Na wyspach szaleńców

IMG_4483

Dwa krany

Co kojarzy nam się niezwłocznie z brytyjskim otoczeniem, poza Big Benem oraz czerwienią autobusów, budek telefonicznych i skrzynek na listy? Oczywiście dwa krany, jeden z ciepłą, drugi z zimną wodą. Dość długo nie wolno było w Anglii stosować innego rozwiązania (woda płynęła z dwóch różnych źródeł, pod różnym ciśnieniem – brakło odpowiednich baterii mieszających; poza tym brak zabezpieczeń przed cofaniem się wody z prywatnych zbiorników groził zanieczyszczeniem wodociągów miejskich). Do dziś zdarza się zakładać podwójne krany. Dlaczego? Przywiązanie do tradycji (estetyka wiktoriańska), do zimnego chowu oraz oszczędność (w lodowatej wodzie myje się ręce bardzo krótko).

Najprostsza odpowiedź brzmi jednak: „Bo Anglicy są dziwni”.

Dziwne i trudne do zgłębienia są ich dusze – na wpół niemieckie (wyrachowani, pragmatyczni, zdystansowani i bezwzględni); na wpół francusko-hiszpańskie (miłują sztukę, szaleją na punkcie zwierząt domowych, upijają się na umór).

I popełniają szalone błędy, jak pochopne przystąpienie do I wojny światowej czy Brexit.

Marek Rybarczyk, zamieszkały w Anglii od ćwierćwiecza polski dziennikarz, zauważa, że Wyspiarze cierpią na liberalnego bzika – kultywują do granic szaleństwa wolność i prywatność. Próbuje odpowiedzieć we „Wszystkich szaleństwach Anglików” na fundamentalne pytanie: skąd się to angielskie umiłowanie indywidualizmu we wszelkich odmianach, łącznie z ekscentryzmem, bierze.

Jeden ser, sto kościołów

Zmarły niedawno pastor Roly Bain przez 25 lat odprawiał nabożeństwa w stroju klauna. Wjeżdżał do kościoła na monocyklu, zapewniając sobie uwagę dzieci i sympatię dorosłych. Bain uważał, że wygłupy zbliżają do Boga bardziej niż drętwe odczytywanie Słowa Bożego.

Angielski dżentelmen z XVIII wieku znał się na porto i koniach wyścigowych, lecz ponad wszystko wielbił ideę wolności. Jej fundamentem było zerwanie z Watykanem, a po stuleciach wojen domowych na tle religijnym zapanowała na Wyspach tolerancja; wolność traktowano jako zadośćuczynienie za cierpienia. Za Kanałem Angielskim mieszka naród „trzystu serów i jednego kościoła”, Anglicy szczycą się zasadą „jednego sera, trzystu kościołów”. (Simon Schama)

Swobody osobiste, w tym wyznaniowe, traktowano na Wyspach bardzo dosłownie. Aby przyciągnąć wiernych do kościołów, kaznodzieje musieli dać z siebie coś więcej. W połowie XIX tłumy chadzały na kazania Johna Fitzgeralda, w trakcie których pastor się rozbierał. Wygłaszał płomienne mowy przeciwko alkoholizmowi, rzymskim katolikom czy handlowi niewolników. Pomagał biednym, bogaczom podawał na powitanie dwa palce zamiast całej dłoni.

Marek Rybarczyk twierdzi, że tak właśnie rodziła się demokracja – z zamiłowania do ekscentryków obok coraz większej niechęci do władzy monarchistycznej, ograniczającej wolności osobiste.

Wiek XVIII kolebką ekscentryzmu

Poza wolnością wyznaniową rozkwitała w XVIII-wiecznej Anglii wolność słowa: wolno było krytykować zarówno dwulicowość i snobizm klas wyższych, jak i prymitywizm tłuszczy. Naród rozkochał się w satyrycznych ilustracjach, co dało genezę cenionemu na całym świecie angielskiemu poczuciu humoru.

Przydało się ono niebawem, kiedy na przełomie XVIII i XIX wieku, po utracie największej kolonii Anglia musiała zmierzyć się z szalonym królem, Jerzym III. Przeszła tę próbę bez szwanku. Monarcha, który sadził na grządkach steki i witał się z drzewem (przekonany, że ma przed sobą króla Prus), stał się ulubieńcem narodu. Ataki porfirii, zamiast przesądzić o umieszczeniu króla w Bedlam (ówczesnym szpitalu dla obłąkanych), wzmagały nie tylko sympatię do JKM, ale powszechną tolerancję wobec dziwactw. Stan Jerzego III przyczynił się też do nieuchronnego przesunięcia władzy z Pałacu do Parlamentu, w ręce ekspertów.

A małe (i nie aż tak małe w przypadku króla) szaleństwa przyczyniły się do wielkiej rewolucji – przemysłowej (Henry Hemming). Zaczęto zwracać baczną uwagę na to, co mają do powiedzenia ekscentrycy. Wszak ich oryginalność myślenia, dostrzeganie związków między zjawiskami i właściwościami rzeczy, o ile dziwne, okazały się niezbędne w procesie wdrażania wielkich wynalazków.

Pistolet na osy

Szczoteczkę do zębów wymyślił (w więzieniu) londyński biznesmen – wykonał ją z pozostałej z obiadu kości i zwierzęcej sierści. A ponieważ Anglicy zajadali się właśnie cukrem przywożonym z kolonii, zamiast iść do fryzjera, który trudnił się wyrywaniem spróchniałych zębów, zaczęli stosować higienę jamy ustnej.

W Anglii wymyślono również wodę sodową, kostkę czekolady, termos, gaśnicę, kosiarkę ogrodową, nadmuchiwaną oponę. W roku 1901 na stacji St. Pancras młody inżynier Hubert Cecil Booth obserwował, śmiertelnie znudzony, proces zdmuchiwania kurzu z siedzeń. Wpadł na to, że należałoby go wsysać. Pierwszy odkurzacz wymagał transportu na wozie konnym, co nie przeszkodziło firmie Bootha w odniesieniu dużych sukcesów, łącznie z kontraktem na sprzątnięcie katedry Westminster przed koronacją Edwarda VII.

Hrabia Waterton założył pierwszy na świecie rezerwat dla zwierząt, otoczył go 4,5-kilometrowym murem i zabronił używania broni palnej, co w epoce wiktoriańskiej uchodziło za absolutne dziwactwo. Sam z lubością udawał zwierzę w nietypowych okolicznościach: zaproszonych do swojej posiadłości gości witał na czworakach, gryząc ich w kostki do pierwszej kropli krwi, kiedy to zaczynał zachowywać się jak na gospodarza przystało. Nie tylko nie trafił do ośrodka dla obłąkanych, ale ciągle przyjmowano jego zaproszenia.

Baron Rotschild, również właściciel menażerii, zadziwiał gości w sposób następujący: gdy zasiadali do stołu, znajdowali obok siebie puste krzesła; po chwili wpadały do salonu elegancko ubrane psy i zajmowały wolne miejsca.

Isaac Newton wbijał sobie w oko szpilkę, aby zbadać teorie widzenia, nad którymi pracował. Karol Darwin puszczał robakom muzykę klasyczną i wrzucał węże do klatek z małpami. Graham Bell uczył swego psa ludzkiej mowy.

Charles Babbage, twórca prototypu pierwszego komputera, chciał wyjść naprzeciw bankierom i kapitanom statków, którym dokuczały błędy w obliczeniach logarytmicznych i trygonometrycznych. Efektem była pierwsza „maszyna różnicowa”. Nigdy jej nie zbudowano, gdyż zajęłaby powierzchnię jednego domu. Następnym dziełem matematyka była „maszyna analityczna”, składająca się z 50 tysięcy części. Prototyp pierwszego w historii ludzkości komputera nigdy nie powstał między innymi dlatego, że przekraczał możliwości zbyt prymitywnej metalurgii okresu wiktoriańskiego.

Babbage zatrudnił do pomocy 17-letnią córkę lorda Byrona, Adę Lovelace. W 1842 roku Ada przetłumaczyła z włoskiego na angielski opis maszyny Babbage’a, a rok później napisała pierwsze programy komputerowe.

W swoim czasie Babbage i Lovelace wydawali się zajmować ideami szalonymi. A jednak wspierano ich badania 17 tysiącami funtów rocznego stypendium. Dziś jedną półkulę mózgu Babbage’a można obejrzeć w londyńskim Muzeum Nauki, drugą w Hunterian Museum.

Do wynalazków tej wagi prowadziło spełnianie drobnych, szalonych marzeń, jak choćby odkrycie przez lorda Sitwella pistoletu na osy czy budzika połączonego z łóżkiem na sprężynach i wanną pełną zimnej wody, do której wpadał śpioch o wyznaczonej godzinie.

W pierwszej połowie XIX wieku Anglia wręcz zachwycała się ekscentrykami; drukowano nie tylko ich życiorysy, ale i podobizny na kubkach czy cygarnicach. Ojciec brytyjskiego liberalizmu John Stuart Mill pisał w rozprawie „O wolności” (1859), że „liczba ekscentryków w społeczeństwie była zawsze proporcjonalna do ilości jego geniuszu, intelektualnego wigoru i odwagi”. Według Milla właśnie wizjonerzy dokonywali wielkich skoków w rozwoju ludzkości. Pod koniec epoki wiktoriańskiej Anglikom przypisano mniej więcej połowę wszystkich istotnych dla ludzkości wynalazków (dziś mówi się o jednej czwartej).

Mill martwił się o zmiany, jakie zachodziły w społeczeństwie. Coraz silniejsze przywiązanie do tradycji mogło jego zdaniem zahamować innowacyjność. Troską o ekscentryków kończyła się epoka wiktoriańska, kojarzona dziś ze społeczeństwem zapiętym na ostatni guzik.

Zapięta pod szyję ekstrawertyczka

Anglicy nacierpieli się pod rządami obcych ich kulturze hanowerczyków. Przy szalonym Jerzym III nauczyli się tolerancji dla inności i choroby, a przy Wiktorii zrozumieli, że monarcha to człowiek z krwi i kości. Pozornie zapięta pod szyję królowa od początku zadziwiała swoim charakterem. Zakochana w Albercie po uszy, rozprawiała publicznie o jego zgrabnych nogach w obcisłych bryczesach. Biedak musiał się przed nią chować w sypialni, gdzie, zdarzało się, zaglądała za dnia, nie zważając na obecność dzieci. Albert wynalazł w związku z tym elektryczny zamek na pilota.

Po śmierci księcia utrwalił się obraz przeraźliwie smutnej, wręcz nadętej matrony. A jednak owdowiała monarchini była w oczach najbliższych kimś zupełnie innym: wielka ekscentryczka, nienawidząca dworskiej sztywności, za to kochająca bezpretensjonalne relacje z mężczyznami. Przez wiele lat darzyła wielkimi względami młodszego o siedem lat i wyższego o 30 centymetrów służącego Johna Browna. W listach zwracała się do niego po prostu: „Kochanie!”. Tłumy uliczne wołały za karocą królowej: „Mrs. Brown!”

W wieku 68 lat królowa upodobała sobie 24-letniego hinduskiego muzułmanina, którego zatrudniono na dworze jako kelnera. Karim uczył ją urdu i hindi, opowiadał o swoim kraju i gotował curry. Listy do niego podpisywała: „Twoja mama”. Ale kiedy chciała nadać mu tytuł szlachecki, lekarz nadworny stwierdził, że być może jest szalona. Królowa odpuściła. Karimowi nie wolno było wziąć udziału w jej pogrzebie, a wszystkie ślady ich znajomości spalono na polecenie syna królowej. Poza jednym pamiętnikiem…

Następca Wiktorii, Edward VII, to skandalista, syn marnotrawny. A jednak sprawdził się w roli władcy, mimo opinii libertyna i bon-vivanta. W czasie swojego ślubu z księżniczką duńską Aleksandrą rozkazał urządzić w katedrze specjalną lożę dla ulubionych kochanek. Zasiadły w niej między innymi matka Winstona Churchilla i i prababka Camilli, obecnej żony księcia Karola. Zresztą Edwarda porównuje się do Karola. Pamiętany jest do dziś między innymi za „fotelik Bertiego”, z którego korzystał w ulubionym paryskim burdelu, kochając się z dwiema kobietami naraz. Ponura Wiktoria nie miała szans mierzyć się z popularnością syna. Po pierwsze umiał rozmawiać ze zwykłymi poddanymi, po drugie przywrócił monarchii blask, niezbędny do przetrwania w kolejnym stuleciu.

Imperium atakuje

Początki imperium to dążenie młodych ludzi do przygód i bogactwa. Angielscy korsarze za przyzwoleniem Jej Królewskiej Mości napadali na posiadłości innych kolonizatorów. W 1537 roku sir Francis Drake został bohaterem narodowym po rabunku transportu srebra i złota. Jego nazwisko nosi niejedna ulica czy budynek w Anglii.

W angielskim szaleństwie imperialnym tkwiła niewątpliwie niezawodna metoda. Na początku XX wieku brytyjskie Imperium obejmowało jedną czwartą ludności świata, jedną czwartą obszaru ziemi – 32 miliony kilometrów kwadratowych. Imperium, nad którym nigdy nie zachodziło słońce.

Miało być oparte na innych zasadach niż imperium rzymskie – zamiast podbojów i przemocy uprawiać misję cywilizacyjną oparta głównie na handlu. Ekspansja Kompanii Wschodnioindyjskiej przypominała dzisiejsze mechanizmy globalizacyjne, których narzędziem w wojnach ekonomicznych są korporacje, nie armie. Zamiast „imperium wolności” narodziło się w ciągu stu lat „imperium błędne”, zdominowane przez wyzysk i przemoc. (Simon Schama)

Olbrzymie zyski z handlu i wyzysk 11 milionów niewolników były kołem zamachowym gospodarki brytyjskiej. Handlarzy niewolników dopuszczano nawet do parlamentu (drogą przekupstwa) tudzież pozwalano im fundować kościoły, szpitale i biblioteki. Zwyczajni ludzie nie wzbraniali się przed zyskiem z inwestycji w akcje firm handlujących niewolnikami. Dość szybko jednak pojawili się orędownicy praw człowieka, których kampania społeczna doprowadziła do zakazu przewozu niewolników brytyjskimi statkami już w 1807 roku.

Niall Ferguson dopatruje się bardzo przyziemnych powodów rozkwitu imperium – nie we wrodzonym szaleństwie Anglików czy protestanckiej etyce pracy, lecz… w apetycie na cukier. „Glukoza, kofeina i nikotyna stały się dopalaczami XVIII wieku”, dostępnymi również dla klas niższych.

W drogę wyruszali w ślad za odkrywcami, piratami i handlarzami ekscentrycy. Anglia eksportowała szaleńców bez najmniejszego wstydu, wręcz przeciwnie. Naród, który zbudował największe na świecie imperium, miał najwspanialszych szaleńców. Zdarzali się tacy, którzy, zostawszy zarządcami prowincji, sprawowali rządy nago. (Benedict Le Vay)

Z drugiej strony zadufany w sobie Albion uczył się nowych kultur. Londyn stał się miastem niebywale kosmopolitycznym; połączony ze światem tysiącami okrętów, fortun, pełen ludzi, którzy poznali obce kultury, obyczaje i potrawy – przyciągał imigrantów.

Pod koniec XIX wieku przyjeżdżali do niego Irlandczycy, Niemcy, Rosjanie, polscy Żydzi (założyli Tesco i Marks & Spencer).

Z kolei w koloniach pracowali niezastąpieni Szkoci. Co trzeci gubernator brytyjski był Szkotem. Przydawali się Anglikom jako twardzi zarządcy kolonialni. Rozmiary imperium brytyjskiego wymagały poświęcenia, i to nie obywateli dokonujących szalonych wynalazków w ogrodowych szopach, lecz zdyscyplinowanych i surowych – inżynierów, żołnierzy, administratorów. Dzięki nim szerzenie kultury angielskiej było możliwe w podbitym świecie. A w Edynburgu, uważanym w XVIII wieku za intelektualną stolicę Europy, działał Adam Smith. Na Wyspach nie rządziła religia ani filozofia, lecz gospodarka.

Anglicy utwierdzali się w przekonaniu, że ich wartości są biblią cywilizacji. To czyniło ich kraj niesamowicie mocnym. Wcześniej porównywalny wpływ na świadomość brytyjską miało zerwanie Henryka VIII z Rzymem. (Jeremy Paxman)

Szczytem zarozumialstwa angielskiego jest, w założeniu żartobliwe (ale czy do końca?), credo pisarki E.M. Dalafield, które zaczyna się od stwierdzenia, że „Bóg jest Anglikiem”. Już w 1558 roku wypowiedział te słowa, całkiem serio, reformator kościoła anglikańskiego, biskup John Aylmer. Ich celem było rozbudzenie patriotycznych uczuć u słuchaczy.

W 1899 roku Ernest Ames (Mary Francis Ames) napisał/a książeczkę „An ABC for Baby Patriots”, która zaczynała się tak:

„A to armia, która za królową umiera. Najlepsza, jaką widział kiedykolwiek świat. B to bitwy, które toczymy, by imię Anglii na zawsze okryte było sławą i chwałą, a C (ang. Colonies) – to Kolonie – słusznie z nich jesteśmy dumni, bo ze wszystkich wielkich krajów Wielka Brytania ma ich najwięcej. E – nasze imperium (ang. Empire), nad którym nigdy nie zachodzi słońce, im bardziej je powiększamy, tym większe się staje. F – to flaga nasza, gdziekolwiek ją ujrzysz, wiesz, że możesz w jej cieniu żyć szczęśliwy i wolny.”

W szkołach kształcących przyszłych liderów Imperium krykiet i rugby liczyły się bardziej niż matematyka i filozofia. Stawiano na siłę charakteru, odwagę i hart ducha. „Bitwa pod Waterloo została wygrana na boiskach Eton” – te słowa miał wypowiedzieć książę Wellington.

Czy na tych samych boiskach wiele lat później rozstrzygnęły się losy Anglii post-brexitowej, kiedy David Cameron i Boris Johnson grali w krykieta?

Parada słoni

Jeszcze jedna dziedzina życia Anglików uległa szaleńczym zapędom – seks. Drogę od pruderii do wyzwolenia pomogły im przejść egzotyczne partnerki, których nie brakowało w koloniach. Sir David Ochterlony wyjeżdżał na wieczorne spacery w towarzystwie trzynastu indyjskich żon – on i kobiety na dorodnych słoniach.

Edward Sellon, kapitan armii brytyjskiej, pozostawił po sobie pamiętnik, w którym opisał miłosne podboje. Gustował szczególnie w prostytutkach świątynnych, ich serwisy uważał za nieporównywalnie lepsze od wcześniejszych kochanek – Angielek, Francuzek, Niemek i Polek. Po powrocie do Anglii przeżył awanturnicze związki z kolejnymi angielskimi żonami, aż w końcu zastrzelił się w wieku 49 lat w hotelu w Piccadilly.

Doświadczenia kolonialnej rozwiązłości zagościły na dobre w duszy angielskiego dżentelmena. Ci, którzy decydowali się na powrót, przeżywszy kolonialne uciechy, krzewili na Wyspach moralny relatywizm. W połowie XIX wieku w kilkumilionowym Londynie pracowało 80 tysięcy prostytutek, zatrudnionych w 3 tysiącach burdeli.

Terror, zbrodnie, „Wielka Wojna”

Anglicy potrafili bronić swoich kolonialnych zdobyczy z niewiarygodną zawziętością, przeczącą wyobrażeniom o ich pragmatyzmie i stoickim spokoju. Kiedy w latach 60-tych XIX wieku wybuchł w Indiach bunt przeciwko kolonizatorom, palono wioski pełne ludności cywilnej, a z armat wystrzelono czterdziestu buntowników. Sam Charles Dickens nawoływał do zmiecenia narodu hinduskiego z powierzchni ziemi. Anglicy osiągnęli apogeum pychy narodowej, zrodziła się przekonana o swojej absolutnej wyższości nad resztą świata rasa „panów”.

Kłopoty nadeszły zza Wielkiej Wody. W latach 80-tych XIX wieku zjechał do Londynu z Ameryki Hiram Maxim – wynalazca karabinu maszynowego. Użycie nowej broni przez kolonistów już w 1889 roku umożliwiło zdziesiątkowanie przeciwników. Za to przystąpienie w 1914 roku do wojny z Niemcami doprowadziło do gigantycznych strat i, co za tym idzie, do znacznego osłabienia Imperium.

Horatio Bottomley przemówił w trzystu miejscach, rozgrzewając tłumy Anglików do czerwoności. Potrafił wzniecić niebywałą iskrę patriotyzmy brytyjskiego – przeciwko Hunom. Ochotnicy podchodzili do ustawionego na podium biurka owinięci w brytyjskie flagi i przy wtórze patriotycznych pieśni odśpiewanych przez tłum zaciągali się do wojska. „Jesteśmy przywódcami świata, to nas wybrał do tej misji Bóg” – grzmiał Bottomley.

Anglia przystąpiła do wojny na fali wielkiego patriotyzmu, nie słuchając głosów przeciwnych tej zgubnej decyzji. Z rasy „panów” Brytyjczycy przerodzili się w mięso armatnie.

Propaganda wojenna osiągała niebotyczne rozmiary. Prasa opisywała częściowo prawdziwe, a częściowo sfabrykowane historie z frontu, dowodzące okrucieństwa Niemców. Ataki niemieckich samolotów i okrętów na Wyspy były dla Anglików, czujących się bezpiecznie na Wyspach od setek latach, szokiem. Liczba ofiar cywilnych była niewielka, niemniej pisano o „sprzeniewierzaniu się zasadom cywilizacji”. W samym Londynie kopano jamniki, palono domy ich właścicieli. Molestowano niemieckie guwernantki, obrzucano kamieniami sklepy o niemiecko brzmiących nazwach. Wśród pięćdziesięciu tysięcy niemieckich emigrantów zapanowała groza. Bali się oskarżeń o szpiegostwo. Z sal koncertowych zniknął Beethoven, a z listy lektur szkolnych utwory niemieckich klasyków. Na 10 Downing Street przychodziły całe wory listów z donosami na „dynastię niemiecką”, która wtedy właśnie przechrzciła się na Windsorów.

Kiedy Anglicy wspominają ofiary „Wielkiej Wojny”, mają na myśli I wojnę światową. Zginęło w niej 10% mężczyzn poniżej 45-tego roku życia, głównie ochotników. Kadry wojskowe wyginęły na polach bitewnych już w pierwszych miesiącach. W szczytowym okresie rekrutowano 20 tysięcy ochotników dziennie. W okopach ginęli czasem sąsiedzi z tych samych ulic, wiosek, miasteczek. Listonosze donoszący rodzinom o zgonach odmawiali wypełniania swoich obowiązków.

1 lipca 1916 rozpoczęła się bitwa pod Sommą. Odgłosy wybuchów wędrowały z wiatrem aż do Londynu. Tylko pierwszego dnia poległo lub zostało rannych 60 spośród 110 tysięcy uczestniczących w niej Brytyjczyków.

Trauma narodowa sprawiła, że przygasło na dziesięciolecia brytyjskie poczucie dumy. Dopiero w latach 60-tych XX wieku zaczęto rozmawiać i pisać obszerniej o wojnie 1914-1918.

Duma i poczucie wyższości, wzmocnione imperialnymi sukcesami, pozwoliły Anglikom zapomnieć, że „są małym narodem mieszkającym na malutkiej wysepce, niespecjalnie bogatej w surowce naturalne, narodem, który we wrogim świecie, rządzonym przez brutalną konkurencję, powinien próbować żyć na miarę swojego rozumu i realnych możliwości”. (Ibid Johnson)

W czasie „Wielkiej Wojny” poległ bezpowrotnie kościół anglikański. W obliczu męki rannych i rozpaczy po poległych odpływali z niego wierni (dziś to 2-3 procent mieszkańców Anglii). Również świat szalonych wynalazców, którzy tak masowo przyczynili się do rewolucji przemysłowej, odszedł do lamusa. Brutalne doświadczenia wojenne sprawiły, że ekscentrycy w melonikach zostali zepchnięci na margines sceny narodowej.

Angielski duch indywidualizmu nie poległ jednak w czasie „Wielkiej Wojny”, był zbyt silny. Ale konieczność powszechnej mobilizacji sił sprawiła, że narodził się kuriozalnie odmienny od niego duch kolektywizmu. Stąd znany nam Anglik, czekający cierpliwie w kolejce na autobus, aby powrócić nim do swojego domu, w którym z kolei hołduje zasadzie „my home is my castle”.

Jak żyć?

W listopadzie 1917 zabiły w kościołach dzwony. Na pola bitwy wyjechały czołgi, kolejny angielski wynalazek. Niemcy uciekali przed nimi w popłochu.

Wojna skończyła się w listopadzie 1918 roku. Zwycięstwo świętowano na ulicach Londynu trzy dni i trzy noce – pijąc, całując się, a nawet uprawiając publicznie seks. Nadchodzące lata 20-te miały upłynąć w rytmie Charlestona. Taniec, narkotyki, nocne gonitwy samochodowe ulicami miast były odpowiedzią pokolenia „powojennego” na pytanie: „Jak żyć?”

Anglicy znów przodowali w wymyślaniu najnowszych trendów: slow food, żywność ekologiczna, wegetarianizm, obsesja na punkcie ezoteryki i kieszonkowe wydania powieści kryminalnych Agaty Christie – jednym słowem beztroska i bezustanna zabawa pod hasłem: „Żyć i dać żyć innym.”

Na scenę powrócili ekscentryczni arystokraci. Lord Berners, kompozytor i pisarz, malował gołębie w pastelowe kolory, psom zakładał naszyjniki. Mimo tego, a raczej tym bardziej chętnie odwiedzali go Igor Strawiński i Salvador Dali.

Nowością na wyspach była szalona biurokracja – niestety skierowana na kontrolowanie najbiedniejszych, którzy usiłując przeżyć na paru funtach zasiłku cały miesiąc, musieli znosić wizyty wścibskich urzędników. Mój ulubiony pisarz, Bill Bryson, opisał tamte lata, wnioskując, że to właśnie w Anglii bardziej niż gdziekolwiek indziej miał szansę na sukces komunistyczny eksperyment.

Tymczasem po drugiej stronie Kanału rodził się faszyzm. I, co niekoniecznie opowiada się dzieciom na lekcjach historii, Anglicy wykazali się w kolejnych latach ogromnymi profaszystowskimi sympatiami.

Romans z Hitlerem?

Zaczęło się od Edwarda VIII, który nosił koronę niespełna rok (1936). Jego kochanka, dwukrotnie rozwiedziona Amerykanka Wallis Simpson, kontynuowała w Londynie utrzymywanie wielu podejrzanych znajomości, między innymi z ówczesnym ambasadorem Joachimem von Ribbentropem. Zakochany do szaleństwa król zwierzał jej się chętnie z sekretów wagi państwowej, które trafiały następnego dnia drogą telegraficzną do Berlina. Służby specjalne zaprzestały informowania króla, a establishment niewiele później wymógł na nim abdykację, która spotkała się z wielkim niezadowoleniem. Edwarda lubiano za zwyczajność, nieobojętność wobec biedy i bezrobocia. Żołnierzom chroniącym Pałacu Buckingham nakazano załadować karabiny ostrą amunicją. Do konfrontacji z rozgniewanym tłumem jednak nie doszło.

W tym samym roku doszło do starcia istniejących od czterech lat bojówek Związku Brytyjskich Faszystów z lewicowymi demonstrantami. Oswald Mosley organizował w East Endzie zamieszkałym przez Żydów regularne marsze. W atmosferze wielkiego kryzysu, który dotknął i Anglię, skrajni populiści bez trudu znajdowali zwolenników wśród milionów bezrobotnych. Jednak u przeciętnych Brytyjczyków Mosley i jego zwolennicy w czarnych koszulach budzili śmiech. I to zatrzymało jego rosnącą popularność. (Andrew Marr)

Mosley związał się z rodziną hrabiego Mitforda, którego obie córki, Diana i Unity, oszalały na punkcie nazizmu. Wkrótce ożenił się z Dianą w prywatnej rezydencji Goebbelsa, a gościem weselnym był sam Hitler. Trzecia z panien Mitford, Jessica, została komunistką.

Unity Valkyria Mitford, urodzona w Kanadzie w miejscowości Swastika, udała się do Monachium, aby zbliżyć się do otoczenia Hitlera. Po dziesięciu miesiącach osiągnęła cel – Hitler uznał jej pojawienie się za zrządzenie losu, a obie siostry, Unity i Dianę, opisał jako „przykład aryjskiej doskonałości rasowej kobiety”. Unity przez pięć lat asystowała Führerowi, rywalizując z Ewą Braun. Ubrana w mundur nazistowski, występowała na wiecach z płomiennymi przemówieniami. Dostarczyła też Hitlerowi listę jego zwolenników i najbardziej zaciekłych przeciwników w Wielkiej Brytanii. Kiedy wybuchła wojna, przeżyła załamanie, uświadomiwszy sobie, że nigdy nie dojdzie do unii Wielkiej Brytanii i Rzeszy. Po nieudanej próbie samobójczej (pistolet z perłową rączką podarował jej sam Hitler) wróciła do Anglii. Jedna z plotek głosi, że była w ciąży i urodziła Hitlerowi syna.

Tymczasem Edward nie zrezygnował z kontaktów z Niemcami. W 2017 zostaną ujawnione (lub nie, jeśli pracownikom archiwów królewskich uda się to opóźnić) zapiski rozmów abdykowanego króla z Hitlerem, które odbyły się w 1937 roku w Monachium. Książę Windsoru wraz z panią Simpson zwiedzali modelowe osiedla socjalne w Monachium, chwaląc politykę Rzeszy. Być może doszło do rozmów na temat powrotu Edwarda na tron i ewentualnej unii obu krajów. Wiadomo na pewno, że wizyta książęcej pary przebiegała w bardzo przyjacielskiej atmosferze; wizytując Goeringa, Edward bawił się z gospodarzem w zrzucanie ładunków bombowych (drewnianych klocków) z samolocików zawieszonych na żyłkach.

W końcu Churchill wysłał Edwarda na placówkę na Bahamach, skąd tamten do końca wojny opowiadał prasie o swoich sympatiach dla Hitlera.

Nie był to jedyny arystokrata brytyjski, zainteresowany uniknięciem wojny za wszelką cenę. Wiosną 1941 roku pro-Churchillowska frakcja służb brytyjskich przechwyciła po awarii samolotu Rudolfa Hessa, podróżującego z tajemniczą misją. Zamiast dotrzeć do szkockiej posiadłości nastawionego „pokojowo” księcia Hamiltona, Hess trafił do brytyjskiego więzienia. Skazany po wojnie przez sąd norymberski na dożywocie, zabrał ze sobą do grobu informacje, o czym miał rozmawiać z brytyjską „partią pokoju”.

Brytyjczycy zbyt długo czekali na cud, na przymierze z Hitlerem. Nie słuchali ostrzeżeń Churchilla, nie zbroili się. Za wszelką cenę chcieli uniknąć wojny. Przystąpili do niej, mając premiera, który świetnie przemawiał, i niewiele poza tym. Churchill potrafił przekonać naród do niesamowitych wyrzeczeń. Tylko pięć procent wydatków Brytyjczyka pozostawało w czasie wojny poza kontrolą rządu. Podsłuchy telefoniczne, kartki na żywność, nakazy pracy, kontrola prywatnych biznesów – tyle zostało z prywatności dumnych Brytyjczyków. Po zatrzymaniu się o krok od szaleństwa, jakim był pakt z Hitlerem, nadszedł czas na pasmo porażek. Przez trzy pierwsze lata wojny zginęło więcej cywilów niż żołnierzy – 60 tysięcy osób, z tego połowa w Londynie.

Churchill postawił na elastyczność i inteligentne posunięcia, wzbraniał się przed walką siłową. Włoskich lodziarzy i niemieckich rzeźników przesiedlono na wyspę Man, aby ochronić ich przed atakami tłuszczy. W Londynie pozwolono działać pacyfistom. Sędzia uniewinnił ich od oskarżeń, mówiąc: „To wolny kraj. Wydaje mi się, że walczymy o to, by pozostał wolny”.

Churchill, sam wielki dziwak, (hodował motyle, malował obrazy olejne, budował własnoręcznie mur wokół swojej posiadłości), świetnie się dogadywał z podobnymi sobie: wynalazcą radaru Robertem Watsonem-Wattem oraz szalonymi matematykami z Bletchley (m.in. Alanem Turingiem). 640 samolotów RAF-u było w stanie powstrzymać 2600 maszyn Luftwaffe w Bitwie o Anglię dzięki stacjom radarowym, których przeznaczenia Niemcy nie byli w stanie rozszyfrować, i oczywiście dzięki bohaterstwu polskich pilotów. Złamanie kodów Enigmy przesądziło o wygranej w Bitwie o Atlantyk.

Do samego końca wojny Wyspy przypominały średniowieczny zamek, oblężony przez niemieckie U-Booty, polujące u wybrzeży na wypchane towarami statki. Dopiero kiedy Anglicy nauczyli się namierzać za pomocą radarów okręty podwodne, udało się rozbić połowę z 1100 okrętów niemieckiej podwodnej floty.

U ujścia Tamizy rozlokowano nadmuchiwane czołgi i amfibie, co skutecznie zmyliło Niemców co do miejsca ataku aliantów. W morzu pływał trup z teczką pełną fałszywych planów inwazji.

Jednym z ważniejszych wynalazków były lekkie łodzie desantowe z opadającym dziobem, użyte do przerzucenia na wybrzeże francuskie 50 tysięcy brytyjskich i amerykańskich żołnierzy.

Wynalazki, położenie geograficzne i wytrwałość Wyspiarzy pomogły w zwycięstwie. Ale Anglia była nie do poznania po dwóch wojnach: zmieniła się z Imperialnej Brytanii w Wielką Brytanię. Wyzbyła się iluzji wyższości nad innymi, złudzenia rasy wybranej. (Andrew Marr)

Na jak długo?

Nic śmiesznego

Wojny przyniosły, poza wolnością, zamiłowanie do równości i braterstwa. Wybory w 1945 wygrała Partia Pracy, 60% Anglików należało do klasy robotniczej. Nowa klasa polityczna – laburzystów – zaczęła kształtować społeczeństwo na zasadach równości. Szaleni arystokraci uciekali, pozostawiając po sobie majątki. Powstała publiczna służba zdrowia, znacjonalizowano Bank Anglii, koleje, wiele prywatnych posiadłości.

W 1947 roku, który zaczął się od ciężkiej zimy, doszło do zamieszek. Po zamachach terrorystycznych w Izraelu w kilku miastach angielskich zaatakowano żydowskie sklepy, spalono synagogę. Głód i desperacja cofnęły na chwilę zegar historii.

Socjalistyczne związki zawodowe nawoływały do ochrony rynku pracy przed imigrantami z Irlandii, Czech i Polski (wśród Polaków było wielu pozostałych po wojnie pilotów RAF-u). Na początku lat 50-tych, na fali optymizmu wywołanego koronacją Elżbiety II, do władzy wrócili torysi. Anglia wplątała się w Kryzys Sueski, aby kolejny raz rozegrać konflikt z pozycji imperialisty. Tym razem buntowali się rezerwiści, zwracając karty poboru, a ulicami przeszły gniewne tłumy.

W latach 60-tych – epoce muzyki pop, wolnej miłości i zjadliwej satyry – zreformowano prawo: zniesiono karę chłosty, śmierci, karalność homoseksualizmu, ułatwiono rozwody i aborcje, zniknęła cenzura książek i sztuk teatralnych. Podupadły autorytety, angielską kulturę zaczęła kształtować klasa średnia. Przełomową w angielskiej obyczajowości tamtych lat była afera Profumo – ministra ds. wojny, romansującego nad basenem z dziewczyną z plebsu. Co więcej, sam książę Filip obracał się w tym towarzystwie, bywał na tamtejszych sex-parties. Według jego biografów, Filip mógłby uchodzić za angielski symbol sex-aferzystów lat 60-tych. Dziś książę pozostaje jedynie patronem Stowarzyszenia Ekscentryków.

Następca tronu, książę Karol, wiele lat po aferze tamponowej nie szokuje niczym specjalnym: wozi ze sobą deskę klozetową, jeździ samochodem na paliwo z serwatki, a służący prasują mu sznurowadła.

Poszukując śladów londyńskiego ekscentryzmu, warto zajrzeć do głównego hallu University College London. Przesiaduje tam w specjalnej gablocie zmarły w 1832 roku filozof Jeremy Bentham, były rektor UCL. Takie życzenie pozostawił w testamencie – aby jego… ciało wystawić na widok publiczny. Prośbę spełniono, mumię można oglądać do dziś.

Kilka kilometrów dalej mniej lub bardziej śmieszni dziwacy stają na pudłach w rogu Hyde Parku, aby przemówić do zebranych.

Kiedyś śmieszył nas Jaś Fasola, bohater gorzko-słodkich historyjek, w których Londyn tak naprawdę jawił się jako miasto samotnych, pędzących do pracy ludzi, którzy oszczędzają każdy grosz, aby przetrwać w jednym z najdroższych miejsc na świecie.

Brexit, czyli dziewięćdziesięciu dziewięciu zbędnych obcokrajowców

W Anglii około-brexitowej śmieszy nas coraz mniej. Ludzie w metrze uśmiechają się nad smartfonami, zapatrzeni w fejsbukowy żarcik, o którym za chwilę zapomną. Kiedy patrzą w przyszłość… widzą wielki znak zapytania.

W listopadzie 2014 roku, kilkanaście miesięcy po przeprowadzce do Londynu, zadziwiło nas morze czerwonych maków ze szkła pod murami londyńskiej Tower. 888 246 sztuk, wszystkie na sprzedaż, dochód przeznaczony na cele charytatywne. Trauma odżyła. Wystawę odwiedziły cztery miliony zwiedzających. Powróciły marzenia o izolacjonizmie, wręcz obawy przed pogrążoną w kłopotach Europą.

Do referendum 23 czerwca 2016 brakowało zaledwie kilkunastu miesięcy.

„Trzeba by dziewięćdziesięciu dziewięciu obcokrajowców, by stworzyć jednego dobrego Anglika” – niejeden Anglik, przy całej swojej otwartości na świat, podziela ów pogląd. Wynik referendum brexitowego to potwierdził. Ksenofobia, przekonanie o wyższości własnej tkwią w ich duszach od zawsze i budzą się czasem niczym demony o zmierzchu.

Kampania wokół Brexitu spowodowała przebudzenie „najbardziej stabilnej świadomości narodowej na świecie” (Elias Canetti), opierającą się na posągowych klifach, które kojarzą się z odcięciem Wysp od Europy kontynentalnej. Intelektualny tajfun docierający znad kontynentu to dla Wyspiarzy zaledwie zefirek (Paul Johnson). W takich warunkach można się rozwijać selektywnie.

Z drugiej strony – co dwunasty Brytyjczyk jest dziś imigrantem. Czy w otwarciu granic po przyjęciu do Wspólnoty Europejskiej nowych członków można się dopatrywać oznak angielskiego szaleństwa? Jeśli tak, to ceną za tamte pochopne decyzje jest Brexit, o którym decyzję podjęto w równie szalonych okolicznościach.

Skoro na na 10 tysięcy „normalsów” przypada jeden ekscentryk, żyje ich na Wyspach około 6 tysięcy. Może oni uratują Anglię, kolejny już raz, przed brexitową katastrofą?

Marek Rybarczyk Wszystkie szaleństwa Anglików, Warszawa: Wydawnictwo Fabuła Fraza 2017

IMG_4482

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: