It takes a village to kill a man

The morning of June 27th was clear and sunny, with fresh warmth of a full-summer day; the flowers were blossoming profusely and the grass was richly green. The people of the village began to gather in the square, between the post office and the bank, around ten o’clock; in some towns there were so many people that the lottery took two days and had to be started on June 26th (…)

Shirley Jackson

W równie sympatyczny, czerwcowy poranek Shirley Jackson odprowadziła najstarszego syna do przedszkola. W drodze powrotnej zrobiła zakupy. Wrzuciła je do wózka, obok dwuletniej córeczki. Dźwigała ze sobą jeszcze jedno dziecko, które miało się dopiero urodzić. Kiedy dotarła do domu na wzgórzu, w zacisze przedmieścia North Bennington, odstawiła córkę do kojca i zasiadła przy biurku. Wystukanie na maszynie „Loterii” zabrało jej dwie godziny, przyniosło miano jednej z najbardziej czytanych i dyskutowanych autorek amerykańskich XX wieku.

Następnego dnia agentka Jackson wysłała „Loterię” do New Yorkera, o czym powiadomiła autorkę w krótkiej notatce, dodając, że do jej obowiązków nie należy polubienie dzieła.

Decyzja o publikacji zapadła niemalże jednomyślnie. Wydawca przyznał co prawda, że nie do końca rozumie, o co chodzi w fabule, i poprosił Jackson o wyjaśnienie (również w imieniu czytelników, gdyby miał ich spotkać ten sam kłopot). Jackson odmówiła. Podczas redakcji zaproponowano jedną zmianę – daty, która pojawia się w pierwszym akapicie, na zgodną z terminem ukazania się tygodnika.

„To nie jest moje pierwsze ani ostatnie publikowane opowiadanie, ale powtarzano mi wielokrotnie, że nawet gdyby było jedyne, nie zabrakłoby ludzi, którzy nie potrafią zapomnieć mojego nazwiska” – powie kilka lat później Jackson.

Dzisiaj, 26 czerwca 2018, mija dokładnie 70 lat od publikacji „Loterii”.

Już w ostatnich dniach czerwca pierwsi czytelnicy zdążyli wycofać się z prenumeraty pisma, później dołączyli kolejni. New Yorker stracił setki abonentów. W nadchodzących do redakcji listach nazywano „Loterię” bezsensowną, straszną, przerażającą, perwersyjną. Fala hejtu trwała całe lato. Listonosz przestał się odzywać do Jackson, matka poradziła jej, aby napisała coś „ładniejszego”. Pisemne słowa uznania wyraziło trzynaście osób – wszyskie należały do grona przyjaciół autorki.

Co takiego napisała w „Loterii”?

Dziesięć stron, a na nich sami swoi. I wszystko po staremu. Wystarczy, żeby żyć. Jeść, pić, pracować, kochać się, czasem się pośmiać. Ci tutaj śmieją się całkiem często. Jak to w dobrej historii – humor, choćby najczarniejszy, wzmaga apetyt na kolejne akapity. Lecz nagle miny rzedną, ubożeje animacja. Jakby czarna zasłona spadła na tłum trzystu wieśniaków. Strach?

Porażają skrajności, przychodzi siłować się z tym obok. Ten, Który Brał Udział W Wielu Loteriach, przywołuje pozostałych do porządku. Tradycja to świętość i tak ma pozostać. Ta, Która Się Spóźniła oraz Tamta, Która Pełni Rolę Głowy Rodziny – chciałyby łamać zasady. Kobiety. No i małżeństwo Adamsów – Tych, Którym Coś Podszeptuje. Chcieliby się sprzeciwić, odwołać loterię, jak to czynią (podobno) inne wioski. Adamsowie – wioskowi Adam i Ewa?

Detalami zajmuje się pan Graves. Doprowadza wszystko do… końca. Drobną rękę najmłodszego członka rodziny – do czarnego pudła, po Los. Tej, Która Wygrała (chociaż to najgorsza z możliwych wygranych), Graves wyrywa los z dłoni, taki papierowy, przez małe „l”. Tym przez duże „L” zajmą się za chwilę sąsiedzi i krewni. Bo tutaj matka sprzeda własną córkę, żona męża, nie wspominając o najlepszej przyjaciółce.

Uwinęli się w porę, słońce ciągle wysoko. Jeszcze chwila i wrócą do innych obowiązków. To tylko jeden z wielu tego dnia. Życie płynie dalej.

Jackson kończy historię w momencie, kiedy leci pierwszy kamień. Nie szokuje opisem zabójstwa. Żadnych brutalnych scen. To, co dzieje się w głowach wieśniaków, i w naszych, czytelniczych, wystarcza.

Proszono redakcję tygodnika o adres wioski – ludzie pragnęli z całego serca pojechać gdzie trzeba, zobaczyć na żywo opisany rytuał.

Stanley Edgar Hyman zakochał się w Shirley Jackson , przeczytawszy jedno z jej pierwszych opowiadań, w czasach, kiedy oboje studiowali na Syracuse University. Oświadczył, że ożeni się z autorką, i słowa dotrzymał. Zamieszkali w Bennington, gdzie on objął posadę wykładowcy na uczelni. Jackson męczyła się w roli „profesorowej”. W bukolicznym krajobrazie uniwersyteckiego miasteczka pozostała do końca swoich dni outsiderką. Hyman cieszył się opinią szanowanego krytyka literackiego, ale to Jackson zarabiała więcej od czasu publikacji „Loterii”. Zabierał jej pensję. Zdradzał żonę ze studentkami. Wynegocjował zgodę na małżeństwo otwarte. Jackson borykała się z depresją, pisała równocześnie kilka pamiętników, pod różnymi wcieleniami, używała kilku imion w zależności od nastroju (dwubiegunowość? schizofrenia?). Zmarła w wieku 48 lat, udręczona znaczną nadwagą i używkami, na serce.

Zostawiła po sobie kilka powieści i około dwustu opowiadań.

O samej „Loterii” napisano tysiące stron. Ja miałam szczęście trafić na wielkiego fana autorki, doktora Tomko, uczęszczając na kursy Writing Composition 101 i 201. To on sprawił, że wybrałam się z rodziną na wycieczkę do Bennington. Z letargicznej mieściny w Vermont pozostało wspomnienie białych murów wśród morza zieleni.

W 1996 zrobiło się znów głośno o Jackson – Hyman opublikował znalezione w stodole opowiadania żony, ukazał się tomik „Just an Ordinary Day”. W 1997 napisałam pracę semestralną „Shirley Jackson’s Voice against Violence”, z której przepisuję fragmenty do dzisiejszego postu. Widzę w niej sporo błędów, starsza o parę lat i zaprawiona w boju działalnością w Jmtpt 🙂 . Doktor Tomko uznał moją pracę za na tyle dobrą, aby wystawić ją w jakimś międzyuczelnianym konkursie literackim. Niczego nie wygrałam, ale miłość do twórczości Shirley Jackson i fascynacja „Loterią” pozostały do dziś.

Jako studentka pytałam, jak to możliwe, że byle drobiazg może wywołać lawinę konsekwencji. I czemu nie wyrzucić czarnej skrzynki na losy, sfatygowanej i zużytej. Mieszkańcy mówią, że trzeba zbudować nową, by pociągnąć tradycję. Jedni zabijają własnoręcznie kobietę, inni psa (pisałam o kilku opowiadaniach) – wszystko jedno, byle razem. Tak działa dynamika grupy. Potem będą się borykać ze zbiorową winą, która scali ludzkie stado równie silnie, jeśli nie bardziej niż przeżywana wspólnie miłość.

Przerażała mnie wtedy, tak jak i dziś, świadomość, że coś takiego może się zdarzyć gdziekolwiek, kiedykolwiek. Czytelnicy chcieli koniecznie wiedzieć, że to nie o nich. Męczyła ich niepewność. Może autorka odpowiedziała na horrory minionych wojen? Mąż Jackson był Żydem. Czy wzięła rewanż na sąsiadach – żyła w prowincjonalnym piekiełku, gdzie czuła się niezrozumiana, izolowana. Była inna, od zawsze; interesowała się magią, dawnymi rytuałami. Napisała co prawda dwa fabularyzowane tomiki o życiu rodzinnym, lekkie i dowcipne, wiedząc, że tego oczekiwano najbardziej w połowie ubiegłego stulecia od piszących kobiet – lekkiego pióra i równie lekkich tematów.

W „Loterii” dzieci zbierają kamyczki, na później. Konformistyczni dorośli prześcigają się w wypełnieniu obywatelskiego obowiązku. Pani Delacroix, która reprezentuje chrześcijan, sądząc po nazwisku, sięga po największy kamlot. Zachęca pozostałe kobiety, aby brały z niej przykład. Szybciej się uwiną, będzie spokój.

A może to krytyka władzy? Reprezentuje ją stary zrzęda, który nie wyobraża sobie świata bez loterii, oraz jowialny grubas, pilnujący całości. Ile trzeba, by się tym dwóm sprzeciwić? Tłumowi brak rozumu, odwagi. Zamiast tego popada z łatwością w kolektywną nienawiść. Czyli krytyka demokracji. Większość nie zawsze ma rację!

Fundamentalne prawdy, przestrogi dla ludzkości, aktualne wtedy i dziś. Na podstawie „Loterii” nakręcono kilka krótkich filmów, powstał nawet balet. Homer Simpson w „Dog of Death” kupuje jedną kopię, gdy pojawia się szansa wygranej w loterii stanowej, a on nie wie, jak zagrać. Z tej książki raczej się nie dowie. Wrzuca ją do kominka, nieźle wkurzony.

Mnie przypomniało o „Loterii” pewne opowiadanie, opublikowane w grudniu 2017 w New Yorkerze – „Cat Person”. Wywołała burzę porównywalną do tej sprzed 70 lat. Wydawcy zacierali ręce, czytelność tygodnika wzrosła. Autorka, Kristen Roupenian, otrzymała ponad milion dolarów zaliczki na poczet pierwszej większej publikacji. Mówi się, że udało jej się dotknąć w „Cat Person” problemów fundamentalnych, znaczących dla naszych czasów. Tym razem ja wkurzyłam się niczym Homer. Ale to już zupełnie inna historia.

SJ01

Korzystałam z New Yorkera, mojej pracy semestralnej i kilku źródeł na Internecie. (m.in. The Guardian). Tytuł odnosi się do starego afrykańskiego przysłowia „It takes a village to raise a child”.

Twórczość Shirley Jackson

Powieści

  • The Road Through the Wall (1948) inny tytuł: The Other Side of the Street (1956)
  • Hangsaman (1951)
  • The Bird’s Nest (1954)
  • The Sundial (1958)
  • The Haunting of Hill House (1959) inny tytuł: The Haunting (1999) – Nawiedzony
  • We Have Always Lived in the Castle (1962) – Zawsze mieszkałyśmy w zamku
  • Come Along With Me (1968)

Zbiory opowiadań

  • The Lottery, or, The Adventures of James Harris (1949) inny tytuł: The Lottery (1949) – Loteria
  • Come Along With Me (1968)
  • Just an Ordinary Day (1997)
  • Shirley Jackson: Novels and Stories (2010)
  • The Tooth (2011)
Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: