„Pelunia” Hanny Bilińskiej-Stecyszyn, czyli wspomnień czar

 

Pelunia

Twoja pamięć mnie oszołomiła, a jeszcze bardziej narracja malująca obrazy z przeszłości z taką swobodą i tak barwnie, że czyta się tekst na jednym oddechu – tak jak słucha się fantastycznej symfonii.”

Agnieszka Duczmal o książce Małgorzaty Kalicińskiej „Fikołki na trzepaku”

Haniu, takiego blurba napisałabym na okładkę Twojej „Peluni”, gdybym była znaną pisarką/reżyserką/dyrygentką. Niestety, jestem tylko Zuzą. Niemniej, odkąd pierwszy raz sięgnęłam po „Pelunię” wiosną 2014, nigdy o tej pięknej mini-powieści nie zapomniałam, co więcej, na bazie jej lektury zrodziła się nasza przyjaźń. Ktoś tak piszący ma wielkie serce i piękną duszę, pomyślałam sobie wtedy. Do dziś zdania nie zmieniłam.

Pozwól, że posłużę się jeszcze jednym blurbem, gotowcem, tym razem autorstwa Joanny Laprus-Mikulskiej

Kalicińska z właściwą sobie lekkością tka portret rodzinny, ale jest też czujnym obserwatorem zdarzeń i wrażeń, odnotowującym PRL-owską rzeczywistość z kronikarską wręcz pieczołowitością.”

Wymienić Kalicińską na Bilińską i jedziemy z tym koksem.
Haniu!
Nie umiem pisać recenzji. Kto pisze recenzję, zwracając się z imienia do autora, i to książki jeszcze nie wydanej, ba!, leżącej w szufladzie od kilku lat?!
To jest zaledwie zbiór moich wrażeń, które pomogą w stworzeniu notki do wydawców. Oto one:
Hania jest z zawodu polonistką. Wielu z nas korzysta z jej nieocenionych usług korektorskich. Sama pisze bezbłędnie (w 99,99%), czego można tylko pozazdrościć. Posługuje się barwnym językiem, nie brak jej poczucia humoru, zdrowego podejścia do rzeczywistości. Wszystko to odbija się w tekście, który czyta się gładko i naprawdę trudno jest go odłożyć. Pozwólcie, że przytoczę pierwszy fragment, o rodzeństwie Peluni:

Zenon żył najkrócej z rodzeństwa. Zmarł jako dziecko. Był chorowity i nie całkiem sprawny umysłowo. Podobno dlatego, że jako niemowlę wypadł matce z rąk na podłogę. Miał słabe serce. Któregoś dnia bardzo przestraszył go pies, który nagle wyskoczył z bramy – i serce biednego malca nie wytrzymało.
Ach, te poznańskie zgrubienia! Pelunia wspominała brata zawsze tylko jako Zenona, nigdy nie używała zdrobnienia. Terecha, Czecha, Eda. Nawet koleżanka z sąsiedztwa, Leokadia, częściej zwana była Lochą niż Lodzią.
Aczkolwiek nie zawsze owo zgrubianie było normą obowiązującą. O Marii na przykład, siostrze Peluni, prawie nie słyszałam, żeby była Marychą. Może dlatego, że – jak kiedyś wytłumaczyła mi Pelunia – „Maria to jest najpiękniejsze imię kobiece, bo tak miała na imię matka Pana Jezusa”. Jakże więc można było bezcześcić to imię zgrubianiem go? Co najwyżej młodszą siostrę Peluni nazywali Marylą, Marytą lub Marytką, a dla mnie była ciocią Marylką.
Ciocia Marylka była ładną i inteligentną kobietą, pogodną i uśmiechniętą. Przynajmniej ja zawsze ją taką widywałam. Przez wiele lat pracowała jako magazynierka w poznańskiej Fabryce Pomocy Naukowych, miała niesamowitą pamięć do liczb, faktów i dat. Dużo czytała, lubiła chodzić do kina. Pamiętam, jak z zachwytem opowiadała mi o filmie z Judy Garland „I dalej będę śpiewać”. Lubiła też sobie golnąć kielicha i kiedy przyjeżdżała do nas w odwiedziny, z dworca zwykle pomagał jej nieść walizkę „jakiś przystojny wojskowy”, a tato Bilinek zawsze czekał na nią z dobrą wódeczką.

Żal przerwać, prawda? Ja już lubię ciocię Marylkę, już mnie nią Hania zaintrygowała. Zgrabnie napisane, jest nawet dreszczyk emocji. Ludzie, o których pisze Hania, nabierają kolorów w kilku raptem zdaniach, bez przynudzania, rozwodzenia się o szczegółach, co we wspomnieniach o rodzinie bywa kłopotliwe – skłonność do nadmiernej szczegółowości i egzaltacji, bo to uczucia, emocje, inne cuda-wianki. Tutaj jest zwięźle i… uroczo.

Pelagia Bilińska de domo Framówna (lub Franówna, o czym mówi osobny rozdział) urodziła się w 1919 roku. Hania gawędzi o jej dzieciństwie, młodości, długim życiu, ktróre rozciągneło się na cały prawie wiek XX i zahaczyło o XXI. Ciekawe czasy. Podziwiam pamięć Hani i rzetelność w przekazywaniu faktów z życia mamy.
Powieść ma bardzo przyjemną w odbiorze konstrukcję. Nie zaczyna się wcale od dnia urodzin Peluni, lecz od ciekawego opisu jej niezwykłej cechy fizycznej, która przywiązuje nas do sympatycznej bohaterki i przewija się potem przez resztę tekstu. Bardzo moim zdaniem udana strategia na ubarwienie wspomnień o bliskiej osobie.
Pelunia pochodziła z Poznania, ale większość akcji powieści, a zarazem jej życia, rozgrywa się w Gubinie, gdzie spędziła dzieciństwo i wczesną młodość Hania. Dla jej mamy Gubin to z poznańska „huby” (moje wolne tłumaczenie: zadupie…?). Gwara poznańska przewija się oczywiście przez cały tekst, i myślę, że nie tylko dla mnie, czytelniczki związanej z Poznaniem, ale i dla każdego, kto lubi poznawać słownictwo i obyczaje z innych części Polski – nie braknie lokalnych smaczków. „Być na fleku, „myć statory”, „palić ćmiki”, słynne „nie bumbej mi w te klape”, czy wreszcie „jaja z mąkum” i „pyrki z gzikiem” – to tylko niektóre z nich. Zresztą kulinarne wrażenia ze stołu państwa Bilińskich, opisane bardzo soczyście przez równie dobrą jak jej mama gospodynię Hanię, to wielka zaleta książki. Mnie ślinka pociekła niejednokrotnie w czasie czytania!
I ten humor! Pozwólcie, że przytoczę kolejny fragment, tym razem o narodzinach Hani:

Według rodzinnej anegdoty Bilinek na wieść, że ma córkę, ponoć ze szczęścia tak dał w palnik, aż w urzędzie, gdzie miał mnie zapisać jako Annę, pokręcił imiona i dlatego na imię mam Hanna. Tę zabawną wersję wolę, prawda jest jednak inna. Miałam być Anną, bo takie było życzenie babci Stanisławy, jednak Pelunia jeszcze w szpitalu, zaraz po porodzie, zdecydowała się na zmianę. Akurat dużo się wtedy urodziło dziewczynek i widocznie imię Hanna było modne. Mama opowiadała: „Słyszę, tu jedna pani mówi, że córeczkę ochrzci Hanna, tu druga tak samo, spodobało mi się i ja też cię postanowiłam tak nazwać”.
Bardzo lubię swoje imię i wiele razy to mamie mówiłam. Sprawiało jej to przyjemność, a kiedy była już staruszką, tę historię imienia wciąż pamiętała i często zaczepiała mnie tekstem: „Hania… Jakie ładne imię. Kto ci je dał?”, a ja odpowiadałam: „Ty, mamusiu. Wprawdzie opowiadałaś mi już o tym sto razy, ale opowiedz raz jeszcze” i Pelunia z dumą kolejny raz snuła tę opowieść.

Wesoło i wzruszająco – dwa w jednym. Cała Hania, cała Pelunia!
I tutaj kolejny fragmencik, o tym, jak ciężarna po raz drugi Pelunia zdobyła większe mieszkanie:

Pelunia – z brzuchem już pod sam nos – i ta jej koleżanka wzięły z sobą siekierę i trochę rzeczy z domu. Do mieszkania normalną drogą wejść już nie mogły, więc wybiły znajdujące się w drzwiach szklane okienko i ta Zosia wcisnęła się przez nie do środka. Ponieważ nie potrafiła sobie poradzić z zamkiem, zaczęła weń walić siekierą i wreszcie jakoś udało się otworzyć drzwi. Żeby przypieczętować rozpoczętą w ten sposób przeprowadzkę, pownosiły drobne sprzęty i Pelunia powiedziała, że już się stamtąd nie da ruszyć.
I rzeczywiście się nie dała. Odgłosy tego włamania zwróciły czyjąś uwagę, być może sąsiad powiadomił władze, w każdym razie ten ubek dość szybko się tam zjawił. Próbował interweniować, ale Pelunia była tak zdeterminowana, że z krzykiem: „To jest moje mieszkanie i proszę stąd wyjść!”, napierając na niego tym swoim ciążowym brzuchem, krok po kroku wypchnęła go za drzwi. Kiedy tato wrócił z pracy, już było po wszystkim. Pozostało im tylko czekać na ewentualną interwencję milicji, z nadzieją wszakże, że kobiety w zaawansowanej ciąży nikt nie będzie szarpał i wyprowadzał siłą.
Wszystko skończyło się dobrze. Ubek z Poznania okazał się przyzwoitym człowiekiem i po tym zajściu nie rościł żadnych pretensji.

Hania opisuje nawet najdawniejsze historie z niezywkła dbałością o szczegóły. Niewątpliwie ułatwia jej to doskonały warsztat językowy, ale i taka sama pamięć:

Ach, te jej krawieckie dzieła! O tych najważniejszych koniecznie muszę napisać. Jednym z tych najlepiej przeze mnie zapamiętanych było letnie wdzianko, coś w rodzaju garsonki, którą Pelunia uszyła swojej mamie. Zostało wykonane z delikatnego jedwabiu, brązowego w niewielki biało-zielono-żółty wzorek. Dzieło – eleganckie, rzadko noszone – powstało przed wojną albo niedługo po niej. Na pewno z czasów przedwojennych pochodziły guziki, na które zapinała się góra tego kompletu, śliczne żółte „grzybki”. Garsonka po śmierci babci przetrwała długie lata w naszej gubińskiej szafie i kiedy byłam na studiach, mama, zgodnie z zasadami mody „retro”, wyczarowała mi z niej piękną bluzkę. Koleżanki pożyczały ją ode mnie na randki. Pod szyją była wiązana na kokardę z długimi końcami, miała marszczone tuż nad łokciem lekko bufiaste rękawki i oczywiście zdobiły ją te żółte przedwojenne guziczki. Bluzkę nosiłam potem jeszcze długo na ważniejsze okazje, zniszczyła się, wyrzuciłam ją w końcu – ale jeden z tych żółtych guziczków przechowuję do dziś.

Od razu mam przed oczami Hanię w bluzeczce z bufiastymi rękawkami i legendarnymi guziczkami. Wy nie?
Hania opisuje z wdziękiem i miłością osobowość swojej mamy. Nastawienie życiowe Peluni dobrze oddaje zdanie, które wpisała córce do pamiętnika: „Śmiej się przy ludziach, płącz tylko w ukryciu, bądź lekka w tańcu, lecz nigdy w życiu.”
Pelunia taka właśnie była. Miło się o tym czyta. Kochała muzykę, świetnie gotowała, starannie wychowywała dzieci, dbała o męża. Tak zwyczajnie, a jednak tak dobrze i niezwyczajnie żyła. Ile dzisiejszych kobiet roztacza wokół siebie tyle ciepła i miłości? Tak, czasy się zmieniły. Warto sobie przypomnieć, jak to kiedyś bywało, jakże inaczej ludzie osiągali szczęście osobiste, rodzinne…
Pelunia starała się iść z duchem czasu. Posłuchajcie:

Piosenki mojej bardzo wczesnej młodości, czyli tak zwany big-beat, to już nie była jej bajka. Ona się wzruszała przy szlagierach Fogga, Marty Mirskiej czy nieco później – Ireny Santor, Haliny Kunickiej. Piosenki, których słuchałam, najłagodniej mówiąc, nie budziły w niej entuzjazmu, a widok długowłosych mężczyzn w dziwnych fatałaszkach tym bardziej. Kiedy w 1967 roku Niemen zaśpiewał w Opolu „Dziwny jest ten świat”, a Skaldowie „Uciekaj, uciekaj” i ja omal nie umarłam z zachwytu, rodzice byli znacznie powściągliwsi i krytyczni. Tato Bilinek wręcz używał epitetów w rodzaju „wyjec” i „kudłacz”. A jednak radio wciąż grało w naszym domu i sączyło do ich uszu tę muzykę. Któregoś razu, już po latach, usłyszeliśmy z mężem, jak Pelunia nuci sobie piosenkę Republiki: „Nie wyrwę się, nie wyrwę się, to jedno wiem, wiem, wiem…”!

Nie brakuje w książce Hani rodzinnych anegdot, które śmieszą, o czym już wspominałam. O tym na przykład, jak to babcia Stanisława powiedziała w kolejce „u rzeźnika” do babci Julianny: „Mój syn się z pani córką nigdy nie ożeni.” Ale są i rodzinne tajemnice, jak ta o wizycie na starym cmentarzu gubińskim i nagrobku z napisem „Maria Bilińska”.
Nie znam osoby, a kilku moich znajomych namówiłam do czytania, która nie zachwyciłaby się Pelunią, nie rozpłakała co najmniej pod koniec czytania. Tak czaruje czytelników Hania:

Mijały lata, wspomnienia blakły i już coraz słabiej Pelunia przypominała sobie przeżycia z młodości. Ale wciąż od czasu do czasu pomocą służyły jej sny. Widywała w nich znajomych z dawnych lat, męża, teściową… No i tę swoją pierwszą miłość. Któregoś razu jesienią, podczas ostatniego u mnie „turnusu”, oznajmiła mi: „Śnił mi się Florek” i dodała po chwili z uśmiechem, jakby usprawiedliwiając się: „ E, takie tam głupoty”.

Cóż więcej dodać? Mądra, czuła kobieta pisze o swej ukochanej mamie. Naprawdę warto jej wspomnienia przeczytać, ale najpierw trzeba je opublikować. Obiecałam Hani, że się tym zajmę, i słowa dotrzymam. Na półkach księgarnianych stoją dzieła o podobnym przekroju, poziomie, znajdzie się miejsce i dla „Peluni”, jestem tego pewna!

Ech, co tam! Jeszcze Nina Terentiew, o „Hani Bani”:
Ta piętnasta książka Hanny Bakuły jest nie tylko tak samo ciekawa i zabawna jak poprzednie, ale równie niezwykła jak Hania Bania, jej autorka i bohaterka. A dla mnie to po prostu Bakusia, ponieważ mam przyjemność przyjaźnić się z nią więcej lat niż ma główna boahterka. Polecam tę lekturę wszystkim, którzy lubią się śmiać.”
Ty jesteś moją przyjaciółką zaledwie i aż od roku, Han. Za to… ile jeszcze lat przyjaźni przed nami! Książek pewnie nie napiszesz piętnastu – nigdy w życiu! – za leniwa na to jesteś… jak sama o sobie lubisz mówić, wolisz siedzieć w swoich Lubiniewicach i pierdzieć w stołek. Ale jeśli uda się opublikować „Pelunię”, myślę, że kilka z powodzeniem z siebie wyciśniesz. A „Pelunię” powinni przeczytać wszyscy, którzy lubią się śmiać i PŁAKAĆ. I kochają swoich rodziców, choć nie każdy umie o tym tak pięknie mówić. A nawet Ci, którzy mieli niełatwe relacje rodzinne, znajdą w „Peluni” ukojenie i kropelkę nadziei. Polecam gorąco!
P.S.
Mam pomysł! Dla wydawców marudzących, że „Pelunia” objętościowo ciut nędzna (wiem, że powstają kolejne rozdziały, więc jest dobrze), napiszesz część drugą pt. „Hania”. Po prostu.

P.S.2 (dla najbardziej wytrwałych, jak zwykle 🙂 )

Hania napisała dwie inne powieści: „Balladę” i „Maski”. Obie czytałam, obie można z powodzeniem pchać do wydawców. Ale zacząć należy od „Peluni”!

P.S.3

Wiem, wiem, pozwalam sobie na zbyt wiele – szyk zdań ma się tak jak moje emocje. Wariuje, kiedy to piszę. Przepraszam!

1 komentarz

One thought on “„Pelunia” Hanny Bilińskiej-Stecyszyn, czyli wspomnień czar

  1. Hania… Zuza,

    Trzymam kciuki za sukces Pelunii.
    Miałam zaszczyt przeczytać tę opowieść dość dawno temu. Uroniłam nad losami Pelunii nie jedną łzę. Przeżyłam z bohaterką kawał historii. Jednak chylę czoła przed autorką. Takiej pamięci mogę tylko pozazdrościć.
    Powodzenia!
    Kasia Sikora

    P.S. Wydawco, jeżeli nie opublikujesz tej opowieści Ty, zrobi to konkurencja. Więc, radzę, nie trać czasu na wahanie.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: