Cztery łapy emigracji

IMG_4911

 

Jedno małe życie, nasze – tak niewiele wobec wielkich problemów świata. Rozpadających się partii, unii, głosów z prawej i z lewej, palonych flag, rozstrząsania, czy zawinili populiści, Cameron, Merkel, a może Tusk. A może deszcze, bo nie dość ludzi dojechało, aby zagłosować. Tory zalane, tymczasem Londyn śpieszył do lokali wyborczych, aby oddać głos na Europę.

Zawsze spadamy na cztery łapy, pewnie i tym razem się uda. To jedyna dla nas pociecha po tym, jak Zjednoczone Królestwo zagłosowało za Brexitem.

Dla nas, rodziny Muszyńskich. Bo każdy obywatel EU żyjący w Londynie, Edynburgu, Belfaście ma prawo do swojej historii, kłębią się w jego głowie inne lęki, a serce wypełniają inne niż nasze nadzieje.

Wyjechaliśmy z Polski dawniej niż większość tutejszych przyjaciół – 24 lata temu. W 1992 roku można było spokojnie zostać w kraju, który właśnie się budził z komunistycznego letargu. A jednak pogonieni serią wypadków samochodowych, kłopotami mieszkaniowymi oraz wspólną nam, małżonkom Muszyńskim, ciekawością świata – postanowiliśmy Polskę opuścić.

Mąż miał dobry zawód, kilkuletnie doświadczenie informatyczne, do tego kolegę ze studiów, który pracował w USA i namawiał, aby pójść w jego ślady. Właściwie zakochaliśmy się w sobie na dobre dopiero w Warszawie, do której pojechaliśmy, aby Miłosz mógł wziąć udział w rozmowie o pracę. Pan K., Amerykanin, wpadł na pomysł sprowadzania do USA polskich inżynierów informatyków. Stolica, samo centrum, dwa wspaniałe wieżowce, windą na dwudzieste któreś piętro, biura Polservice’u. Wielki świat.

Udało się. Zostałam z roczną córeczką u mamy, a tata/mąż wyjechał za Ocean. Ściągnął nas do Nowego Jorku po sześciu tygodniach, wbrew umowie ze sponsorem, zezwalającej na łączenie rodzin po sześciu miesiącach. Za bardzo się kochaliśmy, żeby tyle czekać. Poleciałyśmy do Ameryki „w tajemnicy”.

To pierwsza z przygód emigracyjnych, wzbudzających przez ćwierćwiecze naszej wędrówki po świecie dreszczyk emocji.

W Stanach zostaliśmy sześć lat, dopóki nie wygasła wiza pracownicza męża. Loterii wizowej na zieloną kartę nigdy nie traktowaliśmy poważnie. Zdania na ten temat były podzielone, nam taki system przyjmowania emigrantów wydawał się poniżający. Oddaliśmy swój los w ręce tzw. „prawników emigracyjnych”, którzy za ciężką kasę załatwiali prawo stałego pobytu na podstawie kwalifikacji zawodowych.

Córka chodziła do prywatnego przedszkola. Ja nie miałam pozwolenia na pracę, ale rozpoczęłam studia. Po dwóch latach, blisko matrykulacji, musiałam nagle zacząć płacić podwójną stawkę za semestr, ponieważ zmieniły się przepisy dla emigrantów. Zabolało mocno, ale dałam radę.

Mężowi ciążyło coraz bardziej i przeszkadzało zawodowej wolności ubieganie się o prawo stałego pobytu „na sponsora”, którym był pracodawca. Łatwo sobie wyobrazić, że to pole do manipulacji dla firm, do mobbingu etc. W dodatku przydarzyła się nam zabawna przygoda. Po trzech latach w miarę szczęśliwego amerykańskiego żywota zgłosił się do nas wyżej wymieniony i mało obecny w naszym życiu pan K.. Odcinał co miesiąc kupony od paychecków męża, aż tu nagle zaprosił go na kawę. Nie pachniało to niczym dobrym.

Okazało się, że wątła, pożółkła kartka, przefaksowana pewnego słonecznego dnia do Ambasady USA w Warszawie, stanowiąca promesę wizową, czyli podstawę naszego bytu, wystawiona została na nazwisko „Wacław Muszyński”. Figurował na niej w lewym górnym rogu inicjał pierwszego imienia: „W”. Ani my, ani John K., ani pracownicy Amabasady USA nie zwrócili uwagi, że imię Miłosza fiknęło koziołka. Wacław Muszyński pracował dla Polservice’u kilka lat wcześniej – bardzo dla nas zabawny zbieg okoliczności.

Mąż otrzymał instrukcje, aby zrobić wycieczkę do Meksyku. Koszty, stres. Zwiedził przygraniczne Ciudad Juárez, zupełnie nie w charakterze urlopowym. Wrócił z wizą na swoje nazwisko, i imię.

Po sześciu latach zabawy w kotka i myszkę z amerykańskimi urzędami spakowaliśmy manatki i przejechaliśmy do Kanady. Ciągle młodzi, żądni przygody, zbadani przez wyznaczongo lekarza (wymóg w kanadyjskim procesie emigracyjnym, poniżający, ot, los ludzi z tobołkiem), zdrowi. Wynajęliśmy dom w Ottawie, mąż miał pracować zdalnie dla IBM-a w USA, zapowiadał sie więc łatwy początek.

Niestety, pakiet dokumentów z Ambasady Kanadyjskiej zaginął w poczcie. Trudno przekroczyć granicę kraju, posługując się zaledwie wiadomością, że wizy pobytowe w drodze… Dom pod Nowym Jorkiem trzeba było opróżnić, wakacje córki dobiegały końca, a papierów nie było. Wsiąkły.

Wjechaliśmy na wizy turystyczne, które udało się na szybko zdobyć w kanadyjskim konsulacie. Poprosiliśmy ambasadę o ponowną wysyłkę pakietu rezydentury. Przyszła nowa koperta, stara też się wkrótce znalazła. Pozostało wjechać do Kanady, tylko że my już tam byliśmy! Na szczeście nie musieliśmy zabierać ze sobą mebli, bo i takie pomysły chodziły naszym doradcom po głowie. Pewnej niedzieli zrobiliśmy wycieczkę nad granicę i wróciliśmy z niej jako stali rezydenci.

Ach, i córka nie mogła przez pierwszy miesiąc chodzić do szkoły na „zwykłej wizie”. Zamiast pójść do pierwszej klasy, pojechała z nami na Kanadyjskie Kaszuby. Tydzień w samotni nad jeziorem, własna łódka, cisza przecinana kilka razy na dobę warkotem ciężarówki gdzieś hen!, z szosy za lasem. Tak objawiła nam się Kanada pachnąca żywicą i wolnością.

Po co Europa? Kupiliśmy w Ottawie dom, urodził nam się syn. Mieliśmy wokół siebie serdecznych ludzi, którzy w latach 80. przeszli zupełnie inną niż my drogę. Emigranci polityczni, wdzięczni losowi za kanadyjski paszport.

Ale mąż nie chciał się zestarzeć za Oceanem. Lataliśmy do Europy na wakacje, właśnie wprowadzono wspólną walutę, Polska rozkwitała… Podziwialiśmy to wszystko, może trochę zazdrościliśmy. Po pięciu latach spakowaliśmy manatki i wylądowaliśmy w ojczyźnie, z zamiarem powrotu na zawsze. Dwa samochody i cały dobytek płynęły w ślad za nami w kontenerze.

Już w trakcie przeprowadzki, a po sprzedaży domu w Ottawie okazało się, że z tą Polską to tak różowo nie będzie. Spędziliśmy w niej uroczy dwumiesięczny urlop, ale od września marsz do Niemiec! I to dokąd – na ich kraniec, w okolice Jeziora Bodeńskiego. Wspaniale, w samo serce Europy, tylko daleko. Lot z Kanady trwa niecałe 9 godzin, jazda samochodem z południa Niemiec do Poznania  – 12…

Znów coś się gdzieś zawieruszyło, znów był dreszczyk, tym razem towarzyszył nam w konsulacie we Wrocławiu. Do tego kilkaset dokumentów, a potem i tak Polska weszła do Unii. My jednak zdążyliśmy mieć emigracyjnie pod górkę.

Zbudowaliśmy dom, dzieci chodziły do dobrego przedszkola i szkoły. Nasza droga przez Niemcy była wyboista. Trudne tereny – granica pomiędzy Bawarią i Badenią-Wirtembergią, kulturalnie Górna Szwabia, w dodatku małe miasteczko, dużo kocich łbów… Ja wytrwałam dziesięć lat, dla dzieci. Mąż trzy. Uciekł do Szwajcarii, poza Unię. Staliśmy się małżeństwem weekendowym.

Po 2004 roku rzadziej bywaliśmy w „Ausländerbehörde”, ale pani H., sumienna urzędniczka odpowiedzialna za nasze sprawy, potrafiła napędzić strachu z powodu drobnych druczków na dole strony.

I nie gdzie indziej, tylko w pozamiatanych Niemczech zdarzyła się – mnie – najbardziej drastyczna przygoda emigracyjna. Pomagałam w Volkshochschule przy kursie niemieckiego, dostałam pod opiekę dwóch uczniów z Iraku. Jeden się wykruszył, drugi za to okazał tak chętny do nauki, że zaczął przychodzić na lekcje do mnie do domu. Nie robił wielkich postępów, ale przychodził. Coś było z nim nie tak. Czułam się w jego towarzystwie nieswojo, zaczęłam umawiać lekcje na czas, kiedy były w domu dzieci. Któregoś tygodnia nie zjawił się, przestał odbierać telefon. Cóż.

Pracowałam póżniej jako wolontariusz opiekujący się azylantami. Moja zwierzchniczka bez trudu skojarzyła mnie z tamtym uczniem. Zgwałcił kobietę, trafił do więzienia. Udowodniono mu fałszerstwo dokumentów. A jednak wyszedł z więzienia, całkiem szybko, i nie wydalono go z Niemiec. W czasie załatwiania swoich spraw w Ausländerbehörde wdał się w potyczkę słowną z panią H. Wyjął broń. Skończyło się na strachu, urzędniczka zdołała wezwać pomoc. Ale ona i jej zwierzchnik wyszli z tego mocno poturbowani psychicznie, trafili na rentę… Sprawcę wydalono z Niemiec. A ja miałam za co dziękować Bogu.

Takie emigracyjna historie.

Kiedy wyjechaliśmy na urlop do Szkocji, urzekły nas Wyspy oraz to, jak szczęśliwi wydawali się spotkani w Edynburgu Polacy. Mimo poważnego wypadku drogowego powstał pomysł przeprowadzki do Anglii, która miała zastąpić nieuchronną Szwajcarię; przecież żyliśmy siedem lat w rozkroku, jak rozbita rodzina.

Sprzedaliśmy dom, spakowaliśmy manatki, jesteśmy.

Zorganizować mieszkanie, pracę i szkołę w Londynie to duża rzecz. Ale nie mieć na głowie papierów emigracyjnych to ogromna ulga.

Zakochałam się w Londynie, jego wielokulturowości. Czuję się tu mile widziana, u siebie.

Zakochałam się w tutejszej Polonii, sklepikach z pączkami, staromodnym POSK-u, gdzie podają herbatę w brązowych szklankach, i eleganckim Ognisku Polskim, gdzie „bywamy” na spotkaniach poetyckich.

Zakochałam się w angielskim wybrzeżu, na które jeździmy przez wioski, głosujące, jak wiemy od ostatniej nocy, za wyjściem z Unii.

Zakochałam się w lotach do Polski. Kupiliśmy kawałek polskiej łąki w pobliżu jeziora. Zamarzyło nam się życie w dwóch krajach, siedlisko na starość. Mamy już przecież swoje lata.

Taki był przynajmniej plan.

Jestem zachłanna? Jest mi za dobrze? Przepłakałam po ogłoszeniu pierwszych pro-brexitowych wyników całą noc. Tylu ludzi wokół mnie ma problemy na poziomie egzystencjalnym. Być może nie uda im się pozostać w kraju, który przyjął ich gościnnie jedenaście lat temu, ofiarował pracę, godziwą płacę, wyręczając  w tym Polskę.

Kiedy ściskałam całą noc smartfona, sprawdzając co pewien czas proporcje pomiędzy Leave a Remain, popadając w letarg, budząc się z płaczem, i znów letarg, zauważyłam nagle, że po piatej ktoś zostawił wiadomość głosową.

Przyjaciółka z Polski zadzwoniła, żeby mnie pogłaskać przez telefon, przypomnieć, że jej dom jest moim domem.

Hania wie, że mnie te cztery łapy bardzo bolą od wiecznego na nie spadania.

 

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: