Fiona. Jak uratowałam, pokochałam, straciłam psa.

Fiona

 

Pojawiła się w naszym życiu pewnego zimowego poranka. A właściwie nie, trochę wcześniej. Dokładnie było mniej więcej tak.

Moje dzieci chciały koniecznie psa. Mieszkaliśmy od dwóch lat w nowym domu z ogrodem. Ja jako „Hausfrau” miałam dość czasu na długie spacery. Do szczęścia brakowało nam jedynie czworonożnego członka rodziny.

Wybraliśmy hodowców „z ogłoszenia” i to był nasz pierwszy błąd. Skąd mogliśmy wiedzieć? Mamy co prawda w rodzinie silne wątki kynologiczne (śp. Wujek – autor książek o owczarkach niemickich, sędzia międzynarodowy), ale my chcieliśmy tak po prostu, z serca, przyjąć szczeniaka na piątego do familii.

Gdzieś hen, na zabitej dechami wsi na północ od Jeziora Bodeńskiego ujrzeliśmy naszą sunię pierwszy raz. W ciemnej piwnicy, w jednym z boksów, gdzie tylko siano na podłodze, a wokół beton i metalowa siatka. Była ta nasza sunia mniej śmiała od swoich trzech braci, ale jaka śliczna. Jedno błagalne spojrzenie i beaglica należała do nas.

Konsekwentnie kierowaliśmy się wyłącznie sercem w dalszych działaniach. Rzut okiem do tabeli szczepień, do metryczki, cena bez negocjacji i umówiliśmy się na „odbiór” za trzy tygodnie. Zupełnie niepotrzebna zwłoka zresztą, bo matki przecież przy niej nie było. Drugi błąd, nie zaniepokoić się tym faktem należycie. Tylko krótko spytaliśmy, gdzie mama. I tak byliśmy już zdecydowani.

Urodzona w lipcu, w listopadzie miała suczka ponad cztery miesiące. To długi czas dla szczeniaka, którego nie wiadomo kiedy oderwano od matczynej piersi, wsadzono do boksu, i już. Postanowiliśmy przyjąć ją do siebie w grudniu, nie jako gwiazdkowy prezent pod choinkę, lecz żeby móc spędzić razem jak najwięcej czasu w dwutygodniowe ferie świąteczne.

Śniła nam się, już za nią tęskniliśmy, choć wątpliwości było sporo… Czy damy radę? Nowe baby w rodzinie? Kto, co i jak?

W końcu przyjechała. Kto miał lub ma psa, wie, że lekko nie było. Ale to pół biedy, spodziewaliśmy się ciężkiego początku. Najwięcej czasu i serca poświęciła Fionie – bo tak ją po 24 godzinach nazwaliśmy – Nina. Trening nocniczkowy (Boże! ja całą tę terminologię znam wyłącznie po niemiecku!), nocne spacery, pierwsze wizyty u weterynarza. Beagle są, jak wiadomo, bardzo pojętne, choć uparte diabelnie. Dopóki to wszystko działo się w czterech ścianach, było dobrze. Fiona odwdzięczała się za nasz trud prawdziwą psią wiernością, czułością, a ponad wszystko tym jedynym w swoim rodzaju spojrzeniem, pod wpływem którego miękły nasze serca.

Fiona_Blog_01

Szybko zaczęliśmy treningi w psiej szkole, w śniegu po kolana, ale zapału nie brakowało. Fiona szalała na szkolnej „murawie” – z radości na widok innych psów i … ze strachu przed obcymi ludźmi! Trenerka była zaniepokojna, ale dawała nam dużo nadziei. „Powinna z tego wyrosnąć” – to zdanie mieliśmy słyszeć przez następny rok dzisiątki, a może i setki razy.

Ludzie w ciemnych kurtkach, dzieci z plecakami, parasole, wózki dziecięce, na wiosnę dzieci na rowerkach – tego wszystkiego Fiona bała się panicznie. Na spacerach czołgała się, jeśli tylko znalazła obok ścieżki jakiś margines, pod płotami. Kiedy próbowałam odbierać z nią Miecia ze szkoły (jego marzenie: że przyjdzie po niego mama z JEGO psem), usiłowała złapać się pazurkami chodnika, żeby naszą wyprawę „zahamować”. Kończyło się to wybieraniem bocznych ulic, żeby omijać „złych ludzi”.

W domu odnosiliśmy sukcesy, udawało mi się śledzić i wykonywać rady z książek, jak również polecenia trenera, ale wyłącznie w relacji 1:1. Powtarzałam bez końca mantrę „Sitz! Bleib! Bleeeiiiib! Jetzt essen!”, i tak w kółko. Zabawy były przednie, przytulanki również. Ale nie daj Boże dzwonił ktoś do drzwi. Na podłodze żółta kałuża i pies znikał, trzęsąc się ze strachu, gdzieś pod krzesłem.

Zmieniliśmy trenera. Dostaliśmy się do grupy miejscowego celebryty, zaprosiliśmy go nawet do domu, na prywatną konsultację. Nie był zachwycony. Dał nam mniej nadziei niż pierwsza opiekunka Fiony. Ale zalecił konkrety, między innymi chodzenie „w czworobok”, ze smakołykami w kieszeni. Czułam się trochę głupio, brnąc w marcowych, mokrych śniegach, ze zmarzniętą Fioną, wlokącą się za mną na długiej smyczy. Ile radochy mieli za to sąsiedzi! Frau Muszyńska robiła z siebie i psa istne pośmiewisko!

Z nadejściem wiosny, mimo że psina urosła, zmężniała, było tylko gorzej, bo ulice zapełniły się na dobre ludźmi.

Zamówiliśmy wizytę pani psycholog. Psiej psycholog oczywiście. Fiona zaczęła brać kropelki doktora Bacha, zrobiła się senna, poza tym lek i porady pomogły niewiele.

Stawałam się powoli więźniem mojego psa. Im więcej z nim przebywałam, tym bardziej byłam nerwowa. Tylko Nina i ja mogłyśmy chodzić z Fioną na spacery, bo tylko my wiedziałyśmy, jak się zachować, kiedy Fiona dostawała kolejnego ataku paniki na widok zbyt dużych i zbyt głośnych ludzi, zbyt wesołych dzieci… Miecio wrócił kilka razy z płaczem po nieprzyjemnych przygodach, kiedy to nie potrafił sobie poradzić ze swoim własnym, niedużym przecież, ale przerażonym czymś psem, i więcej chodzić już nie chciał.

W domu typowe dla szczeniaka obgryzanie mebli również narastało. Tak Fiona odreagowywała swój codzienny stres, którego dostarczało jej każde wyjście na dwór. Znikały na naszych oczach coraz większe kawałki czegoś, co kiedyś było sofą, fotelem, dywanem. Doszło w końcu do tego, że w samotne przedpołudnia, jak tylko zbliżałam się do schodów, ona wgryzała się w kolejną szmatę albo kawał nogi od stołu. Nie pomagały smaczne kości, zabawki, gumki, piłeczki. Na szczęście mieliśmy dwie toalety, w tym jedną na parterze.

Próbowaliśmy życia w ogrodzie. Płot niestety nie był szczelny, ale kombinowaliśmy jak się dało, żeby umillić psu letnie dni. Na nieszczęście wzdłuż naszej posesji przebiegał dość często uczęszczany przez pieszych chodnik. Możecie sobie wyobrazić, co się działo, kiedy przechodziła nim matka z wózkiem i starszym dzieckiem na rowerku. Pies szalał – ze strachu, z rozpaczy.

Na spacerach zaczepiali mnie często właściciele innych psów, dopytywali się, co i jak, szukali kontaktu. Umawiałam się czasami na psie randki, zauważyłam, że Fiona po zbliżeniu się do kolegi czy koleżanki stawała się odrobinę ufniejsza wobec ludzkich właścicieli, mimo że byli obcy.

Zaczęłam szukać więcej informacji o podobnych psich problemach psychologicznych na internecie i wkrótce rozjaśniło mi się w głowie. Zrozumiałam, że padliśmy ofiarą masowych hodowców. Rodzice Fiony pochodzili z Czech, gdzie uprawiano handel szczeniakami rodzonymi przez zamęczane, zmuszane do zbyt częstej reprodukcji matki. Nikt nie troszczył się o zdrowie miotu, ani fizyczne, ani psychiczne. Tak działo się prawdopodobnie u naszej niemieckiej gospodyni. Kupowała hurtem szczeniaki z tanich krajów, wypełniała nimi na zmianę swoje dwie piwniczne klatki i czekała na naiwniaków, którzy podobnie jak my nie potrafili zadać właściwych pytań. Przyjeżdżali, zakochiwali się, płacili. I handel kwitł! Matkę zabierano prawdopodobnie krótko po odkaramieniu z powrotem do Czech, aby spełniała swoje „sucze” obowiązki, a może w ogóle jej przy dzieciach nie było. Pisał o tym tygodnik „Spiegel”, aż huczało na internecie. Włos zjeżył mi się na głowie.

Nadeszła jesień. Nina w połowie września miała zacząć klasę maturalnę. Miecio dostał właśnie nowe, czarne, błyszczące pianino.. Obstawiliśmy je kartonami i parasolkami (pamiętacie? Fiona bała się parasolek!). Ja brałam któryś z rzędu miesiąc leki uspokajające.

Po wielu naradach, dyskusjach postanowiliśmy wyjechać na krótki urlop. Żeby nie zwariować do reszty. Pozbierać myśli. Zrobić plan na następny rok dla naszej pięcioosobowej rodziny.

Fionę oddaliśmy do psiego hotelu, który prowadziło bardzo sympatyczne, renomowane schronisko dla zwierząt. Spodziewaliśmy się tragedii, ale musieliśmy, musieliśmy odpocząć, nabrać sił. Niejedna osoba, z tych zaślepionych miłością do zwierząt, zarzucała nam wtedy okrucieństwo. Na szczęście wytrwaliśmy w urlopowym postanowieniu.

Po tygodniu zastaliśmy Fionisko w zaskakująco dobrym stanie. Otrzaskana z hotelowym życiem, zaprzyjaźniona z bandą rezydentów, wydawała się być … szczęśliwsza niż z nami. Oczywiście powitanie było radosne, wyskoki na dwa metry w górę, piruety w powietrzu, ale potem.. smutek, bo kumple zostali za płotem, a ona znowu pojechała do miejsca kaźni, czyli na ludne osiedle Haid.

Miałam już wtedy spore grono korespondentów – psiarzy, weterynarzy. Nasza historia stała się, można powiedzieć, powszechnie znana w pewnych kręgach. Parę osób poradziło mi, żeby szukać dla Fiony partnera. Oczywiście! W tej sytuacji, kiedy jedyne szczęście i chwile wytchnienia dawało jej towarzystwo innych czworonogów – genialny pomysł!

Pozostało rozważenie, czy to my przyjmiemy drugiego psa, czy oddamy Fionę jako „Zweithund”.

Oczy mojej rodziny zwróciły się ku mnie. To ja ganiałam z Fioną po lasach, uczyłam sztuczek, ja miałam dla niej czas, spędzałam po osiem godzin dziennie na parterze, żeby jej dotrzymać towarzystwa (nigdy nie nauczyła się wchodzić po schodach na piętro). Ja musiałam zdecydować, czy będę robić to samo z dwoma psami.

Moja odpowiedź brzmiała: nie.

Serce boli do dziś. Wierzcie mi. Minęło pięć lat. Może gdybym była w podobnej sytuacji teraz, wiedziała to, co wiem dziś.. Może.. Wtedy tkwiłam w ludzko-psiej traumie. Bałam się. I tak nie wiedziałam, co będzie dalej. Ale zaczęłam szukać nowej rodziny dla Fiony z myślą, że musimy się z nią rozstać.

Przez zaprzyjaźnione kanały, schroniska w całych Niemczech rozesłałam wieści, że szukam przyjaciela dla mojej skrzywionej psychicznie, bardzo bojaźliwej, sprawiającej sporo kłopotów suni. Nie wolno mi było ukryć prawdy. I przecież nie to chodziło, żeby się Fiony szybko pozbyć, tylko żeby znaleźć dla niej kochającą rodzinę z jakimś czworonożnym przyjacielem.

Dostawaliśmy przeróżne listy, zapytania, aż w końcu znalazła się bezdzietna para z Bremen, ze starszym o dwa lata Snoopym, też beaglem! Po krótkiej korespondencyjnej wymianie umówiliśmy się na wizytę, aby psiaki mogły się poznać. Oczywiście oni przyjechali do nas, bo podróż z Fioną na taką odległość (650 km!) nie była możliwa. Zależało im bardzo.

Snoopy pojawił się na naszej ulicy niemalże rok po Fionie. Przystojny kawaler, obwąchujący niedbale przydrożne kępki. Fiona na jego widok stała się (typowy rysuneczek – żart z beaglami, znacie?) po prostu fruwającym psem! Jej uszy wpadły w ruch obrotowy, tak szybko gnała ku koledze, którego widziała przecież pierwszy raz w życiu. Zaiskrzyło między nimi. Chemia. Miłość od pierwszego wejrzenia.

Na chwilę zapomniałam o tym, co nas czekało, i patrzyłam zachwycona, jaki szczęśliwy i zakochany jest mój pies. Od pierwszej minuty Fiona stała się cieniem swojego Snoopiego. Nie odstąpiła go już na krok. On również wyrażał duże zainteresowanie, ale nie aż tak. On był NORMALNY.  Szukał kontaktu ze wszystkimi, z nami, z nią, a przede wszystkim ze swoimi ukochanymi „rodzicami”.

Państwo S. przenocowali u nas. Psim zabawom, jak i opowieściom nie było końca. Pamiętam, że tego wieczoru nie płakałam. Kręciłam filmy, podziwiałam magiczną więź między parą młodych zakochanych. Snoopy po kilku godzinach zalotów miał ochotę walnąć się gdzieś na miękko i zdrzemnąć, ale Fiona nie dawała mu szans! Wytrzymywała może minutkę cichego leżenia, po czym znowu ciągnęła a to za uszko, a to za ogonek, byle było fajnie, byle była jakaś akcja!

Rano przyszedł czas na trudne rozmowy. Państwo S. nie mieli wątpliwości. Chcieli zabrać Fionę do siebie. A ponieważ my widzieliśmy w nich idealnych, nowych „rodziców” dla suni, cóż było robić? Podpisać jakieś tam papiery, spakować małą na drogę.. i..

Spojrzała na mnie tylko raz, „przez ramię”, kiedy opuszczała nasz dom. Powiedziała mi w tej jednej sekundzie wszystko: „Mamo, było z tobą strasznie fajnie, ale chyba rozumiesz…?”

Pierwsze dni, tygodnie były straszne. Brak ciepłego ciałka, które głaskało się wieczorami. Nic nie łypało na nas z kanapy, kiedy siedzieliśmy przy posiłkach w jadalni. Powroty M z Zurychu stały się ciche, za szybą drzwi kuchennych nie pojawiał się znajomy kształt, żadnych wybuchów radości na widok „pańcia” po pięciu dniach rozłąki…

Dostawaliśmy listy, zdjęcia. Fiona trafiła do psiego raju. W pięknym domu, idealnie przystosowanym do psich harców ogrodzie, wszędzie razem ze swoim kawalerem. Już w pierwszych dniach i ją, i Snoopiego poddano kastracji, inaczej z tej miłości od pierwszego wejrzenia narodziłyby się niechybnie małe Fionki i Snoopcie. Podobno oboje znieśli zabieg bardzo dobrze.

Wysyłaliśmy jej paczki. Może to źle, bo zapach.. Pisałam do niej mejle. Łzy lały się jeszcze przez wiele, wiele miesięcy, tak zresztą jak i dziś. Klawiatura cała mokra.

Z czasem kontakt urwał się. Wydałam swoją młodszą córkę za mąż. Tak sobie to wtedy wytłumaczyłam.

Bardzo ją kochałam. Jeśli popełniłam błędy – a niewątpliwie tak było – to zapłaciłam za nie wysoką cenę. Rozstania.

Wierzę, że Fiona jest dziś bardzo szczęśliwa.

 

 

Fiona_Blog_02

 

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: