Szkoła rodzenia, czyli wspomnień czar

crafty-funny-green-haha-pregnant-Favim.com-429597

 

 

SZKOŁA RODZENIA

Spotkałam się z dużo młodszą koleżanką, Malwinką, na kawie.

– Malwinko, kochanie, więc kiedy masz termin? – spytałam, wpatrując się, nie bez przyjemności, w wypukły, ukryty pod łądną sukienką brzuszek.

– Termin cesarki? No więc wybraliśmy taki, że jeszcze się załapiemy na urodziny teściowej, a po Jarek akurat dostanie długi urlop i będzie super – odparła Malwinka, zanim wepchnęła do buzi spory kawałek tortu.

– Aa, no tak, wy to teraz tak organizujecie..

– Jakie „wy”? Co „wy”? Nie zaczynaj znowu z tymi podziałami!

– Nie gorączkuj się, kochanie, ja chciałam tylko napomknąć, że za naszych czasów było zupełnie inaczej..

– O! O! Właśnie to! Za naszych czasów! Wy się tak zachowujecie, jakby te wasze czasy były nie wiadomo jak dawno i Bóg wie jakie ważne. No i jak było za tych waszych czasów? – Malwina zawiesiła na mnie zaciekawione, oderwane od ekranu smartfona spojrzenie.

– Chcesz naprawdę wiedzieć? No więc posłuchaj…

Za moich czasów lekarz mówił ci, kiedy masz termin porodu. I nie było zmiłuj się. Się czekało. I planowało wokół tego terminu. Ja miałam na przykład w czwartek. Mąż wrócił z poniedziałkowej delegacji późnym wieczorem. Rzucił się do łóżka, żeby odespać. A mnie akurat wtedy chwyciły bóle. Nieplanowane takie. Leżałam więc obok niego, jęczałam sobie cichutko i powtarzałam „wytrzymaj jeszcze trochę, jeszcze godzinkę, niech się kotek wyśpi..”

– No ale jak? Bóle porodowe miałaś?! I nie wrzeszczałaś? – przerwała mi Malwina.

– Właśnie tak. Żeby się mój kotek mógł wyspać. Całą noc tak sobie leżałam, wytrzymałam do szóstej rano. Ale o szóstej jak nie ryknęłam… „Ja muszę do szpitala!!! Rodzę!!!”, to za piętnaście minut już w samochodzie byliśmy. To znaczy właściwie nie. Ja usiadłam na krawężniku pod klatką schodową i czekałam, a Mąż pobiegł po malucha!

– Ach, więc to nie był twój pierwszy poród? – w głosie Malwiny wyczułam rozczarowanie.

– Był, kochana, był. Maluch to był taki samochód. Malutki, więc maluch. No i mąż pognał po tego malucha, na parking nieopodal bloku. Widziałam go przez skwerek. Ale mieliśmy pecha, bo maluch akurat tego ranka nie chciał zapalić.

– Ale mieliście drugi samochód?

– Nie, kochana, nie. Mieliśmy tylko jeden. I sposób na niego był taki: mąż go zapychał pod małą górkę przy garażach, wsiadał szybko i spuszczał się, i wtedy maluch najczęściej zapalał. Ale tego dnia jakoś nie chciał. Ja siedziałam, wyłam z bólu, czekałam, i nic. Sąsiadka akurat wychodziła z bloku i pyta: „Co się stało? Mogę pani w czymś pomóc?”. A ja na to krótko, pomiędzy sapnięciami: „nic…nic…ja rodzę!”. Spojrzała na mnie jak na wariatkę i poszła. W końcu maluch zapalił. Zajechaliśmy do szpitala, pędem na izbę przyjęć, i stamtąd na porodówkę. Tylko mojego lekarza trzeba było jakoś znaleźć, tego, u którego byłam prywatnie. Bo wtedy tak było bezpieczniej… Na szczęście Doktor Puszka-Małczyński właśnie zaczynał dyżur, więc znalazłam się w dobrych rękach.

– A mąż czekał z kamerą w sali porodowej? – przerwała Malwinka z wypiekami na ślicznej buzi.

– Mąż? Ale gdzie tam! Mężą zobaczyłam dopiero nazajutrz. On nie miał prawa przebywać w szpitalu w czasie porodu.

– Dlaczego?!

– Ano dlatego. Takie były czasy. O tym właśnie mówię. To były INNE czasy.. No więc wzięli mnie na tę porodówkę, doktor Puszka na szczęście o mnie nie zapomniał, zjawił się prędko, a za nim weszły gęsiego do sali jakieś dziewczynki.

– Jak – dziewczynki?

– No, tak jak mówię. Ze dwadzieścia dziewcząt. Stanęły wokół łóżka, na którym rodziłam, i patrzyły. Położna warknęła do mnie, że „poród będzie szkoleniowy”. I tyle. Nawet miłe były te dziewczynki. Patrzyły na mnie z obrzydzeniem, po czasie niektóre zrobiły się zielone na twarzy. Ale stały grzecznie. Jak już było po, ja w szoku, wykończona, a dziecko akurat myli, to złapałam pod wpływem emocji jedną z uczennic za rękę. Wyrwała mi zaraz dłoń i pobiegła do umywalki, wymyć dokładnie. Głupio mi było, że taka uczuciowa byłam, do obcej jak do siostry albo matki..

– Ale nikogo nie było z twojej rodziny? Nikogo?! – zapytała Malwina oburzonym tonem.

– No właśnie, nikogo. TAKIE były czasy. Szpital był trochę jak więzienie. Ale to jeszcze nic, najgorsze dopiero opowiem. Doktor Puszka zszył mnie ładnie, powiedział nawet taki dowcip, że „musi się postarać, żeby mąż nie reklamował”. Bez znieczulenia oczywiście.

– Aaaaa!

– Dokładnie. Ale ja byłam taaaaka szczęśliwa. Dziecka mi co prawda nie dali od razu, kazali spać, w specjalnej sali poporodowej. Byłam za bardzo zmęczona, żeby protestować. Potem za to położyli mnie z sześcioma innymi kobietami, a dzieci w nogach, w łóżeczkach. Ile było krzyku! Co chwilę zapalanie jarzeniówy pod sufitem i tak całą noc! Nie zmrużyłam oka przez dwie doby. Aż do wyjścia ze szpitala. W dodatku po dzieciach chodziły karaluchy, więc trzeba było pilnować i ubijać robactwo. No i jeszcze miały wszystkie noworodki takie czerwone plamy na ciałkach. Nie wiadomo, skąd. Płakały i płakały.

– TO straszne! Jak ty mogłaś to wytrzymać?

– Ano mogłam. Miałam i tak inny problem. Chciałam koniecznie, żeby mąż zobaczył dziecko. Błagałam siostry po kilka razy dziennie, żeby pozwoliły, żeby jakoś… Ale nie było dyskusji. „Brud z ulicy wniesie” – brzmiała ich odpowiedź. Ja chodziłam do takiej szyby, gdzie on się zakradał – właściwie to do dziś nie wiem jak, bo do szpitala generalnie wstępu nie było poza godzinami wizyt – i trochę patrzyliśmy na siebie. Ale bez dziecka! Gdyby siostry złapały mnie z małą.. to by dopiero było. One to nawet za szuranie kapciami wrzeszczały na nas. „Proszę tak nie szurać” i „proszę tak nie szurać”. Kobity obolałe, pozszywane, ledwo chodziły przecież. Ale i tak TO nie było najgorsze..

– Pliz, Zuza, ja nie wiem, czy chcę to słyszeć..

– Nie, nie, nie bój się. Wiesz, jak dziś tak na to patrzę, to mi się nawet chce śmiać.. Właściwie byłam wtedy trochę jak aktorka w filmie porno..

– Że co?!

– No tak. Bo koszulki nocne miałyśmy szpitalne. Obowiązkowo. Takie dosyć krótkie, ledwie pupę przykrywające. I panował zakaz noszenia majtek. Na całym oddziale noworodków. Nie wolno było i koniec. Bo niehigienicznie.

– ???????

– Więc snułyśmy się po korytarzach ostrożnie, żeby nie szurać, obciągając na sobie kuse koszulki. Stęsknione za mężami, z dziećmi pokrytymi wysypką. Ale i tak szczęśliwe. Bo zdrowe i już po najgorszym.

– Ładna mi szkoła rodzenia… To była raczej szkoła przeżycia! – Malwina zaangażowała się już na całego.

– Albo szkoła jazdy, co? Jazdy bez trzymanki. Jazdy po bandzie. Ale czy na pewno? Nasze mamy miały jeszcze ciężej. I urodziły nas, a my was. Taki świat. Zresztą – może to tylko ja miałam pecha. A tobie życzę, aby wszystko się SUPER udało!

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: