Skoro maj, to bez

IMG_3514

 

47 lat czekałam na takie imieniny! Licząc od początku, od tych w łóżeczku czy w ramionach mamy albo taty, kiedy to człowiek nie miał pojęcia, jak ma na imię oraz że 24-go maja należy mu się od życia coś więcej niż mleko.

Dawno, dawno temu, będąc młodą panienką, brałam udział pewnego 24-go dnia maja w klasycznej imieninowej imprezie rodzinnej. Kawa, ciasto, goście (ciocie i wujkowie), i ja – grzeczna albo udająca takową (już nie pamiętam…) Zuzia. Wszystkich kochałam, mamę, tatę, siostrę, brata, ich przyległości, pozostałych krewnych. Ale jednego gościa brakowało. Osoby, dla której serce biło zwykle mocniej.

Nagle zaterkotał dzwonek. Zerwałam się od stołu, popędziłam do korytarza, otworzyłam drzwi, a tam… bez! Na ludzkich nogach! Czyjeś ramiona pełne lila bzu. Rozumiecie? Wyobrażacie sobie? Komuna, szara klatka schodowa, nudy, a tu nagle ten zapach i ten kolor!

Nogi należały do mojej kuzynki, Kasi.

Kasia przyleciała do nas kilka dni temu. Odebraliśmy ją i jej męża, Dietera, na lotnisku Gatwick. Szukaliśmy się trochę po halach, bo a to opóźnienie samolotu, a to nasze, a to terminal nie ten. W końcu jednak odnaleźliśmy ich: Kasię, Dietera i… bez? Nie, tym razem lewkonie. Piękne, pachnące, niewiele różniące się od bzu, trochę ciemniejsze, o zapachu… ojczyzny?

Lewkonia dwuroga, powszechnie zwana maciejką, jak pachnie – każdy wie. Letnim wieczorem w ogrodzie. Jej krewna, Matthiola incana, bardzo podobnie. I takim też zapachem powitała mnie Kasia. A ja ją – stęsknionym, zatroskanym sercem.

Bo Kasia w bardzo młodym wieku zachorowała na nowotwór. Miała przylecieć do nas już w zeszłym roku, dostała bilety do Londynu w prezencie na Gwiazdkę 2014. Spodziewaliśmy się jej i Dietera w londyńskie Walentynki 2015. Nic z tego. Walczyła przez wiele miesięcy z chłoniakiem. Wygrała. Kolejna Gwiazdka, kolejny prezent od córki Janiny i miałam oto mojego ulubionego gościa na imieninach w maju 2016!

IMG_3277IMG_3274IMG_3446

Kuzynka Kasia kojarzyła mi się zawsze z wielkim światem, takim przez bardzo duże W. Była ode mnie większa (starsza o dziesięć lat), miała większy pokój, więcej do powiedzenia. Artystka, z szalonymi pomysłami, a w jej domu pyszności, znakomici goście, języki obce, zachodnie żurnale mody. Myślę, że to ona zaraziła mnie bakcylem wielkoświatowości, że dzięki niej ja, mała nieśmiała Zuzia, zawzięłam się i jako dorosła Zuzanna w ten wielki świat wyruszyłam.

A po drodze tyle wspólnych przygód! Jak to w rodzinie – dużo wspomnień i zdjęć. Kasia jest z zawodu konserwatorem zabytków. Bywało, że wolno mi było włazić z nią na rusztowania, a w Lubostroniu pozwoliła nawet polewać gąbeczkę ciepłą wodą z czajnika i robić własne odkrywki malowideł ściennych w jednej z pałacowych sal. Ale frajda! Pół Polski dzięki niej zjechałam, bo zawsze w takim czy innym kościółku skrobała mury, można było pojechać, spędzić razem kilka dni, przytulić się pod jedną kołdrą, zachłysnąć studenckim życiem, wziąć udział w wywoływaniu duchów. Kiedy indziej dane mi było obserwować, jak malowała nadmorski pejzaż w Sianożętach, dokąd z kolei zabrali ją moi rodzice. Oni najcześciej dłubali w grządkach, odkąd stali się posiadaczami ogródka działkowego, a ja włóczyłam się po Polsce w ślad za Kasią. Tu się nabawiłam różyczki od pałacowych kolonistów, tam  odwiedziłam niechcący Kasię i jej malutką córeczkę, Jasię, sama będąc zarażona ospą. Nigdy jednak nie miałyśmy sobie niczego za złe, wymieniałyśmy się nie tylko wirusami, ale przede wszystkim pomocą, uśmiechem i tym czymś, co nas obie pchało w daleki świat – apetytem na życie.

Apetyt mamy obie – na smakołyki. W Szczecinie, do którego Kasia przeprowdziła się po studiach, aby pracować w tamtejszej Pracowni Konserwacji Zabytków – siadało się w oknie wystawowym słynnego Duetu z pysznym deserem i udawało manekiny. Na studencką kolację jadało skromny, ale jaki pyszny chleb z pomidorem i cebulą. W Londynie udało mi się ugościć Kasię moim popisowym torcikiem mango-jogurtowym.

Bywało, że pomagałam Kasi wnosić na czwarte piętro wózek z malutką Jasią. Mogłam za to pędzić do Katarzyny i Janiny prosto z Poznania, kiedy tylko chłopak mnie rzucił, chandra opętała albo coś. Wiedziałam, że kuzynka przytuli, pocieszy, rozbawi.

Moja siostra wujeczna wprowadziła do rodziny przesympatycznego Dietera. Mieszkają sobie teraz razem jako młoda para emerytów w Rostocku. Podróżują, odpoczywają, przyjmują gości. Dieter rozwiązuje pasjami sudoku (pracował na Wydziale Fizyki Uni w Rostocku), Kasia czasem maluje obrazki (właśnie nabrała na to ochoty, spacerując po Londynie). Uprawiają ukochany ogródek.

IMG_3359IMG_3400IMG_3431

 

 

 

 

 

Dieter opowiedział mi, jak wyglądały początki jego kariery w naszej rodzinie, w latach 90-tych, kiedy mieszkałam w USA. Przemierzył trasę Rostock-Bydgoszcz w śnieżycy, uratował po drodze, sam zakładając przezornie łańcuchy śniegowe na koła, pewnego Polaka od świąt w rowie. Rodzina czekała z kilkudziesięcioma kilogramami makowca, ponieważ spytany o to, co lubi jeść, odparł pochopnie: „Makowiec!”. To i wiadome napoje towarzyszyły mu przez kilka dni, od rana do wieczora. Porażająca polska gościnność.

My z Kasią natomiast wymieniłyśmy opowiastki z obu stron bukietu bzów. Moją już znacie, okazało się natomiast, że ta Kasi jest dużo ciekawsza.

Otóż pewnego majowego dnia we wczesnych latach 80-tych Kasia wyruszyła w drogę do Bydgoszczy autostopem. Gdzieś w trasie załapała się na busik z bardzo wesołą ekipą pasażerów. Trafili po drodze na cysternę z toruńskich Centralnych Piwnic Win Importowanych. Owa cysterna leżała w rowie. Nie wdając się w szczegóły można wnioskować, że jazda odbywała się w bardzo wesołej atmosferze. Kiedy Kasia rzuciła hasło: „Jadę do Bydgoszczy na imieniny!” (dziś twierdzi, że nie wiedziała nawet, czyje…), towarzystwo kazało zatrzymać busa i rzuciło się na pierwszy lepszy krzak bzu. Tak oto powstał najpięknejszy ze wszyskich moich imieninowych bukietów, którego do dziś nie mogę zapomnieć.

W tym roku bawiliśmy się inaczej. Na londyńskich Kanarach, z moimi tutejszymi znajomymi, którzy chcieli koniecznie zabrać Kasię i Dietera na czterdzieste piętro jednego z drapaczy chmur, aby wypić pożegnalnego drinka. Skończyło się jednak na parterze, przy belgijskim piwie i ciekawych rozmowach. Nasze wielkie światy nie wydają się już dziś tak wielkie. Pomieszkujemy sobie tu i tam, cenimy przede wszystkim swoje towarzystwo, zdrowie… I wspominamy, wspominamy.

Życzę sobie takich imienin w przyszłym roku! Kasiu, słyszysz mnie? Przyjedź! Przyjedźcie znowu!

 

IMG_3213

 

IMG_3225IMG_3222IMG_3240IMG_3309IMG_3302IMG_3301IMG_3313IMG_3320IMG_3404

IMG_3255

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: