Gościnność

chlebem i solą
…staropolska, przysłowiowa. Gdzież ona? W cieniu której nadbałtyckiej sosny się czai…? Czy może pod wierzbą płaczącą…? Tak. Na pewno tam. Bo ledwo ją widać.

Mieszkam od 23 lat za granicą. Nie jestem uchodźcą, absolutnie nie. Zaledwie trybikiem migracji ekonomicznej, nomadką z wyboru. Zwyczajną kobietą. Obserwuję świat wokół mnie. Nie zawsze go rozumiem, czasem nawet nie próbuję, bo nie jestem pewna, czy warto.

Trochę rzadziej niż zwykle czytam ostatnio tygodniki, prasę codzienną. Taka faza w życiu. Kiedyś było inaczej. Miałam potrzebę zgłębiania „od dechy do dechy”. Wybaczcie więc, zabłąkani tu przypadkiem czytelnicy, że będę mało obiektywna. Wróciłam na krótki czas do aktywności fejsbukowej, po trzymiesięcznej nieobecności. Dużo mnie ominęło. Dobrego, na pewno, ale i cała ta afera z uchodźcami. Znam ją tylko po łebkach.

Gdybym chciała pójść po bandzie, musiałabym zablokować połowę znajomych, żeby uniknąć codziennego stresu, negatywnych emocji. Oczywiście nie zrobię tego. Każdy ma prawo do własnego zdania. Oto moje. A raczej garstka opowiastek. Takie migawki z życia emigrantki.

Wyjechaliśmy do Nowego Jorku w 1992 roku. W Polsce już zaczynało się dziać, ale dla młodego informatyka na tak zwanym dorobku, z żoną i córeczką na utrzymaniu, pokusa kariery w USA była ogromna. Praca w IBM, samodzielne mieszkanie bez łachy, pożyczania od rodziny na półroczny czynsz, płatny z góry. Samochód dwa razy większy od malucha. I gościnność Amerykanów.

Nasi gospodarze, Irlandka i Polak z pochodzenia (ich nazwisko wymawiano „Stryczalski”, pisano oczywiście zupełnie inaczej) przyjęli nas jak własne dzieci. Chlebem i solą, dosłownie. Herbatą, cukrem, jajkami, ekspresem do kawy, kompletem sztućców, garnków, nawet firankami i zasłonami, a później jeszcze kompletem pościeli dla córeczki. Zapraszali na święta, imieniny, urodziny. Uczyli amerykańskich obyczajów. Podobnie przyjęto męża w pracy. Od samego początku mógł piąć się po szczeblach kariery, zbierać cenne doświadczenia. Liczyło się jedno: umiejętności. Jego szefami, jak i współpracownikami, byli ludzie z całego świata – Amerykanie, Hindusi, Chińczycy. Narodowość nie grała w biznesie żadnej roli.

Podobnie w przedszkolu – naszą córkę traktowano na równi z innymi dziećmi. Jeśli zdarzały się nieporozumienia z kadrą nauczycielską, dotyczyły tak naszej, jak i wszystkich innych pociech.

Ja, młoda mama, podjęłam dalszą naukę w college’u. Najchętniej zacieśniałam kontakty towarzyskie z kobietami z Indii. Kujonice, podobne do mnie 🙂 Sympatyczne. Zazdrościłam im życia w wielopokoleniowych rodzinach. Opowiadały o weekendach spędzanych w gronie licznych krewnych. Ja cierpiałam na samotność, tęskniłam za mamą, siostrą, bratem, pozostawionymi w Polsce. Moje dzieci wychowały się bez cioć, wujków, babć i dziadków.

Lekkie zgrzyty pojawiły się przy którymś z kolei lokum, wynajętym pod Nowym Jorkiem. Mieszkanie na parterze, nad nami sympatyczna rodzina ciemnoskórych. Oboje zabiegani, w pracy od rana do wieczora. Budynek miał fatalną akustykę, słyszeliśmy każdy szelest z mieszkania na górze. Wtedy, dobrze to pamiętam, pomyślałam sobie chyba pierwszy raz w życiu z lekką obawą, że to ludzie inni od nas, o innym temperamencie, który ujawniał się szczególnie w nocnym baraszkowaniu małżeńskim, ale przede wszystkim w czasie kłótni wieczornych. Któregoś razu sąsiad tak narozrabiał, że jego żona wezwała policję. Uciekając przed mundurowymi, zeskoczył z balkonu, a my drżeliśmy ze strachu przy ciemnych oknach. Wtedy postanowiliśmy się wyprowadzić. Czy to jednak zmieniło na trwałe mój stosunek do ludzi o odmiennym kolorze skóry? Oczywiście, że nie.

Zdarzało się i nam, że jakiś emerytowany sąsiad demonstrował swoją wyższość, bo on właściciel nieruchomości, a my tylko najmujący przybysze z Europy Wschodniej. A może i z innych powodów, nie pytałam 🙂 Lubił mnie pouczać, że źle grabię liście, nie tak wystawiam na ulicę worki z nimi. Dawał do zrozumienia, że jestem obca i nie znam się na rzeczy. Jasne, wkurzało mnie to. Ale nie aż tak, żeby popaść w gorycz czy nienawiść wobec amerykańskich gospodarzy.

W Kanadzie, społeczeństwie modelowo demokratycznym i sprawiedliwym, widać było różnicę w odgórnie sterowanym stosunku do przyjezdnych. Wstępna selekcja stałych rezydentów odbywała się na surowych zasadach, ale za to oferowano im więcej serwisów (powszechna opieka zdrowotna, ulgi mieszkaniowe etc.). Miasta kanadyjskie bardziej przypominały europejskie, nie było w nich też gett, jak w USA. Żyliśmy wśród innych nacji niezależnie od adresu. Wynajęliśmy na początek dom szeregowy. Na jednym krańcu przemiła rodzina z Libanu, dla nas pierwszy tak bliski kontakt z ludźmi innej kultury i religii. Laura i Ali M. mieli sześć córek! Nie omieszkali jednak dzielić się z nami pysznym jedzeniem, zdążyłam sporo przytyć przez trzy lata dzięki ich baklawom, którymi częstowali chętnie, nawet jeśli krewni przywozili tylko jedno pudełko z dobrej cukierni w Bejrucie. Prawie codziennie któraś z córek przynosiła nam do obiadu miseczkę tabbouleh. Do dziś przyrządzam na własną rękę tę smaczną sałatkę. Owszem, Ali stał bezczynnie i krzyczał na żonę, kiedy ta zamiatała ganek przed domem. Robił to publicznie, podczas gdy inni małżonkowie (kanadyjscy, polscy, czescy) prali swoje brudy w czterech ścianach. Rozwiodła się inna para sąsiadów, na drugim końcu szeregu: Włosi, katolicy, czworo dzieci, na pierwszy rzut oka urocze małżeństwo. A jednak… to u nich coś pękło. Ali i Laura wychowali sześć wzorowych obywatelek kanadyjskich, dobrze wykształconych, światłych kobiet (śledzę ich losy na fejsbuku). Nasz kolega z Polski, kiedy wybraliśmy się z jedną z córek rodziny M., koleżanką z klasy Niny, nad jezioro, oddał nam potem wszystkie zdjęcia, na których śliczna, ciemnooka panienka widniała obok naszej długowłosej blondyneczki. Może tak lepiej? Zamiast wyrzucić je do kosza na lotnisku, nie mogąc powstrzymać swoich uczuć wobec dziecka o innym kolorze skóry. Przyjaźń naszej córki z młodziutką Libanką wzbudziła niechęć nie tylko kolegi, ale i pewnej dziewczynki z sąsiedztwa. Mała biała Kanadyjka narysowała czymś ostrym długą kreskę na naszym prawie nowym, ukochanym vanie, bo Nina nie chciała się z nią bawić. Bardzo wkurzające.

Kiedy kupiliśmy nasz pierwszy dom w Kanadzie, wkurzyliśmy się z innego powodu: firma pielęgnująca teren wokół posesji posypała trawniki pestycydami. Mieliśmy rocznego synka i problemem stało się nagle spacerowanie z dzieckiem pod własną rezydencją. Napisaliśmy ulotkę do wszystkich mieszkańców, że postulujemy nieużywanie środków chemicznych, kosztem urody trawników w przestrzeni publicznej na naszym osiedlu. Zbuntowane polskie małżeństwo. Tego samego wieczoru odwiedziło nas dwóch panów z zarządu, odbyliśmy z nimi przemiłą rozmowę. Ich jedyną wątpliwością wobec naszego statusu społecznego było nie pochodzenie, a… wykształcenie!
– Czy masz doktorat? – spytali mojego męża.
(Mnie jakoś pominęli. Widocznie założyli z góry odpowiedź przeczącą 🙂 )

W Niemczech „udało nam się” (podobno) wynająć z samego początku bardzo ładne mieszkanie, bo przywieźliśmy w kontenerze dwa spore samochody na kanadyjskich rejestracjach. To wzbudziło szacunek niechętnych skądinąd Polakom Niemców (opinia znajomych Polaków!). Fakt, napisałam jeden bardzo krytyczny wobec społeczeństwa niemieckiego artykuł. Tak, jako Polka, która spędziła w tym kraju dziesięć lat, w dodatku przybyła z Ameryki, kojarzonej z wolnością i demokracją (…), rozczarowałam się i w końcu wyjechaliśmy. Ale my wszystko robimy na opak 🙂

Pracowałam jako wolontariusz w niemieckiej organizacji udzielającej pomocy uchodźcom. Poznałam więc proces ich przyjmowania niejako od kuchni. Afrykańscy azylanci otrzymywali na przykład w ramach pomocy materialnej skrzynkę warzyw. Same pory. Broń Boże nie pieniądze na zakup żywności! Ale to nie koniec historii. Ktoś widział, jak jeden z nich wsadził kilka sztuk do ziemi, mając nadzieję, że wyrośnie z nich coś bardziej jadalnego. Bardzo śmieszne, prawda? Któż chciałby mieć tak nierozgarniętego „czarnucha” za sąsiada…

Procesy w Urzędzie ds. Imigrantów ciągnęły się latami. Brakowało tłumaczy, zarzucano petentów stosami pism, których odszyfrowywaniem zajmowała się właśnie nasza organizacja. Prawnicy znający się na rzeczy i chętni, aby udzielić pomocy, najlepiej za darmo, byli na wagę złota. Jeździli po całych południowych Niemczech na prośbę garstki dobrych ludzi, zaangażowanych w pomoc azylantom. W moim dwudziestoośmiotysięcznym miasteczku była jedna taka osoba. Będąc emigrantką od lat, czułam się na siłach pomóc jej. Wciągnęłam też córkę do pracy w sobotniej szkółce integrującej dla dzieci.

Całe rodziny azylantów mieszkały w nie najlepszych warunkach, nie znając w dodatku swojego dalszego losu. W przypadku decyzji o deportacji policja potrafiła zjawić się w nocy i odstawić zarówno dorosłych, jak i dzieci prosto na lotnisko, tak jak stali. Wiem, że trudno w to uwierzyć. Ale ja z tymi ludźmi miałam do czynienia na co dzień, rozmawiałam z nimi, pomagałam. Znałam ich historie od podszewki. Dziś stawia się Niemców za wzór całej Europie w kontekście uchodźców.

Aby sprawiedliwości stało się zadość, muszę wspomnieć inną historię. Uczyłam języka niemieckiego jako tymczasowa asystentka wykładającej w Volkshochschule pani M., która oddelegowała mnie do „trudnych przypadków” jako dobrą uczennicę. Trafił mi się między innymi Irakijczyk, bardzo słaby uczeń, chętny jednak, by przychodzić na lekcje, z czasem nawet do mnie do domu. Długo nie traciłam w niego wiary w sensie naukowym, choć czułam się w jego towarzystwie nieswojo. Kiedy podczas którejś lekcji wylał szklankę wody na stół, a ja pobiegłam natychmiast po szmatkę, uświadomiłam sobie, że jego dalsze zachowanie graniczy z agresją. Widząc moje zakłopotanie sytuacją, zaczął mnie zaczepiać:
– Boisz się? No… powiedz, boisz się?
Bardzo nieprzyjemne. Odechciało mi się kolejnych lekcji. Pomogłam mu natomiast jeszcze raz, w sytuacji osobistej. Kiedy zadzwonił, aby odwołać zajęcia, bo wybierał się do znajomej nad Jezioro Bodeńskie, zorganizowałam mu transport, żeby biedak nie musiał tłuc się autobusem. Poprosiłam męża, aby go podrzucił, jadąc do pracy w tym samym kierunku. O, ja naiwna. Na moje kolejne telefony kolega-uczeń już nie odpowiedział. Po wielu tygodniach dowiedziałam się, że trafił do… więzienia. Zgwałcił kobietę. Nie muszę chyba dodawać, że zrobiło mi się słabo, kiedy to usłyszałam. Poza tym oddalono jego podanie o azyl, ponieważ udowodniono, że podawał fałszywe dane, twierdząc między innymi, że jest imamem.

Ale to przecież tylko jeden zły przykład. Mogłam równie dobrze przeżyć coś podobnego, mając za ucznia Rosjanina czy Polaka. Najgorsze – pochopnie uogólniać. Zapominać o obowiązkowym szacunku dla drugiego człowieka. Czyż to właśnie nie dotykało moich dzieci, kiedy narażone były na przykre uwagi o polskich złodziejach niemieckich samochodów? Przecież nas to zupełnie nie dotyczyło! Cała nadzieja w drugim człowieku, który powstrzyma się od popularnego uogólnienia, że każdy Polak to złodziej…

W czasie, kiedy mieszkaliśmy w Niemczech, mój mąż pracował w Szwajcarii. W tym społeczeństwie stwarza się imigrantom naprawdę godziwe warunki, pomagające w asymilacji. Oczywiście znalazłoby się sporo przykładów ludzi, którzy poczuli się skrzywdzeni przez szwajcarskie urzędy i musieli opuścić ten kraj mlekiem i miodem płynący. Ale na pewno tamtejszy system imigracyjny jest bliski ideału.

Spytałam dziś syna, co radziłby mi napisać o Anglii. To on co rano wychodzi do szkoły, liczącej prawie półtora tysiąca uczniów z całego świata. Ja zostaję w mojej szklanej twierdzy i sobie piszę.
– Tutaj wszyscy są równi. Inaczej nie wolno myśleć – odparł, spoglądając na mnie zdziwiony, jakbym go spytała, czy należy bić staruszki.
Rasowy londyńczyk 🙂 Londyńczyk, czyli kto? Podobnie jak nowojorczyk, montrealczyk, czyli potomek jakiej nacji? Takie przewietrzone narody jednak najbardziej mi odpowiadają. Kocham Polskę, lubię Polaków za wiele wspaniałych cech. Ale dziś boję się usiąść z najulubieńszymi polskimi przyjaciółmi do jednego stołu.

Będę niedługo zeznawać w procesie przeciwko rodakowi, który na moich oczach rzucił się w klubie na czarnoskórego gościa tylko dlatego, że tamten zagadał do ładnej polskiej kobiety. Polak rzucił się na niego niczym zwierzę, skopał i uciekł. Potem wrócił, żeby dokończyć dzieła. Roznosiła go agresja. Jedna z wielu typowych bójek klubowych? No… może, może. Nie bywam aż tak często, więc nie wiem. Ale tego, co widziałam, nigdy nie zapomnę. Fakt: niektórzy polscy mężczyźni tutaj, w Anglii, z niesamowitą zajadłością bronią, niekoniecznie o to proszeni, cnót swoich kobiet. Przed czarnoskórymi. Do szału doprowadza ich fakt, że Polki „dają czarnym”. Brrr… Aż nie wierzę własnym palcom, że przychodzi mi coś takiego napisać. W jakim my świecie żyjemy? Ano, i w takim… wyeksportowanym z Polski.

Moje dzieci wychowały się wśród rówieśników z całego globu. Siedziały obok nich w szkolnej ławie, spały w jednym łóżku, jadły z jednej miski, a w porywach szaleństwa zdarzało im się lizać tego samego lizaka. I żyją. Mają się dobrze. Co więcej, robię sobie ogromne nadzieje, że przygotowaliśmy je dobrze do dokonywania właściwych wyborów w życiu.

Religia? Chadzam (lub nie, jeśli mi się nie chce) do różnych kościołów, w zależności od nastroju. Katolickich, ewangelickich, anglikańskich. OK, tutaj lista się kończy. Moje dzieci w Niemczech same dokonywały wyboru, czy będą uczęszczać na lekcje religii w szkole, i – jeśli tak – jakiego wyznania. W Anglii syn uczy się religioznawstwa.

Pracowałam dwa lata temu w londyńskim Woolwich, bardzo „kolorowej” dzielnicy Londynu. To tam islamiści zamordowali brytyjskiego żołnierza. Napisałam o tym opowiadanie. Czy boję się na co dzień ataku terrorystycznego, czuję się zagrożona? Nie, choć, szczerze mówiąc, przeprowadzka do Londynu z bezpiecznego miasteczka na południu Niemiec wymagała odwagi. Zdarzało mi się na początku, kiedy do autobusu wsiadał mężczyzna z brodą i czarnym plecakiem, zerkać nerwowo na zegarek, nie mogąc się doczekać mojego przystanku. Taki odruch. Chęć ucieczki, wyjścia na ulicę jak najprędzej. Ale to kwestia przyzwyczajenia. Mój syn chodzi codziennie do szkoły wzdłuż bardzo ruchliwej ulicy. Niebezpieczne. Ja noszę w Londynie nałogowo słuchawki z głośną muzyką na uszach i nie zawsze przechodzę ostrożnie przez ulicę. Ryzykowne. Równie dobrze któreś z nas może zginąć w metrze od wybuchu bomby.

Mieszkamy w tak zwanym luksusowym bloku. W jego podziemiach stoją zaparkowane samochody o wartości co najmniej przyzwoitego mieszkania w Polsce. Sąsiedzi bezproblemowi, dyskretni. Ci nad i pod nami gotują czasami potrawy o egzotycznych zapachach. Zapach naszych schabowych też na pewno wydaje im się obcy.

Takie są moje doświadczenia. Może mało uniwersalne, ale ciągle prawdziwe. Ot, kolorowe migawki z kilku zakątków świata.

Wiem, płaskie i jakoś tak przypadkowo rozsypane po podłodze historyjki. O warzywach, sałatkach i firankach. Ani słowa o meczetach. Gdybym chociaż widziała na własne oczy w Woolwich żołnierza z odciętą głową… Albo wykurzyła kiedyś z mieszkania obok natrętnych sąsiadów za smrodzenie co wieczór sosem curry… Lub odwrotnie, zgłosiła nas (co chodziło mi jakiś czas temu po głowie) jako rodzinę zastępczą i przyjęła na kilka miesięcy pod swój dach małego Afgańczyka… Ubierała go co rano, karmiła, uczyła alfabetu, dawała buzi na dobranoc. Przecież mogłabym. Wtedy może ktoś pochyliłby się, zamyślił głębiej nad moim tekstem. Albo i nie?

Ale chwila, coś sobie przypomniałam: w szkole mojego syna grupa chłopaków zabiła kilka lat temu maczetą nielubianego kolegę. Zemsta gangu, mrożąca krew w żyłach historia. Znam ją tylko z internetu. Przez chwilę miałam wątpliwości, kiedy trafiłam na nią, wybierając szkołę w Londynie. Szczerze przyznaję. Ale widząc, jak mój syn męczy się w dobrym, niemieckim gimnazjum z powodu bardzo szeleszczącego imienia i nazwiska, ruszyłam do boju. W council’u wyrzucali mnie drzwiami, wracałam oknem. Niełatwo było zdobyć miejsce w Thomas Tallis School.

Bo to bardzo dobra szkoła. Jak każda inna.

Taki dziwny dla mnie, zwyczajnej kobiety, jest ten świat…

 

2 Komentarze

2 thoughts on “Gościnność

  1. W tym samym czasie napisałyśmy, duszo moja pokrewna, o tym samym, tylko ja z pozycji nieświatowej kobiety domowej, a Ty z pozycji doświadczeń nomadki, wiedzącej, o czym pisze. Dziękuję, Zuz, za ten tekst.

    Polubione przez 1 osoba

  2. KDT

    Zuza, w wielu rzeczach zgodzić się mogę, ale w jednej zdecydowanie się nie zgadzam. To stwierdzenie w drugim i ostatnim akapicie, że jesteś „zwyczajną kobietą”. Przecież to nieprawda!

    Poza tym, każdy ma rożne „poczucie zagrożenia”. Jedni boją się hałasu, inni boją się obcych, a jeszcze inni siebie samych… Z drugiej strony, każda nacja ma swoich reprezentantów z tej jasnej i z tej ciemnej strony księżyca ;-), a tak, jak życie pokazuje, w większości przypadków uwagę przyciągają i lepiej zapadają w pamięć złe rzeczy.
    Pozdrawiam, w imię chrześcijańskiej CARITAS et AMOR! Precz stereotypom!

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: