Jak minął twój pisarski rok?

wydawnictwa 38

Moja terapeutka, pani Marta, zadała mi niedawno pracę domową:

„Jak widzi Pani siebie szczęśliwą za pięć lat?”

Podchodziłam do tematu przez wiele dni, na wiele sposobów. I nic. Uznałam, że łatwiej byłoby zacząć nową powieść, niż opisać szczęśliwą siebie w przyszłości.

„Jak minął twój pisarski tydzień?” – tak nazywa się grupa pisarska, do której należę od kilku lat. Jej założyciel, Jakub Winiarski, jest nauczycielem z Pasji Pisania i autorem podręcznika „Po bandzie, czyli jak napisać potencjalny bestseller”.

Nie chcę pisać bestsellera. Brać pisarska zareaguje na takie wyznanie uśmieszkiem niedowierzania. Jak to?! Przecież każdy chce zostać jeśli nie Kingiem, to przynajmniej Miłoszewskim. Mamy w grupie swoje gwiazdy, które wydały wiele książek. Ale są i tacy, którzy nie zostali zauważeni przez wydawców, jak ja.

Głupio mi. Książkę „Póki my żyjemy” pisałam pół roku. Zaczęłam, bo mąż powiedział pewnego pięknego dnia: „Każdy z nas powinien coś zrobić dla Polski, najlepiej jak potrafi! Kotku, pisz!”. No to zaczęłam pisać. Pomagał mi (odpłatnie) sufler, również nauczyciel z Pasji Pisania. Gdyby nie on, książka nie powstałaby nigdy, a przynajmniej nie tak szybko. 27 tysięcy znaków tygodniowo (15 stron znormalizowanego tekstu) – tyle ode mnie wymagał. Czego mnie nauczył? Przede wszystkim dyscypliny pisarskiej.

Uczyłam się budować sceny, konstruować historię wielowątkową i kreować bohaterów. To ostatnie to dla mnie i wielu innych piszących (a może tylko dla kobiet?) najbardziej odlotowa strona tworzenia – napisać ludzi, być z nimi na co dzień, żyć ich sprawami. Tak, wiem, niewiele to odbiega od naszej kobiecej codzienności. 🙂

Moją pierwszą tzw. beta-readerką była przyjaciółka z Londynu. Obiecała przeczytać „Póki mi żyjemy” w prezencie na urodziny. Jak wypadłam? Słabo. Przyjaciółka okazała się „strażniczką progu”.

Czyli kim?

Ponownie Jakub Winiarski (za Jungiem):

To może być nawet przyjaciel, który poprosi cię o to, co do tej pory napisałeś, po czym wróci do ciebie z pokreślonym tekstem i ni z tego ni z owego, jak nie przyjaciel a wróg, wygłosi druzgoczącą opinię.

http://www.literaturajestsexy.pl/pisarz-247-dzien-23-23-01-2018/

Ale „strażnik progu” nie tylko wali po głowie, on mobilizuje. Pokazuje, że nic nie przychodzi łatwo, a to co przyszło, jest niewiele warte. Trzeba walczyć. Trzeba się starać.

W całości  przeczytał książkę sufler (napisał odpłatnie fachową recenzję), mąż i dwoje przyjaciół. Wszyscy byli na tak, choć dwie osoby pozostały mocno sceptyczne co do wymieszania gatunków (tło polityczne z obyczajówką). Miło było usłyszeć, że „forma i treść to dynamit”, „świetny klimat niepewności i zagrożenia”, „Warszawa przyszłości – kapitalna”, „idziesz na całego” itd. Albo „przeczytałem 40 stron, nie mogłem się oderwać, nie mogę się doczekać, żeby czytać dalej”, „każda linijka ma sens, no i to jest taka journey story jaką lubię, no po prostu super”. I jeszcze: „(…) ale się wciągnęłam! Zuz, moja Ty pisarko! UMIESZ PISAĆ!”

Co na to wydawcy? Wysłałam tekst do dwudziestu kilku. O dziwo zaczęły nadchodzić odpowiedzi, i to dość szybko. Nawet te negatywne cieszyły, byle mieć jakiś feedback.

„Niestety nie trafiła do przekonania na tyle, by włączyć ją w cykl redakcyjny.” – odpowiedziało jako pierwsze Średnie Wydawnictwo. „Zainteresował mnie Pani tekst. Chętnie oddam go do recenzji.” – Większe Niż Średnie Wydawnictwo dało nadzieję. „Jesteśmy niewielką oficyną, (…) staramy się dbać o spójność naszego profilu wydawniczego. Pani książka nie do końca się w nim mieści. Proszę cierpliwie szukać dalej, Pani powieść czyta się bardzo dobrze, postać bohaterki jest ciekawa, a wizja politycznej przyszłości Polski jest niestety prawdopodobna…” – Niewielka Oficyna dodała mi skrzydeł. „[Propozycja] musi nas uwieść bezwzględnie – Pani książka nie uwiodła” – Małe Fajne Wydawnictwo przynajmniej było szczere. „Czekamy na naszą wewnętrzną recenzję, ale na pewno książka wydaje się interesująca” – Średnie Superfajne Wydawnictwo, już wiosną 2017, wniosło do mojego nędznego życia pisarskiego troszkę słońca.

Ale wydać nie zdecydował się nikt. Czasem udawało mi się dowiedzieć, dlaczego, choć wydawnictwa zwykle o tym nie informują. Nie będziemy w stanie odpowiednio wypromować dzieła – tak to mniej więcej brzmiało. Polityka? Boją się? Powodów mogą być tysiące.

A potem odezwało się Bardzo Duże Wydawnictwo. Nadzieja, że z nimi się uda, nie opuszczała mnie do końca 2017 roku.

„Dobrze i czytelnie wprowadzone retrospekcje, główna bohaterka, do której szybko się przywiązujemy, bohaterowie drugiego planu, którzy okazują się dużo ciekawsi niż nam się na początku wydawało, plus przestroga przed smutnym losem kraju podzielonego na dwie wrogie kasty. To jest dobrze napisane, kobieca czytelnia łatwo się odnajdzie w domowo-rodzinnych realiach. (…) Książka na początku obiecuje więcej niż na koniec daje, ale na pewno jest to powieść do czytania, do myślenia… Krytyka raczej jej nie zauważy, ale też i nie zje.” – napisali. Jak tu nie utonąć w szczęściu (choć były i słowa krytyki).

Dzięki nim miałam dobry rok. Przepełniona nadzieją, zaczęłam pisać jesienią drugą książkę. Już nie o Polsce. Broń Boże. A jak już zaczęłam, uświadomiłam sobie, że naprawdę dużo zawdzięczam pierwszej próbie. Wiem, jak budować sceny, wiem, że po napisaniu kilkunastu stron zapomina się, co było wcześniej. Dlatego trzeba pisać z konspektem, a jeśli bez – robić na bieżąco notatki. Żeby bohater drugoplanowy nie miał raz dwóch, raz trzech sióstr, a ratlerek sąsiada nie nazywał się na początku Rambo, a potem Pikuś.

Jakub Winiarski uczy nas, że nic nie powstanie bez wysiedzenia „dupogodzin”. Wyłączam więc smartfona i piszę. Czytam i piszę. Bo lubię mieszać jedno z drugim. Czytanie mnie dostraja. Poza tym – ja też chcę być pisarką!

Sztuką jest się nie załamać. Czy ja w ogóle coś umiem, skoro mnie nie wydali? I tutaj przychodzą z pomocą fejsbukowicze, grupa pisarska, przyjaciele, oczywiście rodzina. Ludzie wierzący czasem bardziej niż ja, że JESTEM pisarką. Nie oszukujmy się, może po prostu chcący ZNAĆ pisarkę, dlatego ponaglają – napisz, napisz i wydaj! Ale takich właśnie ponagleń mi trzeba!

Gdybym miała dostać jeden zeta za każde pytanie „i co, kiedy będzie ta twoja książka?!”, byłabym już milionerką. 🙂

Przed Bożym Narodzeniem przyszło załamanie. Koniec roku i nic. Usiadłam do pisania życzeń świątecznych, tych zagranicznych. „Paul hat neulich gefragt, ob man Deine Bücher auch kaufen kann?” – pyta Monika, wieloletnia sąsiadka z Wangen. Paul ma osiem lat, znam go od pieluch. Jak mogłam go tak rozczarować. Albo Erwin, stary przyjaciel: „(…) würden wir sehr gerne den Inhalt deines Buches „Polen 2022” kennen.” Rany, jak łyso. Ja tylko zameldowałam rok wcześniej, że kończę pisać taką a taką książkę…

Moja córka naucza w Niemczech dorosłych studentów, jak uczyć siebie i innych (lernen und lehren). Specjalistka od walki z prokrastynacją, szkolenia pamięci etc. Mamy to w żyłach, powtarzam sobie. Dałam radę! Napisałam coś od A do Z! To już coś. W dodatku nauczyłam się wiele i uczę się w dalszym ciągu.

Teraz poprawiam pierwszą powieść. Wydrukuję (za środki własne) choćby kilkanaście egzemplarzy, dla rodziny. O self-pubie myślałam, ale… Chyba nie. No i pseudonim. Książka jest zbyt ostra, namiesza mi w życiorysie. Nie mogłabym pod swoim nazwiskiem.

Ach, i jeszcze wydrukuję te wszystkie ciepłe słowa od niektórych znajomych i recenzentów. Zabieram się właśnie za tapetowanie ściany nad biurkiem, będzie jak znalazł. 😉

Zatapetuję nagą prawdę.

„Ojej, jaka słaba! Nie dziw, że nie wydali! Dzięki Bogu, że nie, ale byłby obciach!” – myślę i poprawiam dalej, jadę kosiarką po tekście. Pierwszą stronę przepisałam kilka razy, zajęło mi to cały dzień. Wniosek? Rok to dużo, naprawdę. Tyle się można nauczyć, czytając innych, pisząc bloga albo listy do znajomych.

Miałam dwie szanse dziennikarskie – pisemka londyńskie prowadziły nabór. Pierwszy raz byłam blisko angażu. „Pozwolę sobie zachować kontakt do Pani na wypadek pojawienia się w przyszłości nowych możliwości powiększenia zespołu” – odpowiedział Redaktor Naczelny. Mam słać propozycje jako freelancerka, może zamówią jakiś tekst. Wysłałam cztery, cisza. Inne pisemko dopiero powstaje, ale tam może się okazać, że ideologicznie nam nie po drodze. To Pismo Katolickie. Miałabym się udzielać w dziale podróży, ale wątpię, czy nawet tutaj przepuści mnie cenzura.

Dlatego kocham blogowanie. Bo to moje, osobiste, zero kontroli. Kocham pisać dla dwudziestu, w porywach pięćdziesięciu osób, które mają cierpliwość mnie czytać. I chciałabym, tak jak ostatnio napisałam do kolegi kradnąc pomysł Johnowi Irvingowi, umrzeć w połowie zdania. Blogerskiego!

Nowa powieść czeka. Trzy rozdziały napisane. Pierwszy przeczytało dwoje przyjaciół. Podobało się! Tym razem uczę się czegoś innego – dobrze kłamać, pisząc. Oj, jakie to fajne. Tylko że pewnie jej nie skończę i nie zdążą mnie wydać przed końcem 2018 roku. Chciałabym zadebiutować przed 50-tką. Cóż. Niestety nie mamy na wszystko wpływu. Jak w tym żarcie z dawnych lat:

– Za komuny, żeby być wydanym, trzeba było wydać paru przyjaciół.

Może trzeci plan wypali. Za pięć lat. Tak, myślę, że będąc 55-latką zostanę szczęśliwą matką bestsellera. Też okej, prawda? 😉

2 Komentarze

2 thoughts on “Jak minął twój pisarski rok?

  1. W „Widnokręgu”, który właśnie kończę czytać, pan – nauczyciel głównego bohatera/narratora – każe mu pisać o wszystkim. Jedno z zadań: napisz o deszczu, jakie pożytki mamy z deszczu…
    Tak tylko o tym napomykam, w związku z zadaniem zadanym Ci przez terapeutkę.
    A swoją drogą, po „Widnokręgu” – tak jak w Twojej refleksji po-Żulczykowej: „mógłby już nikt nigdy nie napisać żadnej książki!”…

    Też niedawno o tym blognęłam. Czy wobec powyższego ma prawo istnieć literatura drugiego, trzeciego sortu.
    I też, jak Ty, kocham blogowanie. Nawet bardziej – bo robię to częściej. Ale i mniej – bo nie chciałabym umrzeć w połowie blogerskiego zdania.
    Więc i Ty – spoko. Bloguj. Pisz.
    Bestselleruj! ❤

    Polubione przez 1 osoba

    • Czarną farbą na białym murze to ja bym tego nie napisała, że „nikt nigdy… żadnej książki” itd. Ale do Ciebie, w prywatnej korespondencji – spoko. 🙂

      Han, wiesz, że mnie do tego bestsellera to jest tak blisko jak Tobie do Londynu! 🙂
      Ale blogujmy sobie, na zdrowie! ❤

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: