyli umocnienie i tak już mocnej władzy. Obietnice nowej Turcji. Autokracja? Gospodarczo Turcja rozkwita pod rządami Erdogana, widać to gołym okiem, nawet okiem rozleniwionego, mało bystrego turysty. Przypomina mi Polskę na początku lat dziewięćdziesiątych. Ludzie nie wydają się być zmartwieni swoją sytuacją. Ani zastraszeni? Owszem, na wybory idą, bo muszą. Takie jest prawo. Ale chyba szczerze popierają tego swojego Erdogana. Przynajmniej ta połowa narodu, która na niego wiernie głosuje od lat. Druga szykuje się do liberalizacji życia politycznego, ale widocznie potrzeba im więcej czasu na stworzenie silniejszego frontu. Zachód milczy. (Erdogan wygrał już w pierwszej turze!)

Sobotniego poranka wsiadamy w nasz ulubiony autokar, objeżdżający kilkanaście hoteli, i po mozolnej przeprawie do Dalyan przesiadamy się na łódź rzeczną, która ma nas powieźć do kąpieli błotnych. Jestem bardzo podekscytowana, bo wrócę z tej wyprawy 10 lat młodsza! Przed nami byli już tutaj w poszukiwaniu młodości Dustin Hoffman, Sting i David Bowie. Chciałoby się powiedzieć: flota stateczków sunie w ciszy, po zielonych wodach rzeki, wśród szuwarów..  wokół nas wysokie góry.. u stóp jednej z nich, najwyższej, (Olemez, 937 m n.p.m.) znajdują się siarkowe źródła termalne. Dokładnie tak jest, należy tylko dodać do uroków rzecznej doliny ryk silnika łodzi i mającą go tłumić, głośną muzykę. To odbiera wycieczce wiele uroku.

IMG_9333 IMG_9345 IMG_9324 IMG_9358

Wysiadamy z woreczkami „na brudy”, z nami grupowy fotograf. Gubię po chwili moich M i M, oddaliwszy się do damskiej przebieralni. Ale co tam, czuję się jak w domu, wokół mnie sami Polacy! Musi być w kraju wielka moda na młodość? Na zdrową kąpiel w siarce? Czy po prostu na super zdjęcia ubłoconych wczasowiczów? Rodacy dokonują cudów, ganiając wokół błotnego basenu z aparatami fotograficznymi. Polak potrafi! Unorany w błocie, a zdjęcie sobie, żonie i kolegom z hotelu da radę zrobić! A jak! I to za darmo! My bulimy pod wieczór naszemu fotografowi prawie 100 lirów za kilka fotek. Do dziś nie rzuciłam na nie okiem.

Inne atrakcje przed nami. Pierwsza to niejaka Zuzanna M, usiłująca przedrzeć się przez śmierdzące błotko w markowych gumiaczkach. Żeby nie dotknąć przypadkiem bosą stopą tego świństwa. Mimo że cała jest i tak unorana w błocie, łącznie ze swoim kostiumem w groszki. Po dotarciu cudem do mniej więcej połowy basenu, Zuzanna stwierdza, że nie tylko dalej nie da rady, ale jeszcze te gumiaczki systematycznie wsysają ją w głębię. O dodatkowym poślizgu nie wspominając. Za chwilę nasza bohaterka wywinie orła i spoconym ryjkiem zanurzy się w błocku na amen. Nurkuje więc po pachy w błocie, żeby wyrwać z niego gumiaczki. Jęczy, piszczy, ledwo trzyma się na nogach. Robi się małe widowisko. Ale daje radę! Wyrywa z dna dwie grudy błota, w środku których są buty, i brnie dalej, mając nagle dość młodości, w której przywrócenie i tak nie wierzy. Wychodzi na brzeg, śliski jak diabli, dzierżąc bohatersko obłocone obuwie. Pora stanąć w prażącym słońcu i wyschnąć. Rodzina dalej zgubiona. Tłum ludzi kłębi się pod prysznicami. Grzebią sobie bez kozery w gaciach, wytrząsając błocko z najbardziej intymnych zakamarków czegoś, co kiedyś stanowiło opalone, zdrowo wyglądające ciała. Ale nic, wszystko przed nimi. Wyjdą spod prysznica o całe dziesięć lat młodsi przecież.

Zuzanna odnajduje rodzinę i po chwili desperacko wskakuje do jeziora, rezygnując z dodatkowej kąpieli w gorącym baseniku termalnym, też mocno zajeżdżającym siarką. 40 stopni to za dużo dla spalonych, alergicznych ramion. Jezioro cieplutkie, ale mniej. Woda mętna, zielona. Co w niej oprócz nas pływa? Nigdy się nie dowiemy. Część błota zostaje w odmętach Koycegiz. Ustawiamy się w kolejce pod prysznic, aby zdrapać z siebie resztę szarej, cuchnącej mazi. Ale co to? Uuuu, awaria elektryczna, prysznice przestają działać. Ludzie zaczynają kląć, tworzą się od razu kluby wzajemnej adoracji, Polacy myją się szybko, ale pchają na przód kolejki, Brytyjczycy odwrotnie.

Prawdziwy wypoczynek. Każda minuta w zaschniętym błocku to kolejny rok na minus. Czuję, że jeszcze kilka chwil bez wody i zwinę się do pozycji embrionalnej. A słoneczko parzy. Jest samo południe.

W końcu wykąpani, z wielką ulgą odpływamy do nadrzecznej restauracji na lunch (all-inclusive). Pić! Dajcie pić i płyńmy już do tych jajczących się żółwi! I do domu!

Droga ku morzu upływa w przyjemnej atmosferze, choć ciągle przy akompaniamencie głośnej muzyki. Po drodze mijamy miasteczko Dalyan, w reklamach wycieczki twierdzi się, że kręcono tu „Afrykańską królową”. Podobno to kłamstwo. Przewodnik pokazuje nam za to wyryte w skałach grobowce królewskie z IV wieku przed Chrustusem. Chowano w nich licyjskich władców. Delta rzeki Dalyan jest przepiękna! Wodne kanaliki prowadzą wśród kilkumetrowych szuwarów ku morzu. Na plaży Iztuzu wody słodkie mieszają się z morskimi, tutaj właśnie przybywają co roku żółwie Karreta, aby składać jaja. Ale nie w sierpniu! Wcześniej, w czerwcu i lipcu. Niemniej, są smakoszami błękitnych krabów zamieszkujących rzekę, więc cumujemy przy pomoście, z którego rybacy rzucają przynętę, rozpaczliwie wymachującą odnóżami, do rzecznych głębin. Po żółwiach ani śladu. A trudno byłoby je przeoczyć, bo to półtorametrowe olbrzymy. Zwisamy znad burty z aparatami. Na ilu takich wycieczkach już byłam…? Rozmyślania przerywa okrzyk zachwytu. Jest! Z wody wynurza się główka, ale kiedy małe, niemrawe oczka dostrzegają spoconą, czerwoną od upału blondynkę z wycelowanym w nie aparatem, żółw daje nura z powrotem w głębiny. Przeraził się, że nie jest najstraszniejszym potworem w okolicy? Chyba tak… Krab dynda dalej na żyłce. Zjadamy go potem za 15 lirów, ugotowanego, z cytrynką.

z6 IMG_9373 IMG_9388 IMG_9367

Pozostaje kąpiel w morzu. Zażywa jej tylko młodszy M, my cieszymy się morskim wiatrem na pięknej plaży. Fale błyszczą w popołudniowym słońcu.

Biorąc chłodny prysznic w hotelu i schodząc potem na pyszną kolację, czuję się jednak młodsza. Nie jestem pewna, czy to od błota. Może.

W niedzielę nie ryzykujemy już zorganizowanych form wypoczynku. Wynajmujemy małą, bezpieczną łódź i grzecznie odbywamy zaleconą przez jej właściciela trasę wzdłuż wybrzeża. Wiemy, że samodzielne podróże po morzu to nie żarty. Ale tego dnia mamy szczęście. Wody gładkie niczym lustro. Docieramy do przesmyku między lądem a małą wyspą Gemiler, od czasów wypraw krzyżowych zwaną Wyspą Świętego Mikołaja. Tak, tego Mikołaja! Biskup z miasta Myra (dziś Demre) już jako dziecko uważany był za świętobliwego. Jego hojność, rozdawanie majątku ubogim do dziś wspominamy w noc z 5-tego na 6-tego grudnia. Święty Mikołaj wyruszył na zachód i spędził ostatnie lata życia na malutkiej wyspie, gdzie prawdopodobnie zmarł w 326 roku i pochowano tam jego szczątki. Przez trzysta lat chrześcijanie pielgrzymowali w to miejsce. Do dziś znajdują się na wyspie ruiny pięciu bizantyjskich kościołów, w jednym z nich odkryto freski przedstawiające żywot świętego. Droga pielgrzymów prowadzi na sam szczyt, gdzie prawdopodobnie pochowano biskupa. Oprócz tego znajdują się tam ruiny około 350 wczesnochrześcijańskich grobów. A więc dla przypomnienia: nie Laponia, nie Coca Cola, tylko upalna Turcja jest ojczyzną Santa Clausa.

IMG_9425 IMG_9454 IMG_9442

Podpływa do nas na łódeczce pewien pan w słomianym kapeluszu, nie w czerwonej czapie, i sprzedaje nam, nie daruje, trzy lody i trzy brzoskwinie. Na środku morza jak znalazł. Kosztują tyle co jedna dobra kolacja. A dla mnie bonus – rybak cmoka mnie z galanterią w rękę!

Kąpiel w krystalicznie czystej wodzie u stóp wyspy jest wspaniała! Młodszy M nurkuje do dna, sprawdzić, czy jesteśmy dobrze zakotwiczeni (sam rzucał kotwicę). W pobliskim, nadbrzeżnym lesie koncertują cykady. Gdzieś za górą turyści przedzierają się przez ruiny porzuconej w 1923 roku przez greckich chrześcijan wioski Kayakoy, skąd 1600 lat wcześniej wyruszały pierwsze pielgrzymki do grobu świętego Mikołaja. Czy jest wiele takich miejsc na ziemi? Tak. Sama kilka widziałam. Ale nigdy mnie nie nudzą kolejne. I wszędzie zostawiam kawałek serca.

IMG_9469 IMG_9458 IMG_9476 IMG_9445

Wracamy jeszcze raz do Błękitnej Laguny, przekonać się, czy nasze pierwsze, złe wrażenia, nie były mylące. Nie. I tym razem, choć w dużo lepszych humorach, musimy się przedzierać przez tłumy, które nawet wieczorową porą oblegają popularny skrawek wybrzeża. Mając nieopodal darmową, piękną, pustą plażę… Pozostawmy więc zachwycanie się tym cudem natury paralotniarzom i oglądaczom widoczków w internecie czy na pocztówkach.

Upał nie odpuszcza do samego końca. Pluszczemy się namiętnie w basenie, chłodzimy w pokoju. To cud, że wracamy do Londynu zdrowi.

Miałam szukać w Turcji rudzielców. Mój kolega napisał niedawno doskonałe opowiadanie „Zdarzyło się w Stambule”, o skutkach palenia sziszy i narodzinach śniadego rudzielca, poczętego w Stambule. Mam szczęście. W hotelu pracuje rudy kelner. Bledziutki, piegowaty, bardzo nieśmiały chłopak. Nie śniady. Widuję go prawie codziennie. I dzięki niemu pamiętam, że ostatnio zostałam początkującą pisarką. Choć w tym upale mózg tak paruje, że nawet sms-a trudno napisać. Inny rudzielec to malutka, rozmowna Oleńka. Słyszę na basenie jej polski głosik, kiedy siedzi sobie z mamą na leżaku, zajada loda i gada, gada, gada bez końca. I wiecie co? Słucha się jej o wiele przyjemniej niż niejednego rodaka po dwóch piwach. Serce rośnie, patrząc na to polskie dziecię!

Na pewno pojadę jeszcze do Turcji. Choć lubię jeździć do krajów, których języków warto się uczyć, aby potem szlifować je w czasie urlopu. W Turcji odstąpię od tego zamiaru. Już mi się nie chce. Nie załapałam nawet dziękuję ani dzień dobry. A jednak coś mi mówi, że z Turkami wypiję jeszcze niejedną herbatę.

 

Blog People

 

 

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: