Połowiczne święta

IMG_0885

Teoretycznie po dwudziestu czterech latach współżycia nic nas już nie może zaskoczyć. Przygotowujemy się jednak do wielkiego jubileuszu – za rok stuknie nam 25-ta Wielkanoc. Wtedy musi nastąpić jakieś wielkie BUM! Ale teraz? Spoko.
Mąż miał w tym roku gest i zaprosił mnie na wielkopiątkowy koncert.

***

W Wielki Czwartek każdy robił swoje – ja się ukulturniałam w gronie znajomych, a on siedział w fotelu i sączył coś na uspokojenie po ciężkim tygodniu pracy. Kiedy wróciłam późnym wieczorem na świąteczne łono rodziny, też lekko pod wpływem, postanowiłam być możliwie najmilsza i ugodowa, żeby ułatwić sobie i innym to Sturm-und-Drang-Periode, jakim są święta wielkanocne dla pary z ćwierćwiecznym stażem.
– O której ten koncert? – spytałam grzecznie.
– O 14:30 – odparł mąż lekko zniekształconym przez zawartość szklaneczki głosem.
– Masz na jutro jakieś inne plany? – zadałam kolejne, tym razem ryzykowne pytanie, wiedząc, że nie tylko muszę zrobić swoje przed świętami, ale jeszcze powalczyć, żeby mi w tym nie przeszkadzano.
– Obudź mnie o 14:30! – padła żołnierska odpowiedź.
OK. Czyli miałam na razie wolne. Mogłam się rozluźnić.

***

W Wielki Piątek pospałam trochę dłużej, a przy porannej kawie przyssałam się do fejsbuka. I to był błąd. Mąż oczywiście zwlókł się z łóżka wcześniej niż o godzinie rozpoczęcia koncertu i tak nam zleciało przedpołudnie. Było nawet bardzo przyjemne towarzysko, w świecie wirtualnym oczywiście.
Ale w końcu dogoniła mnie rzeczywistość.
– Mamy do wyjścia 50 minut. Właśnie sprawdziłem połączenia. Punkt pierwsza startujemy.
Żarty jakieś? Ja miałam jeszcze ostatnie zakupy do zrobienia, dwa mazurki do upieczenia, potem odkurzenie szafek i umycie podłogi. A pomalować sobie paznokcie i cała reszta spektaklu z cyklu „szykuję się do wyjścia na miasto”? Przecież to Londyn. Nie można się pokazać ludziom jak łachudra.
Ale, jak wiecie, kobiety to istoty wielozadaniowe. Listę zakupów spisałam dla syna, który, jak przystało na młodego człowieka, południową porą ciągle smacznie spał. A ponieważ bez zakupów nie mogłam zacząć mazurków, rzuciłam się na szafki i podłogę. Paznokcie zostawiłam saute, bo i tak lakier zniszczyłby się przy świątecznych przygotowaniach. W ogóle skupiłam się na wyjściu, odsunąwszy całą resztę zmartwień na daleką przyszłość, czyli na wieczór. W dobrym planowaniu też mam, jakby nie było, ćwierćwieczną wprawę.
Punktualnie o 13:00 stałam przy windzie, gotowa do wyprawy.
Mąż natomiast przez ostatnie 50 minut zabawiał się w zegarynkę (znacie? pamiętacie? taki telefoniczny serwis z czasów komuny, słodki głosik oznajmiający: 12:51, 12:51, 12:51, 12:51…12:52, 12:52, 12:52) i tak się w to wciągnął, że potem ledwo zdążył. Jego przewaga nade mną zmalała praktycznie do zera, w dodatku zaczął pilnie potrzebować mojej pomocy.
– Jakie jeansy? – warknął.
– Jeansy?! Przecież idziemy na koncert! Wieczorowo! – odparłam.
– Ale jest południe.
– Dobrze, masz rację. W takim razie czarne. Koniecznie czarne.
Za kilka minut przemknął obok mnie w drodze do łazienki. Jeansy miał na sobie klasycznie niebieskie.
– Miały być czarne! Żarty sobie stroisz?! –mruknęłam ostrzegawczym tonem, naciągając właśnie na siebie rajstopy wyszczuplające (dzięki, Kalvin, ty wiesz, co dobre…).
– Przypomniałem sobie, że czarne kupiłem na czarną godzinę.
– TERAZ jest czarna godzina. Nie marudź. Przebieraj się! – Na wszelki wypadek podkręciłam ton o kilka decybeli.
Nie śmiał ryzykować. Przebrał.

***

Jazda minęła bez większych emocji.
Muszę przyznać, że zaplanował wszystko bez zarzutu. Połączenie idealne, zajechaliśmy na miejsce w sam raz, aby w powolniejszym już – na starość – tempie znaleźć w ogromnym budynku odpowiednie piętro i wejście na salę. Szczególnie ja nie lubię się spieszyć. Bywa się w końcu w wielkim świecie. Wyjęłam z torebki bilety i oddałam się razem z nimi kolejny raz pod opiekę męża. Z uśmieszkiem lekkiej satysfakcji obserwowałam, jak miota się, szukając sektora T, potem spełnia moją prośbę i kupuje coś małego do picia, a potem stoi jak niepyszny, trzymając moją torebkę, płaszcz, napoje i czekając, aż powrócę z toalety.
Naczekałam się w długiej damskiej kolejce. Wykorzystałam ten czas na sprawdzenie, co się dzieje na fejsbuku. W zamyśleniu i ciągle doskonałym humorze poprawiłam na koniec dyskretnie makijaż oraz podniszczoną londyńską wilgocią fryzurę. Wokół mnie powoli pustoszało, panie opuszczały jedna po drugiej przybytek i, kiedy zostałam zupełnie sama, miły głos z sufitu zapowiedział, że do koncertu zostały zaledwie trzy minuty. Wyjdę w takim razie, pomyślałam, bo przecież jeszcze chcieliśmy się napić.
Mąż nie zmienił pozycji, stał w kącie obładowany moimi rzeczami, zmieniła się natomiast jego mina, z niecierpliwej na zrozpaczoną, a nawet, można powiedzieć, nienawistną. Odebrałam obojętnie mój dobytek i w ostatniej chwili, ale nie spóźniona ani o sekundę, wkroczyłam do pięknej sali koncertowej.
Nastąpiły trzy godziny muzycznej uczty. Tak pięknej, że aż dech nie raz zaparło. Złapaliśmy się nawet kilka razy za rękę. Przy okazji spojrzeliśmy sobie, spłoszeni tym faktem, w stare, zmęczone życiem i ćwierćwiecznym uczuciem oczy.
W drodze powrotnej oddaliśmy się rozmowom o muzyce, zachwytom nie było końca. A potem przyszedł czas na życiówkę, jakoś tak nam zeszło na tematy damsko-męskie. Bo wszyscy wokół się rozwodzą. Okazało się jednak, że mamy bardzo podobne oczekiwania. Nic na siłę. Tak dobrze nam się na ten niełatwy przecież temat rozmawiało, tyle było przy tym śmiechu, że odprężyliśmy się całkowicie.
Wróciliśmy do domu w szampańskich humorach. Ja – zastanawiając się, jak w jeden wieczór nadrobić wielogodzinne zaległości w kuchni, mąż – jaki film wybrać, żeby nie stracić dobrego nastroju. Czyli wszystko tak jak zwykle. Było potem pieczenie, mazurkowanie, a na samym końcu ów film. Ja co prawda zasnęłam w fotelu, ale nikt tego nie zauważył.

***

W sobotę nie opuszczały nas szampańskie humory. Ja dekorowałam ciasta, dopinałam wszystko na ostatni guzik. Bezstresowo, bezkolizyjnie.
Mąż dużo czytał, narzekał, że lodówka zbyt pełna, a jego już boli żołądek.
Kiedy sypał cukier do kawy, postukując za każdym razem łyżeczką o dużą, metalową cukiernicę, przypomniała mi się rozmowa z poprzedniego dnia.
– Jak trudno będzie z tobą wytrzymać, kiedy skończysz siedemdziesiąt lat… Jakie jeszcze nawyki wtedy cię dopadną – zagadnęłam, szykując się na dłuższy filozoficzny wywód.
– Nie twoja w tym głowa. Być może zamiast ciebie będzie się ze mną użerać kolejna żona – przywalił mi, najwyraźniej na bazie tej samej rozmowy.
Błyskawiczna kontra!
– Ta sama, która poleci na twoją forsę? Taaaa, pewnie ci niejedno odpuści. Czego się nie robi dla kasy – odparowałam.

Ha! Zmierzyliśmy się od stóp do głów, para godnych siebie, szanujących się przeciwników, i postanowiliśmy pojechać nad morze.

***

Lekko zaniepokojona nowym tematem naszych rozmów, włączyłam w samochodzie jako pierwszy utwór „The Power of Love”, aby mąż od samej Celine Dion usłyszał, jak się sprawy mają.

On w odpowiedzi zaczął majstrować przy pokrętłach.
– Muszę się skupić na jeździe – burknął na swoje usprawiedliwienie.
Muzyka jednak nie ucichła, zrobiło mi się natomiast ciepło w pupę. I tak postanowiłam strzelić focha, ale wyłącznie mimicznego. Słów jakoś nie mogłam znaleźć. Nie tak od razu. Po chwili jednak zaczął się błąkać po mojej stężałej od focha twarzy złośliwy uśmieszek. Już wiedziałam, że wygrałam kolejną partyjkę. Pomylił pokrętła. Podkręcił ogrzewanie.

I wtedy wyszło słońce. A morze szumiało bardzo ładnie do samego wieczora.

***

Osiągnęliśmy półmetek. Świąteczny, małżeński. Miejmy nadzieję. Życie pokaże. Z pochopnymi wnioskami też przecież nie należy się spieszyć.

1 komentarz

One thought on “Połowiczne święta

  1. Anna L.

    Najbardziej mnie wzruszylo „Przy okazji spojrzeliśmy sobie, spłoszeni tym faktem, w stare, zmęczone życiem i ćwierćwiecznym uczuciem oczy.” To jest super czucie i wyczucie. Dzieki za pare nowych zmarszczek od smiechu, usmiechu i lezki w czasie lektury <3…

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: