Śladami „Buddy z przedmieścia”

IMG_0038

Victoria Road w Bromley, zdj. Z.M.

Kto czyta, nie błądzi. A jeśli przeczyta i zabłądzi, niech to będzie śladami stóp bohatera, z naśladowaniem jego życiowych idei, niekoniecznie pomyłek. Szlakiem miejsc, gdzie z biedy rodziła się nuda, a z nudy zauroczenie literaturą.

Z całego tego chaosu mógł się już tylko narodzić pisarz, na przykład taki jak Hanif Kureishi. 🙂

*

Wybrałam się niedawno na czytelniczą wycieczkę po Londynie, prowadzona za rękę przez samego Hanifa. „Budda z przedmieścia” wystawał z kieszeni plecaka, był czytany w metrze, autobusie, pod starym dębem w parku. Trasa zgrała się idealnie z ostatnimi scenami, w których Hanifowy Karim krąży po tej samej co ja linii północ-południe w poszukiwaniu swojej metro-tożsamości.

*

Opracowałam przejazd i wsiadłam w pierwszy autobus, który zawiózł mnie w pobliże Victoria Road do południowej dzielnicy Bromley.

Tam zaczyna się książka – Karim ma siedemnaście lat, nosi dzwony i kolorowe kamizelki, nienawidzi szkoły, mieszka w klitce na piętrze ciasnego szeregowca. Dokształca się (literacko, muzycznie) pod okiem Evy, kochanki ojca. Ma w życiu jasny cel – wyrwać się do miasta.

W pierwszych scenach, według ówczesnych standardów wybitnie podmiejskich, Karim asystuje ojcu – emigrantowi z nobliwą hinduską przeszłością i marną angielską teraźniejszością  – w wyprawie do Evy, na medytacje. Ja też docieram do Beckham tym samym co oni autobusem linii 227; wybieram godzinę, kiedy złote popołudniowe światło podkreśla kontury domów zaledwie o rozmiar większych od tych w Bromley. Dla Karima to już wielki świat – przeprowadza się wkrótce z ojcem do jednego z nich, aby za chwilę zachcieć więcej. We właściwym kierunku pcha go wściekle ambitna i niemniej kreatywna macocha. Wgapiona w telewizor, depresyjna matka zostaje na starych bromleyowskich śmieciach.

Zawsze jest coś pomiędzy. W drodze z Bromley do Beckham Karim wyciąga ojca na piwo do pubu Three Tuns. Tu zaczęła się lata temu kariera Davida Bowie. Siadam naprzeciw, w Starbucksie, nad mrożoną kawą. Jest obleśna, kostki lodu dryfują w niej niczym w mętnych wodach Tamizy. Obserwuję przez frontowe okno sieciówkę Zizzi’s, która zajęła miejsce kultowych Three Tuns. W piątkowe popołudnie nadciąga do niej homogeniczna klientela, odziana przeważnie w czerń i wgapiona w smartfony.

Tutaj ojciec Karima używa po raz pierwszy słowa „rozwód”, dając nim synowi pretekst do zatopienia żalu w piwie, a kilka godzin później dłoni w spodniach (przyszłego) przyrodniego brata.

Kolejne skandale? Ależ oczywiście. Stary przyjaciel ojca, Anwar, poślubiwszy hinduską księżniczkę, prowadzi razem z nią sklep spożywczy. Mają córkę, Dżamilę, która dojrzewa szybciej niż Karim, widzi świat czarno-biało. Gdy biały napada czarnego, Dżamila natychmiast wyciąga znajomych na uliczny protest antyrasistowski. Karim przy niej to wyluzowany gość – wpada czasem do przyszywanego wujostwa na hinduskie smakołyki oraz poprzyglądać się imigranckim wysiłkom połączenia tamtego, hinduskiego świata, z tym, londyńskim. I przespać się na deser z przyszywaną kuzynką. To są jego Indie, w prawdziwych nigdy nie był.

Ja docieram w okolice wujostwa, do Penge, kolejnym autobusem. Jeszcze z jego wnętrza szacuję (m.in. obserwując klientelę zakładów fryzjerskich), że lepiej będzie przejść tędy bez marudzenia, wyjmowania aparatu etc. Wysiadam i natychmiast skręcam na prawo, w kierunku Penge East, jeszcze przed mostem kolejowym. Pod takim samym pobito Czangeza, męża Dżamili, ale czy właśnie pod tym? Lepiej nie sprawdzać na własnym karku. Na bocznej uliczce zaczepia mnie facet: „Którędy do Penge West?”. Rzucam przez ramię, nie zatrzymując się ani na sekundę, że „prosto, tamtędy”. „Co znaczy ‘tamtędy’?!”, warczy właściciel pobrzękującej reklamówki. „Co chcesz przez to powiedzieć!” Nic nie chcę powiedzieć, a już na pewno nie przyznać się, że jestem nietutejsza (po referendum brexitowym informacji, skąd się jest, nie udziela się byle komu w bocznych ulicach Londynu). Oddalam się, zanim facet zdąży głębiej pomyśleć. I jednak wyjmuję aparat – nieczynnemu drewnianemu kościółkowi z dużym napisem „Msza w rycie trydenckim, niedziela, 10:00” nie potrafiłabym odpuścić. Zaraz za nim stacja, wtedy się rozluźnię. Na drzwiach poczekalni ogłoszenie sprzed pół roku: „Poszukiwani świadkowie zdarzenia – w pobliskim parku ugodzono śmiertelnie nożem młodego chłopaka. Nagroda za wszelkie informacje – dwadzieścia tysięcy funtów.”

W pociągu znów czytam, zostało mi kilkanaście stron. Karim odwiedza swojego lewicującego przyjaciela Terry’ego w Brixton oraz komunę w Peckham, do której dołączyli Czangez i Dżamila. Podnoszę wzrok znad książki, pozdrawiam te miejsca zza szyby. Ciągle półdzikie, niezmiennie kultowe. To Londyn, tutaj przeszłość i przyszłość mieszkają na tej samej ulicy.

Wreszcie przekraczam rzekę. Chciałabym koniecznie poczuć to co Karim – że w Londynie Północnym urosnę. Barron’s Court to dla mnie stare kąty, wychodzę na chwilę, pooddychać tym samym co mój bohater powietrzem (nienajlepszym, tak jest do dziś, tamto poniżej Tamizy zdrowsze). Nie wiem, którą kamienicę w West Kensington wybrała dla siebie, Buddy, syna-muzyka i pasierba-aktora macocha Eva. Spaceruję pod dom, w którym mieszkał jako student Mahatma Gandhi.

Karim to mulat, smarują go brązową pastą, zanim wyjdzie na scenę zagrać Mowgliego. Sam niedostatecznie autentyczny, jest niesamowicie wyczulony na pretensjonalność i fejk. Szybko się uczy. Robi karierę, zakochuje się w dziewczynie z wyższych sfer. Zdobywa swój wymarzony świat (pojęcie względne, które Kureishi sprowadza do kostki lodu w cipce żony sławnego reżysera).

Do St. John’s Wood, w świat szczytowych sław (nieco bardziej wtedy niż dziś), docieram na samym końcu. Mijają mnie setki tysięcy funtów na czterech kołach, kolejne, zaklęte w plastik, tkwią w grubych portfelach restauracyjnych gości. Po krótkim spacerze wśród wypasionych knajp wycofuję się na stację, onieśmielona. Karim też błyskawicznie rozszyfruje i opuści ludzi stąd. Bliżej mu do arystokratki preferującej na co dzień sąsiedztwo Rasta-dilerów w Ladbrooke Grove. Przeżyje z nią pierwszą miłość, zanim odleci, dosłownie i przenośnie, do NYC. Gdy odkryje, że za Oceanem sława, nie pieniądz, służy za otwieracz wszystkich drzwi, wróci. Tym razem nie nuda, lecz zwykła ludzka tęsknota za przyjaciółmi i rodziną przywiedzie go z powrotem nad Tamizę. Ładna lekcja na koniec powieści i na początek życia młodego człowieka.

*

Książka miała się nazywać „The Streets of My Heart”. Zbyt sentymentalnie, mało chwytliwie, choć trafnie dla powieści tak bardzo geograficznej. Budda i Karim przemierzając ulice Londynu, uczą się kochać – siebie nawzajem, kobiety, Anglię. Razem dorastają.

Bardzo cię kocham. Razem dorastamy, naprawdę.

– słyszy od ojca syn.

*

Ja tak nie powiem do mojego siedemnastolatka, chociaż tak się czuję – dojrzewamy razem w XXI-wiecznym Londynie. On – nastolatek, emigrant w pierwszym pokoleniu, i ja –  pięćdziesięcioletnia mama, która nie miała w jego wieku okazji przeczytać Kureishiego.

Zadie Smith opowiada w przedmowie, jak jej pokolenie podczytywało „Buddę” pod szkolną ławą (seks!). Ona, przyszła pisarka, znalazła w powieści coś więcej –  zachwycił ją uniwersalizm (Kureishi pisał w latach dziewięćdziesiątych o życiu emigrantów w latach siedemdziesiątych). Mogę się spokojnie pod tym podpisać. Ja, emigrantka – wieczne dziecko. Wręczę synowi „Buddę” przed wakacjami, niech czyta! Niech się gorszy. Mamy XXI wiek!

*

Syn dorasta w południowo-wschodnim Londynie. Mieszkamy na gruzach osiedla, które dosłownie zmielono, aby wykurzyć z niego ludzkie nieszczęście, biedę, przestępczość. Teraz nie diabeł, lecz concierge mówi tu „dzień dobry” i „dobranoc”. Sąsiedzi, jeśli się na nich nadziać w windzie, wgapiają się w czubki swoich butów za setki funtów. Schludność, bezosobowość, japiszoństwo. Bezpieczeństwo. Z okien mieszkania widać szkołę, położoną na granicy dwóch światów. Kiedyś czterej jej uczniowie zarąbali maczetą piątego.

Tak, syn chodzi do szkoły z całym światem. Lubię jego opowieści, na przykład tę o Nepalczykach, których wywożono co roku do starego kraju. Nienawidzili tych podróży oraz rodziców za zmuszanie do nich. Pewnego razu wrócili bez włosów, obwieszeni dziwnymi sznurkami, których nie wolno im zdjąć do końca życia. Tych chłopców nie znam osobiście, ale lubię innego kolegę syna, z błękitną czupryną na głowie i trzema szczurami na ramieniu. Uczę się, cały czas. Zdarza się, że na moje żartobliwe komentarze syn reaguje ostro: „Nie bądź rasistką!”. Dziecko emigranta bywa (częściej niż w innych rodzinach) rodzicem swoich rodziców. Karim bywa ojcem Buddy.

*

Kureishi to londyński skandalista i geniusz w jednym, tak samo jak jego autobiograficzny debiut. Poza ociekającym humorem „Buddą” uwielbiam filmy ze scenariuszami tego autora: „Moją piękną pralnię”, „Intymność”, ostatnio „Le Week-end”. Tykają emocjami niczym bomby zegarowe. Czy synowie Kureishiego (ma aż trzech) napiszą coś kiedyś o dzisiejszym Londynie? Wychowali się na zachodzie miasta, czy dociera do nich, że na wschodzie tyka wielka socjalna bomba? Jedna już wybuchła w całym kraju – będzie brexit. To wie każdy.

*

Karim skarży się w ostatnich zdaniach książki na zamęt w życiu – taki młody, zaledwie dwudziestolatek, i już zmęczony?! Za szybko dojrzał! Czy może miasto, które tak bardzo pragnął zdobyć, już go wykończyło.

*

Ja też padam. Zasypiam z myślą, że niczego sensacyjnego nie zdziałałam, odbywając wycieczkę śladami lektury. Powiedzieć, że geografia gra ważną rolę zarówno w życiu, jak i w literaturze, to banał. Można go wygłosić, nie ruszając się zza biurka. Że praktycznie wszyscy migrujemy, zewnętrznie, wewnętrznie, lokalnie, globalnie, bezustannie – to też wczorajszy news.

*

W ostatnich latach wyostrzył się inny objaw światowego zamętu – przychodzi nam się zdeklarować jako „wyrzucający” lub „wyrzucani”. W Londynie synów Kureishiego i mojego syna – to news dnia. Oby ich pokolenie dojrzało do tego, jak radzić sobie z takim światem. Nasze wydaje się zawodzić na całej linii.

 

Cytat pochodzi z Kureishi H., „Budda z przedmieścia” (Wydawnictwo Znak, Kraków 2015)

 

3 Komentarze

3 thoughts on “Śladami „Buddy z przedmieścia”

  1. Mnie za rękę prowadziła Kuncewiczowa. Po Kazimierzu Dolnym, jego uliczkach, rynkach, okolicznych wąwozach i nadwiślańskiej plaży. Ale to dzięki przecudnemu, magicznemu filmowi Andrzeja Barańskiego – bo najpierw obejrzałam film, potem dopiero przeczytałam książkę. Chodzi oczywiście o „Dwa księżyce”. Film widziałam chyba z pięć razy, książkę też czytałam parokrotnie. Wodzenie mnie po Kazimierzu dziś odbywa się rzadziej, lecz swego czasu – niemal co roku. 🙂

    Choć nie jestem emigrantką (trochę nie na temat wcisnęłam się w temat), chyba łączy mnie z Tobą „wieczna dzieckość”. 😉

    PS – „Moją piękną pralnię” też kiedyś widziałam!

    Polubione przez 1 osoba

    • Minęło trochę czasu, jestem tu znów, bo wzmiankują ciekawie o autorze „Buddy” w „Guardianie”.

      Ty na Litwie, a ja myślami daleko, wśród winnic wendyjskich. 🙂 To byłaby dopiero wycieczka, a film – ha! Marzy się… 🙂

      Następny tekst będzie pewnie o tym – o „Cierpkich gronach” Zofii Mąkosy.

      Polubienie

  2. Właśnie wróciłam do moich nadariańskich gron po kolejnym wodzeniu i uwodzeniu mnie. Sandomiersko („Widnokrąg” ) – kazimiersko („Dwa księżyce”) – litewskim.

    Tak uczyń. Koniecznie! 🙂 Napisz o „Cierpkich gronach”.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: