Sport to zdrowie

Koleżanka zwróciła mi ostatnio uwagę – może słusznie – że mam za mało ruchu. Zrobiłam rachunek sumienia. No cóż. Ze sportem nie było mi w życiu po drodze. W żadnej dziedzinie nie rozwinęłam się należycie, raczej skakałam sobie z kwiatka na kwiatek.

Ale mam bardzo ruchliwe palce! Przyłożyłam je do klawiatury i.. oto efekt! Zaznaczam, że to NIC ŚMIESZNEGO!

workout

Moje pierwsze sportowe wyczyny siągają czasów zamierzchłych. Niestety znam je tylko z opowiadań naśmiewających się po latach z mojej wczesnodziecięcej tuszy członków rodziny. Mama mnie podkarmiała, a Brat odchudzał. Starszy o 13 lat, kiedy był zmuszany przez rodziców do opiekowania się mną, bezbronnym bobasem, ustawiał ukośnie, pod ścianą łóżko polowe i kazał mi się na nie wspinać. Powtarzam bez najmniejszego żalu, że nie mam z tego okresu życia żadnych wspomnień.

Z czasów przedszkolnych najlepiej pamiętam wrotki. Tata przywiózł mi parę całkiem niezłych gdzieś z lepszych Demoludów, a inne dzieciaki na podwórku miały trochę gorsze, made in USSR, kupione w osiedlowym sklepie sportowym. Mój Tata był sprytny. Napierw nauczył mnie dobrze jeździć na tych wrotkach, a potem zaczął zabierać bandę dzieciaków na fajną trasę koło lotniska i tam urządzał nam zawody sportowe. Kto wygrywał? Najczęściej ja! Bardzo go za to kochałam. I czułam się – ciągle pulchna i dość nieśmiała – niesamowicie dowartościowana.

W szkole podstawowej zaczęła się mordęga na lekcjach wychowania fizycznego. Nie będę się nad tym rozwodzić, bo prawie każdy przeżył ten ból i wie. Szczególnie dziewczyny nie miały szansy wywinąć się od okrucieństwa wuefistek. Na klasę przypadała średnio jedna gwiazda sportu, ulubienica „pani”, stawiana nam za wzór jako przyszła olimpijka. Ta sama dziewczyna miała najczęściej najgorsze oceny ze wszystkiego poza wf-em. Mordowałyśmy się wystrojone w obcisłe, przedziwnie skrojone, czarne stroje z czerownymi obwódkami na rękawach i przy dekolcie. Zemsta dizajnerska socjalistycznych krawców. Zwykle wisiałyśmy głową w dół na drabinkach, tym dłużej, im gorszy humor „pani” danego dnia. Ewentulanie skakałyśmy w dal w błotnisty piasek, ganiałyśmy bez dresów po boisku w jesiennym chłodzie, skakałyśmy przez kozła, odbijając się od lekko zdezelowanego, drewnianego ustrojstwa, które miało nam dodawać skrzydeł, a zamiast tego powodowało (przynajmniej u mnie) gwałtowny huk pod czaszką i późniejsze ogłupienie. Mnie zresztą takie właśnie wspomnienie utkwiło najbardziej w pamięci, którą starałam się przez lata oczyścić z tych radosnych materiałów. Raz oberwałam piłką lekarską w łeb. Zobaczyłam gwiazdy, to na pewno, i chwilę później, kiedy wrócił mi wzrok, radosny uśmiech „pani”. Nie miałam złudzeń – mój dalszy udział w lekcji uważała za obowiązkowy. Nie było zmiłuj.

Trochę fajniejsze okazały się SKS-y (wyjaśnienie dla dzisiejszej młodzieży – Szkolny Klub Sportowy). Coś mi świta, że brałam udział w zawodach „misia”? „białego misia”? „szybkiego misia”? Jakoś tak się to nazywało. Mniej więcej w drugiej, trzeciej klasie chadzałam do lasu pościgać się z innymi dziećmi. Pewnie ktoś mi kazał. Na zawodową biegaczkę jednak nie wyrosłam.

Na podwórku natomiast ruszaliśmy się bez przerwy. Wiadomo – skakanie przez gumę, kręconkę, wiszenie na pająku, trzepaku, co tam było pod ręką. Do tego ujeżdżanie na składakach pierwszokomunijnych i nieustanne ucieczki przed panem „blokowym”, który z sobie tylko znanych powodów nie pozwalał nam jeździć po osiedlowym chodniku.

W liceum zrobiło się ciekawiej, bo po pierwsze nasza wuefistka była z zamiłowania (a może z zawodu?) baletnicą, a po drugie bezustannie podglądali nas koledzy, schowani w kantorku, który w czasie długich przerw służył wszystkim do namiętnego odpalania się. Pląsałyśmy przez dużą część czterech klas licealnych w przedziwnych układach tanecznych, a z pięterka dochodziły nas stłumione wybuchy śmiechu napalonych chłopaków.

Patrząc z perspektywy czasu i porównując te lata z podstawówką uważam, że w liceum było całkiem sympatycznie. Zaznaczam, że męska część młodzieży miała zupełnie inne podejście do tematu. Chłopcy nie tylko stworzyli świetną drużynę piłki ręcznej, której my z kolei chętnie kibicowałyśmy, ale i przyjaźnili się ze swoim wuefistą. Jasny dowód na to, że nas, niewiasty, stworzono do innych celów niż sport.

Na studiach wstąpił we mnie wreszcie indywidualny duch sportowy. Odkryłam, że – stając się młodą kobietą – rejestruję pierwsze zbędne kilogramy. Postanowiłam działać.

Do pragramu zajęć na uczelni naprawdę nie można się było przyczepić. Ja wybrałam pływanie i muszę przyznać, że nie był to czas stracony. Pomijając niedogodności takie jak termin lekcji w pierwszym semestrze (siódma rano, a więc wstawanie o bladym świcie) czy fakt, że basen należał do pobliskiej jednostki wojskowej, co skazywało nas – płochliwe, niewinne studentki – na  ciągły „obstrzał” braci żołnierskiej, kręcącej się dosłownie wszędzie, a szczególnie w pobliżu naszych przebieralni – naprawdę nauczono nas, jak pływać. Trener był facetem konkretnym, dawał niezły wycisk  i chwała mu za to. Nie należał natomiast do osób serdecznych. Jego wkład w naszą edukację polegał głównie na przechadzaniu się wzdłuż brzegu basenu i nieustannym wrzasku: „STOPY! STOPY! STOPY! JAK TRZYMASZ STOPY!”. Wpoił nam na resztę życia poprawne ułożenie stóp w stylu klasycznym, popularnie zwanym „żabką”. I bardzo dobrze. Dziś, kiedy pływam sobie, a raczej dryfuję gdzieś w ciepłych wodach morskich, nawet wykonując delikatne ruchy, układam stopy pod kątem 90 stopni przy odbiciu. Mogę w ten sposób zyskać bezcenne ułamki sekund, dopływając na przykład do pobliskiej skały, żeby pogrzać się na niej w słoneczku. Jakże przydatna umiejętność.

Ale prawdziwy, młodzieńczy zew sportowy to moje pierwsze próby samodzielnego joggingu. Mniej więcej na drugim roku studiów zaczęłam ubierać się wieczorami w dres i wybiegać na krótką trasę wokół akademików – broń Boże moich, uniwerkowych! To byłby obciach! Wybierałam te nieopodal, należące do Akademii Rolniczej. Co prawda pod jednymi i drugimi leciały raz po raz na głowy przechodniów woreczki z wodą, ot, taka zabawa nudzących się studentów. Mnie na szczęście żaden nie trafił. Samo bieganie szło średnio i w sumie źle się to wszystko skończyło.

Po kilku tygodniach mozołu wylądowałam .. w pogotowiu ratunkowym, z pozornie nie związanym z wieczornymi eskapadami atakiem kolki nerkowej. Lekarz po wykonaniu badań, nie znalazłszy żadnej widzialnej na zdjęciu Rtg lub namacalnej przyczyny koszmarnego bólu, wypytał mnie dokładnie o tryb życia i… stwierdził „wędrującą nerkę”! Przyczyna – nagła utrata masy ciała.. Czyli nici z dalszego biegania.

Jako studentka wyjechałam na saksy do RFN-u, dorobić sobie w czasie wakacji. Kontakt z młodymi Niemkami uświadomił mi, że my, Polki, jesteśmy fizycznie daleko w polu. Tam dziewczyny puszyły się na wypasionych basenach nie lada muskulaturą. A przede wszystkim dojeżdżały wszędzie – na terenach bardzo pagórkowatych – swoimi wypasionymi rowerami. Ja oczywiście też, na pożyczonym. Czułam, jak z tygodnia na tydzień dojazdy do pracy, knajp, wszelkich innych miejsc sprawiały mi coraz większą frajdę. To było to! Aż do dnia, kiedy jadąc pod górkę, a mając na nogach rzemykowe sandały na bardzo płaskim obcasie, wkręciłam niechcący stopę między szprychy. Diagnoza: „gequetscht”. Zgnieciona, zduszona stopa, coś w tym rodzaju. Tydzień chodzenia o kulach, do tego, bagatela, spore koszty leczenia (Warta zwróciła je po mniej więcej pół roku) i niepracowania. Szkoda.

W USA, dokąd wyjechałam mając malutką córeczkę, wróciłam do biegania. Na początku lat 90-tych panował tam już regularny boom, tłumy joggerów przemierzały parki i ulice, wystarczyło do nich dołączyć. Ulegając kolejnej modzie, kupiliśmy sobie wrotki, to znaczy rolki (rollerblades). Niestety – tym razem zawiódł mój Mąż. Złamał rękę już w czasie pierwszej sesji. Paradoksalnie, bo jeździło mu się nadzwyczaj dobrze! Ośmielony tym faktem, postanowił „wskoczyć” na najbliższy krawężnik, żeby mi pokazać, jaki jest dobry w sportowe klocki. Gips ponosił dwa dni, zdjął, odłożył do szafy, uznając całą aferę za zawracanie głowy. Niebawem jeździliśmy znowu, razem. Młodość rządzi się swoimi prawami, ech! To było piękne…

Zapisałam się też pierwszy raz w życiu do klubu sportowego na lekcje aerobiku. Ale po kilku sesjach zrezygnowałam, uznając, że za bardzo odstaję od grupy. Problemem były w tym przypadku.. rumieńce. W czasie radosnych podskoków pojawiały się niezawodnie na moim wymęczonym licu, a instruktorka, wyczulona na bezpieczeństwo uczestniczek, bezustannie pytała, czy dobrze się czuję, przerywając lekcję. Było to, krótko mówiąc, nieznośne. Nie polubiłam tego rodzaju zajęć.

W Kanadzie, mając już pełne 30 lat, zapisałam się na samym początku pobytu na – tak! tak! – taniec brzucha. Diabeł wie, dlaczego. Dziś samą mnie to dziwi. Fakt, że wtedy nie miałam jeszcze brzucha, w przeciwieństwie do instruktorki, kobiety gabarytowo zbliżonej do słonia, obwieszonej dzwoneczkami, wstążkami i podjadającej w czasie przerwy wystygłą chińszczyznę z ukrytego pod krzesłem pudła. Ale sam taniec wcale nie był łatwy i ona, muszę przyznać, choć biała Kanadyjka, robiła to świetnie. Wywijanie biodrami okazało się niezawodnym sposobem na spalanie kalorii. Z powodzeniem dokończyłam kurs, ale na popis w restauracji, z udziałem rodzin i przyjaciół, nie poszłam. Wykręciłam się sprawami rodzinnymi. Prawdziwą przyczyną była nieśmiałość. Nie nauczyłam się też w czasie kilkumiesięcznego kursu najpiękniejszego chyba elementu belly dancing, czyli „shimmiego”. Co to takiego? Ba!

Pozostało bieganie, bieganie, bieganie, po urodzeniu drugiego dziecka coraz więcej biegania. I coraz bardziej paląca konieczność, żeby zwalczać puszyste geny. W naszym domu pojawiły się tymczasem urządzenia sportowe, między innymi treadmill, czyli bieżnia. W klimacie kanadyjskim nieodzowna. Zaczęło się zimowe (w Kanadzie trwające 9 miesięcy) dreptanie w miejscu w takt muzyki. Kupiliśmy sobie też stół do ping ponga, chyba nawet już wcześniej, w USA, więc przejechał się z nami z kraju do kraju, z piwnicy do piwnicy. To były cudne chwile – ograć Męża! Rewanżował się perfidnie, żądając w czasie przeprowadzki pomocy w ustawieniu owego stołu. „Jedną nogą stań tu, tu, dokładnie tu, gdzie pokazuję, o tak, a drugą postaw tam, pięć metrów stąd, tak, tam! I ciągnij!” – taki tekst zupełnie mnie nie dziwił, co więcej, jakoś dawałam radę. I potem graliśmy dalej 🙂

W Niemczech postanowiłam wziąć byka za rogi i zapisać się na porządny kurs joggingu. Zbliżając się do 40-tych urodzin, czułam pilną potrzebę regularnego uprawiania sportu, już bez żartów. Świetnie się biegało na tym kursie. Metodą marsz-bieg-marsz doszliśmy w ciągu kilku tygodni do celu, czyli trasy 5K. Radość była wielka, kiedy wręczano nam dyplomy na mecie, tym bardziej że nie wszyscy tam dotarli. Podobny kurs skończył mój kolega, Michał, który przebywał akurat w zastępstwie żony na urlopie macierzyńskim, i postanowiliśmy w ramach wzajemnej mobilizacji biegać razem co drugi dzień, kiedy dzieci były w szkołach i przedszkolach. Nasze wspólne eskapady to w mojej pamięci solidny dowód na to, że w czasie wykonywania sportu wydzielają się endorfiny. Michał pukał koło 9 rano do moich drzwi, bo to ja mieszkałam bliżej lasu, i prawie zawsze odgrywaliśmy podobną scenkę.

– Cześć.

– Cześć.

– Jak tam? Bo u mnie dziś cienko. Deprecha.

– Nie gadaj! Mam dokładnie to samo! Opowiadaj, co się stało..

I tak dalej. 15 minut później, kiedy wbiegaliśmy na nadrzeczną ścieżkę, po złych nastrojach nie było śladu. Naprawdę, nie żartuję. Zresztą każdy, kto biega, wie, jakie to bezcenne.

Dzięki Michałowi przebiegłam też pierwszy (i jedyny) raz w życiu 10K. Użył, drań, fortela, znając moją niechęć do biegania pod górkę i do zbyt długich tras. Wyciągnął mnie gdzieś w nowe okolice i cały czas przekonywał, że za chwilę dobiegniemy na skróty do domu. Przy tym bawił ciekawą rozmową. I tak, prawie wyzionąwszy ducha, obiegłam mniej więcej pół miasteczka lasami, górkami i dolinami. Było to piękne, choć ciężkie przeżycie. Satysfakcja ogromna. Ale nigdy nie udało mi się podobnego wyczynu powtórzyć. Może do tego wrócę? Czemu nie!

Ponieważ mieszkaliśmy bardzo blisko Alp, nie sposób było uniknąć sportów zimowych. Dla mnie to gehenna, bo cierpię na lęk wysokości i nie zbliżam się nawet do stoków narciarskich. Mieliśmy niedaleko domu zarówno trasę biegówkową, jak i małą górkę. Bardzo wygodnie. Reszta mojej rodziny chadzała na biegówki na tyle często, że postanowiłam dołączyć na… rakietach śnieżnych. Niegłupi pomysł, bo jest to sport całkiem wyczerpujący – dreptanie wzdłuż trasy narciarskiej na głębokim śniegu. Ale widok marny – kobieta na czerwonych kawałakach plastiku, człapiąca bezradnie obok śmigających sobie lekko i przyjemnie biegaczy. I o to mi właśnie chodzi. Że mam w sporcie jakoś tak zawsze pod górkę.

Do naszych piwnicznych atrakcji dołączyliśmy w Niemczech worek do boksowania. Kto używał go najcześciej? Oczywiście ja. Włączałam sobie Adele i waliłam na oślep, w zbyt dużych rękawicach. Bez żadnego treningu, instruktażu. Nie mam pojęcia, czy robiłam to dobrze. Ale czułam się świetnie, szczególnie pod kątem wyładowania stresu i frustracji.

W Londynie mamy niezły wypas, bo w naszym kompleksie mieszkaniowym jest doskonale wyposażona siłownia i basen. O pływaniu już było, potwierdzam tylko, że trzy razy w tygodniu chadzam na półgodzinną sesję. Jedyny szkopuł to to, że Anglicy potrafią zbudować naprawdę piękny, kameralny basen, ale nie działa na nim prawie nigdy system grzania wody. Duży plus – poza nami nikt się nie kąpie, jest bardzo prywatnie. Ostatnio opuściła mnie nawet rodzina i sama chadzam popływać. Minus – temperatura wody. Nie, nie minusowa. Dyżurny concierge melduje zawsze, że woda ma około 20 stopni, ale po jego minie widać, że kłamie. Tylko Godfrey, z którym pozostaję w bardzo dobrej komitywie, przyznał ostatnio, że temperatura wynosi około 16 stopni, i dodał: „Nobody touches this pool except you”. Czyli jestem jedynym, aktywnym członkiem klubu morsa. Jeszcze jeden plus – dzięki sesjom pływackim w lodowatej wodzie prawie nigdy nie choruję.

Oczywiście chadzam też na siłownię, ale równie chętnie do pięknego parku, pobiegać wśród natury. Truchcikiem, bez stresu. Prawie wszyscy mnie mijają, poza parą starszych panów, podobnie jak ja nie spieszących się już do niczego w życiu. Wymieniamy serdeczne spojrzenia na „dobry wieczór” i tak sobie krążymy w kółko.

Z wiekiem wszystko staje się w życiu prostsze. Zdecydowany plus nadchodzącej starości. Umiemy poznać, co jest nam pisane, za co warto się brać, a co lepiej zostawić w spokoju. Dzięki temu sport i ja staliśmy się może nie przyjaciółmi, ale parą w miarę dobrych, ufających sobie wzajemnie kumpli.

P.S.

Mój wierny przyjaciel, hula hoop, stoi tymczasem w kącie, zawsze gotów do zabawy we dwoje 🙂

2 Komentarze

2 thoughts on “Sport to zdrowie

  1. Słuchaj, mogłabym się podpisać pod całą Twoją historią.
    Znienawidzony wuef w podstawówce, chybione ćwiczenia. Pamiętam, jak zawsze mnie dołował. Miałam same piątki i szóstki oraz czwórkę z wuefu, ponieważ nigdy nie byłam super szczupła i szybka i chętna do stania na głowie i pani twierdziła, że przewrót w przód robię krzywo, a w tył w ogóle nie umiałam. Ba! Próbowałam nauczyć się w domu i nagle złapałam totalną blokadę, traumę i od tamtej pory już nigdy nie wykonałam przewrotu w przód, widząc jedynie podłogę i mój łamiący się kark.
    Aż do czasu… po studiach. Kiedy to poznałam sport, który zmienił moje życie i trenera, który potrafił moją pasję jeszcze bardziej podsycić. A potem kolejne licencje, turnieje, pisanie do prasy i robienie wywiadów z gwiazdami światowego formatu. Trochę bajka, ale się zdarza. Tylko niestety nie każdy ma takie szczęście.

    Polubione przez 1 osoba

    • Zazdroszczę Ci tego szczęścia, Kasiu. Znam Cię już na tyle dobrze, że wiem, jak bardzo Cię to definiuje. Mam gorącą nadzieję, że niedługo to tego wrócisz. A ja? Serio? Gdybym była młodsza i mogła coś zmienić – spróbowałabym chyba Twojej drogi 🙂 Dzięki za komentarz 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: