Śladami „Buddy z przedmieścia”

IMG_0038Kto czyta, nie błądzi – prawda to? A co, jeśli ktoś chce zabłądzić – powałęsać się w ślad za bohaterami po książkowych zaułkach. Jak sądzicie, ma to sens? Bywacie na takich wycieczkach?

Ja wybrałam się niedawno do Londynu , a prowadził mnie za rękę sam Hanif Kureishi. „Budda z przedmieścia” wystawał z kieszeni plecaka, był czytany w metrze, autobusie, pod wielkim dębem w parku. Trasa zgrała się idealnie z ostatnimi scenami, w których Karim krąży po tej samej co ja linii północ-południe w poszukiwaniu swojej metro-tożsamości.

Opracowałam przejazd i wsiadłam w pierwszy autobus, który zawiózł mnie w pobliże Victoria Road do południowej dzielnicy Bromley. Tam zaczyna się książka – Karim ma siedemnaście lat, nosi dzwony i kolorowe kamizelki, nienawidzi szkoły, mieszka w klitce na piętrze ciasnego szeregowca. Dokształca się (literacko, muzycznie) pod okiem Evy, kochanki ojca. Ma w życiu jasny cel – wyrwać się do „miasta”.

Póki co asystuje ojcu, emigrantowi z nobliwą hinduską przeszłością i marną angielską teraźniejszością, w wyprawie do domu Evy. I ja docieram do Beckham, tym samym co oni autobusem linii 227; w godzinie, kiedy złote popołudniowe światło podkreśla kontury zaledwie o rozmiar większych domów. Dla Karima to już wielki świat – przeprowadzi się z ojcem do jednego z nich, aby wkrótce znów zachcieć więcej. We właściwym kierunku pchnie go wściekle ambitna i kreatywna macocha. Wgapiona w telewizor, depresyjna matka zostanie na starych śmieciach.

Zawsze jest coś pomiędzy. W drodze z Bromley do Beckham Karim wyciąga ojca na piwo do kultowego pubu Three Tuns. Tutaj zaczęła się kariera Davida Bowie. Ja siadam naprzeciw, w Starbucksie, nad mrożoną kawą. Obserwuję przez frontowe okno sieciówkę Zizzi’s, która zajęła miejsce Three Tuns. W piątkowe popołudnie nadciąga do niej homogeniczna klientela. Mniej kolorowi niż kiedyś ludzie zasiądają przy stolikach, wyjmują smartfony. Ojciec Karima tutaj po raz pierwszy użył w obecności syna słowa „rozwód”. Karim upił się w mig i jeszcze tego samego dnia wsadził dłoń w spodnie swego przyszłego przyrodniego brata.

Może być gorzej? Stary przyjaciel ojca, Anwar, poślubił hinduską księżniczkę, prowadzą razem sklep z żywnością. Ich córka, Dżamila, dojrzewa szybciej niż Karim, widzi świat czarno-biało. Jeśli biały napada czarnego, trzeba wyjść i protestować, nie ma innej drogi. Karim wpada czasem do przyszywanego wujostwa na  hinduskie smakołyki, przygląda się ich wysiłkom połączenia tamtego świata z tym. No i sypia z przyszywaną kuzynką. To są jego Indie, w prawdziwych nigdy nie był.

Ja docieram do Penge ostrożniejsza, już z autobusu rozpoznaję (po zakładach fryzjerskich, jak to w Londynie), że należy tędy przejść bez zatrzymywania się. Wysiadam, skręcam przed samymi torami na prawo, w kierunku Penge East. Pod takim samym mostem pobili Czangeza, męża Dżamili, ale czy właśnie pod tym? Lepiej nie wiedzieć. Dżamila zorganizowała niedługo potem demonstrację przeciwko rasizmowi (Karim na nią nie dotarł, zajęty śledzeniem swojej kochanki na północy miasta). Idę cichą uliczką, zaczepia mnie facet: „Którędy do Penge West?”. Rzucam przez ramię, że tamtędy, prosto. „Co znaczy ‘tamtędy’?!”, warczy facet. „Co chcesz przez to powiedzieć!” Odpowiadam, że nie jestem stąd, ale na tyle cicho, aby nie usłyszał (na obrzeżach Londynu nie należy afiszować się z niebyciem stąd, takie czasy). Odchodzę szybko. Po drodze fotografuję nieczynny drewniany kościół z dużym napisem „msza w rycie trydenckim o 10:00”, chowam aparat i uciekam na stację. Na drzwiach poczekalni ogłoszenie sprzed pół roku, poszukiwani świadkowie zdarzenia – w pobliskim parku ugodzono śmiertelnie nożem młodego chłopaka; nagroda w wysokości dwudziestu tysięcy funtów.

W pociągu czytam dalej, zostało mi kilkanaście stron. Karim odwiedza Terry’ego w Brixton, komunę w Peckham, do której dołączyli Czangez i Dżamila. Podnoszę wzrok znad książki, pozdrawiam te miejsca uśmiechem.

Wreszcie przekraczamy rzekę. Muszę koniecznie poczuć się jak Karim – że tutaj, w Londynie Północnym, urosnę. Barron’s Court to dla mnie stare kąty, wychodzę na chwilę, pooddychać tym samym co oni powietrzem (nienajlepszym, prawdę mówiąc, tamto poniżej Tamizy zdrowsze). Nie wiem, którą kamienicę w West Kensington wybrała Ewa; robię spacer pod dom, w którym mieszkał jako student Mahatma Gandhi.

Karim był mulatem, musieli go smarować brązową pastą, zanim wyszedł na scenę zagrać Mowgliego. Sam niedostatecznie autentyczny, był niesamowicie wyczulony na pretensjonalność i fejk. Szybko się uczył. Zrobił karierę, zakochał się w dziewczynie z wyższcyh sfer. Zdobył świat (pojęcie względne, sprowadzone w książce do kostki lodu w cipce żony sławnego reżysera).

Do St. John’s Wood, w ten największy świat, docieram na końcu. Mijają mnie setki tysięcy funtów na czterech kołach, kolejne, zamienione w plastik, tkwią w grubych portfelach restauracyjnych gości. Po krótkim spacerze wyjeżdżam stamtąd onieśmielona. Karim szybko rozszyfrował tych ludzi. Bliżej mu było do arystokratki, za którą stała fortuna, preferującej sąsiedztwo Rasta-dilerów w Ladbrooke Grove. Przeżył przy niej pierwszą miłość. Sprawdził potem jeszcze, jak się zyskuje sławę w Nowym Jorku (to ona otwiera wszystkie drzwi, nie pieniądz). Powrócił jako styn marnotrawny – do rodziny, przyjaciół po obu stronach Tamizy.

Książka miała się nazywać „The Streets of My Heart”. Zbyt sentymentalnie, mniej chwytliwie, jasne, choć odpowiednio dla powieści tak bardzo geograficznej. Obaj bohaterowie, tytułowy Budda i jego syn, przemierzają ulice miasta, uczą się kochać – siebie, kobiety, Anglię. Razem dorastają. („Bardzo cię kocham. Razem dorastamy, naprawdę”, mówi ojciec do Karima.)

Ja tak nie powiem do mojego siedemnastoletniego syna, chociaż też dojrzewamy razem tutaj, w Londynie. On – nastolatek, emigrant w pierwszym pokoleniu, ja – pięćdziesięcioletnia matka. I wręczę mu książkę przed wakacjami, niech czyta! Niech błądzi razem z Karimem po mieście. Zadie Smith opowiada w przedmowie, jak jej pokolenie podczytywało „Buddę” pod szkolną ławą (seks!), ale dla niej było w powieści coś więcej, zachwyciła się, że to takie aktualne, choć Kureishi pisał w latach dziewięćdziesiątych o emigrantach z lat siedemdziesiątych. Ja mogę się spokojnie pod tym podpisać. Ja, emigrantka – wieczne dziecko. Tak, nie ma się co tego wstydzić ani wypierać.

A dziecko emigranta to nierzadko rodzic swoich rodziców. Syn dorasta w południowo-wschodnim Londynie. Mieszkamy na gruzach osiedla, które dosłownie zmielono, aby wykurzyć z niego ludzkie nieszczęście, biedę, przestępczość. Teraz już nie diabeł, lecz concierge mówi tutaj „dzień dobry” i „dobranoc”. Sąsiedzi spotykając się w windzie spuszczają wzrok na czubki butów za kilkaset funtów. Jest schludnie, bezosobowo, japiszońsko. Bezpiecznie. Z okien widać szkołę, położoną na granicy dwóch światów. Słuchamy czasem opowiastek syna o kolegach z różnych końców świata. Na przykład o Nepalczykach, których wywożono co roku do starego kraju. Nienawidzili tych podróży! Któregoś razu wrócili wygoleni na zero, z dziwnymi sznurkami, które będa nosić do końca życia. A więc tutaj dojrzewa syn. Ja go słucham, uczę się razem z nim. Zdarza się, że na moje żartobliwe komentarze reaguje ostro: „Nie bądź rasistką!”.

Kureishi to londyński skandalista, i geniusz. Uwielbiam jego filmy: „Moją piękną pralnię”, „Intymność”, ostatnio „Le Week-end”. Tykają w nich emocje niczym w bombach zegarowych. Czy jego synowie (ma aż trzech) napiszą coś kiedyś o dzisiejszym Londynie? O drugim pokoleniu emigracyjnym? Wychowali się na zachodzie miasta, na wschodzie tyka bomba. Inna już wybuchła – będzie Brexit. A może to jedna i ta sama.

Karim skarży się w ostatnich zdaniach na zamęt w swoim życiu – taki młody, zaledwie dwudziestolatek! Skarży? A może po prostu jest zmęczony Londynem! Jeśli tak, to i zmęczony życiem, tak tu mówią.

Ja też padłam na nos, kiedy wróciłam do domu po 22. Zadowolona, wycieczka miała sens. Geografia gra w życiu, tak jak w literaturze, niemałą rolę.

 

 

1 komentarz

One thought on “Śladami „Buddy z przedmieścia”

  1. Mnie za rękę prowadziła Kuncewiczowa. Po Kazimierzu Dolnym, jego uliczkach, rynkach, okolicznych wąwozach i nadwiślańskiej plaży. Ale to dzięki przecudnemu, magicznemu filmowi Andrzeja Barańskiego – bo najpierw obejrzałam film, potem dopiero przeczytałam książkę. Chodzi oczywiście o „Dwa księżyce”. Film widziałam chyba z pięć razy, książkę też czytałam parokrotnie. Wodzenie mnie po Kazimierzu dziś odbywa się rzadziej, lecz swego czasu – niemal co roku. 🙂

    Choć nie jestem emigrantką (trochę nie na temat wcisnęłam się w temat), chyba łączy mnie z Tobą „wieczna dzieckość”. 😉

    PS – „Moją piękną pralnię” też kiedyś widziałam!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: