„The Buried Giant” Kazuo Ishiguro – trzyskładnikowa recepta na sukces (oraz trzy słowa o „Nokturnach”)

I’m interested in memory because it’s a filter through which we see our lives, and because it’s foggy and obscure, the opportunities for self-deception are there. In the end, as a writer, I’m more interested in what people tell themselves happened rather than what actually happened.”
Kazuo Ishiguro
ishiguro

 

Książka o podróży, o pamięci i o miłości.
Dlaczego bije rekordy popularności, wdrapała się szybko na szczyty regałów i pozostaje na górnej półce wśród TOP 10 – o tym możecie przeczytać w fachowych recenzjach.
U mnie zaledwie garstkę osobistych refleksji, dlaczego czytało się tak dobrze.
Podróż, pamięć i miłość.
W pewnej różowej książce, która właśnie ukazała się drukiem, nazywam samą siebie, jej współautorkę, nomadką. Spędziłam mniej więcej połowę życia, dwadzieścia kilka lat, w podróży. Kazuo Ishiguro przeprowadził się z Japonii do Wielkiej Brytanii, kiedy był zaledwie sześciolatkiem. Dziś, mając lat 60, twierdzi, że nie czuje się ani Japończykiem, ani Brytyjczykiem. I ja go dobrze rozumiem. Ja też poszukuję od lat swoich korzeni. Zmieniając miejsca zamieszkania, zyskuję możliwość rozpoczynania życia od nowa, zbierania nowych doświadczeń, ale ich nagromadzenie powoduje, że te poprzednie gubią się we mgle mojej pamięci. Bezustannie zadaję sobie pytania, czy pamięć mnie nie zwodzi. Czy naprawdę tak było. Czy mam jeszcze siłę na kolekcjonowanie nowych wrażeń. Czy podołam kolejnym przygodom, które są możliwe, kuszą, ale i męczą.
Co mnie gna ku nowemu? Niewątpliwie miłość. Przede wszystkim do bliskich mi ludzi, którzy chcą wędrować po świecie. Towarzyszę im, bo ich kocham. Wędrówka nas jednoczy, wspólne cele zbliżają do siebie.
Para bohaterów „The Buried Giant” – Axl i jego księżniczka (tak zwraca się on do żony po wielu latach wspólnego życia), Beatrice, to ludzie starzy, zakochani w sobie i pozbawieni pamięci. Minione wydarzenia umknęły im już dawno. Podobny los spotkał wszystkich mieszkańców zachodniej Anglii. Czytelnik od samego początku zostaje wprowadzony w trans, bo jakże to… Bohaterowie nie pamiętają, dlaczego mieszkają tam, gdzie mieszkają. Dokąd odszedł ich syn i jak wyglądał, kiedy ich opuszczał. Dlaczego rada wioski pozbawiła ich prawa do używania świecy w wieczornych ciemnościach. Wyruszają więc w dość niebezpieczną podróż, w poszukiwaniu… no właśnie, czego? Nie są tego pewni. Nie mogą być, skoro nie pamiętają wydarzeń sprzed kilku, kilkunastu i kilkudziesięciu lat. Posługując się zaledwie okruchami wspomnień i hołdując tęsknocie za czymś, co być może tylko im się wydaje – wyruszają. Są absolutnie zgodni co do jednego – nadszedł czas. A zostało im go niewiele. Starość. Pięknie opisana. Dzielona przez parę kochających się ludzi, a więc lżejsza do udźwignięcia.
Ich droga prowadzi z zachodu, zamieszkanego przez Brytów, na wschód wyspy, gdzie osiedlili się Saksonowie. Dwa współegzystujące ze sobą światy – chrześcijański i pogański. Dwa języki, dwie różne kultury, ciągłe zagrożenie wojną. Czy kluczem do zachowania pokoju jest owa mgła zapomnienia?
Ciekawe odniesienie do współczesnej globalnej wioski. Tam nikt nie stara się zrozumieć języka sąsiadów, komunikacja odbywa się dzięki intuicji (ton głosu, język ciała). Szanuje się obce obyczaje. Ludzie wiedzą niewiele, ale chwilami wydaje się, że rozumieją dużo więcej ze świata niż my.
Collages1
„Zachód”

East

„Wschód”

Mnie od pierwszych stron uderzył, ale i lekko zaniepokoił ponury, zawieszony między jawą a snem, nastrój opowieści. Sprzyja mu opisany wyraziście, bez nadmiaru środków stylistycznych krajobraz wysp brytyjskich, z zaniedbanymi, porośniętymi gęstą roślinnością, postrzymskimi drogami, na których można się łatwo zgubić, bezkresnymi polami, które, będąc do siebie bardzo podobne, mylą podróżnego. Monotonia, szarość, i do tego ta wieczna mgła. Mgła, w której czasami gubią się myśli sprzed godziny. Jak można zapomnieć o radości z odnalezienia porwanego przez ogry dziecka? Jak można planować podróż w poszukiwaniu syna, którego twarzy nie pamiętają ani ojciec, ani matka?
Czy takim światem rządzą jakiekolwiek reguły? Jakie są szanse na przeżycie? Wbrew temu pozornemu zagmatwaniu, wiecznemu rozedrganiu (ogry, smoki, bestie wszelakie, a do tego zagrożenie wojną), ze stron powieści bije spokój – dzięki wyważonej, powolnej narracji, bardzo sprawnemu wprowadzaniu czytelnika w świat bohaterów, których poznajemy w pisanych współczesnym językiem dialogach, mimo że wszystko dzieje się około półtora tysiąca lat temu. Mówi się, że Ishiguro to „slow writer”. I, jak widać, jest to pierwszy nieodzowny składnik recepty na sukces. Przynajmniej ja uległam magii tej narracji i myślę, że gdyby podkręcić tempo, książka ucierpiałaby na tym. A tak mamy starannie, niemniej ciekawie opowiedzianą historię, oraz bardzo delikatnie, niemniej dogłębnie przedstawione postaci bohaterów.
Bohaterowie to kolejny udany składnik tej powieści. Zabierają nas w podróż po Anglii, najważniejszych z nich łączy wspólny cel – zabicie smoka, który jest groźny nie tylko z powodu swojej siły fizycznej. Para zakochanych, Axl i Beatrice. Rycerz i jego giermek, Wistan i Edwin. Oraz pojawiający się i znikający siostrzeniec króla Artura, Gawain, którego donkiszotowski urok sprawia, że czytelnik tu i ówdzie jednak się uśmiecha, choć cała książka jest bardzo poważna i smutna. Są złośliwe czarownice, mściwe wdowy, knujący mnisi, osierocone dzieci, kóre moga zmienić losy całej wyspy. Szybko zapominamy, że to tak odległe czasy, dawno, dawno temu, za siedmioma górami, lasami… Wciągamy się, przeżywamy razem z bohaterami ich przygodę.
Bo jest to wszystko tak bardzo o nas. Kazuo Ishiguro wie, jak uniknąć niepotrzebnych zakłóceń i dotrzeć w klarownym stylu do istoty rzeczy. Na samo dno duszy bohaterów.
Wydaje mi się, że trzecim składnikiem, który skazuje tę książkę na sukces, jest prostota fabuły. Lubię gry o prostych zasadach. On i ona. Mistrz i uczeń. Rycerz i jego koń. Wschód i zachód. Chrześcijanie i poganie. To wyznacza łagodny rytm, dzięki któremu akcja idzie do przodu. A miejsca na nasze własne rozważania pozostaje mnóstwo. Można jakby obok tekstu pisać własną historię, pytać się – a ja? jakiego dokonałbym wyboru? czy wytrzymałbym? czy kochałbym mimo zdrady? czy walczyłbym dalej?
Kazuo Ishiguro jest moim sąsiadem, londyńczykiem. Jeździmy więc (tak zakładam) na wycieczki w podobne miejsca. Zarówno piękne, jak i bogate w historię. Wyspy brytyjskie są małe, gęsto usiane śladami przeszłości. Bardzo dobrze czyta się tę książkę w aspekcie historycznym, choć jest on podany mimochodem. Przyznam, że cieszyłam się na wątki historyczne, mimo woli oczekiwałam czegoś w stylu przeczytanej niedawno Pauline Gedge, której „The Eagle and the Raven” opowiada o kolonizowaniu Brytanii przez Rzymian, o bohaterskiej królowej Boudicci, która zjednoczyła plemiona Brytów w walce przeciwko najeźdźcom. Nic z tych rzeczy. W „The Buried Giant” wydarzenia historyczne owiane są tą samą mgłą niepamięci, która doskwiera jednostkom. Jest wiele odniesień do legendy o królu Arturze, Merlinie, o ich nieodległych czasach. Ale bardzo szybko czytelnik orientuje się, że chodzi raczej o ponadczasową refleksję, jak uniknąć powtórzeń w histori tego, co w niej najgorsze, czyli wojen.
Oto miejsca, które już zdążyłam odwiedzić, kojarzące się z książką: dramatycznie położony na kornwalijskim zachodnim wybrzeżu zamek Tintagel, w którym według legend urodził się i wychował pod okiem Merlina król Artur. U stóp zamku, przy pięknej plaży, znajduje się jaskinia czarodzieja.
 Merlin
Mówi się o Ishiguro, że nie potrafi pisać inaczej – świat jego powieści wypełnia ciężka aura nostalgii. Przez chwilę wydawało mi się, że w ostatnim rozdziale narrację przejął… koń. Już, już gotowa byłam puścić oko do autora i pogratulować mu tego szaleństwa. Ale jednak nie. I racja. Zburzyłoby to całą misternie utkaną strukturę powieści. I wytrąciłoby nas niepotrzebnie na sam koniec z nostalgicznego (marzycielskiego?) nastroju.
Mój jedyny zarzut wobec tej książki to podejrzenie, że Ishiguro pisze, przynajmniej chwilami, „pod scenariusz filmowy”. Wiadomo, że jego poprzednie powieści zostały bardzo dobrze zekranizowane i uważa się, że dostarcza on filmowcom niemalże gotowego materiału. Niektóre sceny w „The Buried Giant” dałoby się od razu podmienić na linki do youtuba, takie miałam wrażenie. Jakby autor chciał skusić nimi producentów i ułatwić zadanie przepisania tekstu w scenariusz. Ale może sugerowałam się tym, że filmy oparte na książkach Ishiguro są dobre i na długo wbijają się w pamięć. Poza tym mówi się, że dobra książka to ta, która dzieje się przed naszymi oczami niczym film. I tak tu właśnie jest.
Jeszcze z tematów okołoliterackich, podoba mi się bardzo opinia Kazuo Ishiguro na temat promocji książek. Trafiłam na nią w ciekawym wywiadzie, który linkuję tutaj za pozwoleniem Roberta Ziębińskiego: http://www.dzikabanda.pl/kazuo-ishiguro-nie-lubie-promocji-literatury/
Oto fragment:

„Kiedyś powiedziałeś – najgorsze co może spotkać pisarza to promocja. Dlaczegoż?

Bo widzisz, przez wieki pisarz był pisarzem. Siedział w domu, pisał swoje kawałki a ludzie je czytali. Nikogo nie interesowało to jak autor wygląda czy ma żonę, dzieci czy może jest gejem. Literatura po prostu broniła się sama. Niestety to się zmieniło. Od bodaj dwóch dekad wydawnictwom nie wystarcza to, że napiszesz powieść. Musisz jeszcze przejeździć z nią pół świata, pokazując ją i siebie. A przecież w literaturze o to nie chodzi. Literatura zawsze była bytem oddzielnym od twórcy. Dziś agencje promocyjne nie wierzą w jej siłę zmuszając nas do promocyjnych wycieczek, które tak naprawdę nie zmieniają poziomu sprzedaży. Są tylko dodatkiem do książki.”

Rozpisałam się. Bezustannie przychodzą mi do głowy kolejne odsłonięcia warstw tej książki. Jest ona o tylu rzeczach na raz. Czy to nie wspaniałe?

Polecam wszystkim „The Buried Giant” – nie rozczarujecie się. A prawie na pewno zakochacie.
Top 10

Bonus dla wytrwałych:

Często i chętnie wracam do wydanego w 2009 roku zbioru Ishiguro „Nokturny. Pięć opowiadań o muzyce i zmierzchu.”

Niedawno, zanim jeszcze ukazał się w księgarniach „The Buried Giant”, postanowiłam przeczytać ulubiony kawałek z „Nokturnów”, czyli „Malvern Hills”. Zapamiętałam go wyjątkowo dobrze przez przypadek, nie z powodów literackich bynajmniej. Otóż przeczytałam „Nokturny” pierwszy raz, kiedy mieszkałam niedaleko Alp, bywałam często w Szwajcarii, a marzyłam o… Anglii! Bohaterowie „Malvern Hills” to para muzykujących po knajpach Szwajcarów, którzy wybierają się na urlop do Anglii i wędrują po brytyjskich niepozornych pagórkach, nijak się mających do potęgi Alp. Kto się nimi zachwyca, a kto wręcz nudzi? Czemu marzyć o czymś płaskim, kiedy mamy na co dzień bajeczne, zawsze ośnieżone szczyty? I co na to wszystko brzdąkający na gitarze nieudacznik, którego oczami obserwujemy tajemniczą parę szwajcarskich trubadurów? Spod pióra (a ściślej – palców) Kazuo wychodzi z tego wszystkiego pozornie zwyczajna, a jednak pozostająca na długo w pamięci historia.

Jeśli chcieć się nacieszyć muzyką w „Nokturnach”, to koniecznie w „Uwodzicielskim głosie” (Ishiguro wie, o czym pisze, jest wszakże współautorem czterech jazzowych kawałków z najnowszej płyty Stacie Kent, oto one: Breakfast On The Morning Tram, The Ice Hotel”, I Wish I Could Go Travelling Again, So Romantic„).

Autor sadza tutaj bohaterów – polskiego grajka ulicznego, Jana, słynnego piosenkarza, Tony Gardnera, oraz jego żonę, Lindy – na Placu Świętego Marka, a potem w gondoli. Do tego wieczorna serenada wykonana pod oknem palazzo, w którym przesiaduje markotna pani Gardner. I wspomnienia z młodości, które aż bolą. Bo wtedy Chet Baker śpiewał I Fall In Love Too Easily, a dzisiaj to już nic nie znaczy. Jakim cudem tak banalna historyjka może nas dotknąć w samo serce?

On to potrafi.

Kazuo, SKĄD TY TO WIESZ? Że po dwudziestu kilku latach małżeństwa jest właśnie tak… JAK TY TO ROBISZ? Że czytelnik na długo po odłożeniu książki zastanawia się razem z Janem, czy ta kobieta płakała ze szczęścia czy ze smutku. Kazuo, proszę Cię. Nie uśmiechaj się do mnie pobłażliwie z okładki. Powiedz coś.

Może w następnym, równie świetnym opowiadaniu…?

Oto fragment „Uwodzicielskiego głosu”, który uwielbiam…

„(…) moja mama nigdy nie traciła nadziei. I za każdym razem, kiedy wpadała w przygnębienie, może jak pan teraz, wie pan, co robiła? Puszczała pańskie płyty i podśpiewywała. Przez wszystkie te długie zimy, w naszym małym mieszkaniu, siedziała z podwiniętymi nogami, ze szklaneczką czegoś w ręku i cicho podśpiewywała. I czasami, pamiętam to, panie Gardner, sąsiedzi z góry stukali w sufit, zwłaszcza kiedy pan wykonywał te głośne, szybkie numery jak High Hopes albo They All Laughed. Przyglądałem się mamie uważnie, ale zachowywała się, jakby niczego nie słyszała. Słuchała pana, kiwając głową do taktu, a jej wargi powtarzały tekst. Panie Gardner, chciałem tylko powiedzieć, że pańska muzyka pomagała mojej mamie w trudnych chwilach i pewnie pomagała milionom ludzi przeżyć ich smutek. Nie będzie nic dziwnego w tym, jeżeli panu też pomoże. – Roześmiałem się, chcąc dodać mu otuchy, ale wypadło to głośniej, niż chciałem. – Może pan dzisiaj na mnie polegać, panie Gardner. Dam z siebie wszystko. Zagram jak cała orkiestra, zobaczy pan. A pani Gardner posłucha nas, i kto wie? Może między wami znów się wszystko ułoży. Każde małżeństwo przeżywa trudne chwile.
Pan Gardner się uśmiechnął.
– Jest pan przemiłym człowiekiem, mój przyjacielu. Bardzo to sobie cenię, że mi pan dziś pomaga, ale nie mamy czasu na dalszą rozmowę. Lindy jest już w swoim pokoju, widzę zapalone światło.”

1 komentarz

One thought on “„The Buried Giant” Kazuo Ishiguro – trzyskładnikowa recepta na sukces (oraz trzy słowa o „Nokturnach”)

  1. Pingback: „The Buried Giant” Kazuo Ishiguro – trzyskładnikowa recepta na sukces (oraz trzy słowa o „Nokturnach”) | Tu i tam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: