O Sońce, romantycznej kryminalistce

Sońka_41

Wstała bezszelestnie z czerwonej sofki, wepchniętej w kąt gabinetu. Zerknęła na czubek posiwiałej, znacznie przerzedzonej czupryny, która wystawała znad wysokiego oparcia obrotowego fotela. Nie ruszał się. Podejść? I co dalej? Nie. Musiała jeszcze chwilę pomyśleć, jak go załatwić. Albo raczej jak przestraszyć, a potem oswobodzić i zmusić do bliższej znajomości. Nie ruszał się. Ani drgnął. Kurczę, może zasnął?

Właściwie nie lubiła wygrywać. Bo jak to tak? Wygrywać można w Monopol albo w Chińczyka. A nie z drugim człowiekiem – o przyjaźń. Tata zawsze ją tego uczył, że z drugim człowiekiem trzeba delikatnie, z sercem. Mama raczej działała przykładem.

– Ty franco, jak mi tu zaraz nie pozmywasz podłogi, to ci nogi z tyłka powyrywam – skrzeczała znad garnka pomidorowej.

– Zytka, daj spokój, przecież ona ma lekcje do odrobienia. Niech się dziewczyna uczy, inwestuje w przyszłość – strofował ojciec ze swojego gabinetu.

– Taaak? A we mnie kto inwestuje? Ty, Janek? Ty?! Z tej twojej marnej, buchhalterskiej pensyjki?! Czy może ona mi do renty dopłaci, jak dorośnie! Nie! Ja muszę do roboty zapierdalać każdego ranka, żeby w siebie zainwestować! – darła się matka.

Do wygrywania czuła więc Sońka coś w rodzaju wstrętu. Charakter odziedziczyła po ojcu, osobie raczej cichej i wyważonej, o nienagannych manierach. Stroniła od przekleństw, złego towarzystwa, generalnie nie cierpiała przemocy. Żadnych horrorów w Multipleksie, przez co mniej więcej w co drugi piątek nie wiedziała, co ze sobą zrobić, bo koleżanki waliły na najnowszy seans do kina, a ona odpadała, jeśli to nie była romantyczna komedia.

Z kryminalnych czynności natomiast najbardziej lubiła śledzić. Obserwować zza firanki, którędy ON szedł rano po bułki. Czy codziennie kupował Wyborczą? Preferował Politykę czy Newsweeka? Czy długo rozmawiał z kioskarką? Czy się śpieszył…? A może zerkał w drodze powrotnej w jej okno…?

Robiła to namiętnie, jeśli tylko nie była w szkole. Popołudniami też udawało się go podpatrzeć, ale raczej rzadko. Wiedziała, że wtedy pisał, bo opowiedział jej kiedyś o swoim trybie pracy.

Śledzenie miało jednak i złe strony, bo można było przeżyć szok. Ona przeżyła go tylko raz, za to ciężko. Pewnego sobotniego popołudnia, kiedy zobaczyła go z tą francą z trzeciego, co to wyglądała jak, nie przymierzając, Doda. Twarz w kolorze neapolitańskiej brzoskwini, i to przez cały rok, na okrągło. Cycki z silikonu najnowszej generacji. I szpile niczym dwa sztylety, wbite prosto w piętę.

On, sam raczej kurdupel, truchtał za nią, ledwo nadążając, kiedy ta sadziła w kierunku monopolowego na długich do nieba nogach. Sońka zamarła, ale nie straciła zimnej krwi. Wyjęła z kieszeni komórkę, pstryknęła kilka zdjęć. Nie bardzo jednak wiedziała, co z nimi potem zrobić. Koleżankom nie mogła pokazać, bo obśmiałyby, że leci na takiego dziadka. Wpatrywała się więc po nocach w jego drobną postać na ekranie. I marzyła.

Jej plan był prosty.

Znali się przecież od dawna, z widzenia. Sąsiad, dzień dobry, dzień dobry. Wszyscy wiedzieli, że to pisarz. Przynajmniej za takiego się podawał. Jego część zaadaptowanego strychu przypadała dokładnie nad jej pokojem.

Sońka leżała na łóżku całymi dniami i wyobrażała sobie, że mogliby być razem, ona – jego muza, on – poeta. Razem.. i co? No jak to – i co?! Ona leżałaby wpatrzona w niego, podczas gdy on – pisał.

Odwiedziła go dotychczas tylko raz, pod pretekstem pożyczenia lektury.

– Fajne ma pan książki. Ja też dużo czytam. Najbardziej lubię Masłowską. I Kinga! – Na szczęście miała już przygotowany tekst na tę okazję.
– O! Miło mi, że mamy wspólne zainteresowania, Soniu. Właśnie kupiłem na allegro używaną Masłowską, tę ostatnią, może też sobie ode mnie pożyczysz, poczytasz? – gadał jak najęty, ale to chyba dobrze, rozważała sytuację Sonia. – Aha, wiesz, mam jeszcze ciekawą pozycję o twojej imienniczce. Karpowicza. Znasz może tego autora? Nie, pewnie nie. W której klasie ty właściwie jesteś?
– W pierwszej licealnej – odburknęła. Nie miała ochoty rozwijać tego tematu.

Tak zaczęła się znajomość, coraz głębsza i głębsza. Mędrzec, jak go nazywała, zaczął przychodzić z wizytami, aby podyskutować o jej artykułach na bloga. Tak, od roku prowadziła własnego bloga. Pisała o wszystkim, co tylko przyszło jej do głowy. Zapraszała go potem do siebie, zawsze kiedy nie było rodziców. Prosiła, żeby skomentował, doradził. On to nazywał inaczej: warsztaty pisarskie. Wszystko jedno. Raz, kiedy usiadła przy biurku taty, żeby włączyć laptopa, podszedł blisko i oparł delikatnie dłoń na jej szczupłym ramieniu. Przeszedł ją wtedy taki dreszcz, że palce przestały trafiać w klawiaturę. Nikt nigdy nie był dla niej tak czuły. Nawet Darek z IIc, który pożyczył jej kiedyś książkę do angielskiego.

Wiedziała, że Mędrzec jest samotny, bo jego mieszkanie zdradzało brak kobiecej ręki (mama mawiała w ten sposób na widok nieporządku).
Dopiero kiedy zobaczyła go z Dodą, postanowiła zadziałać.

Zwabiła Mędrca tym razem na fajowe zdjęcia. Zrobiła je niedawno w parku, kolory jesieni i te rzeczy. Też do wrzutki na bloga. A na Macu taty była doskonała rozdzielczość.

Przyszedł, nawet chętnie. Rodzice byli jeszcze w pracy, miała więc ponad godzinę. Zaplanowała wszystko z najmniejszymi szczegółami.

Kiedy usiadł przy biurku i zagapił się na zdjęcia, zaszła go od tyłu. Miała już przygotowaną szeroką taśmę klejącą. Założyła mu drobne dłonie na klatkę piersiową i zaczęła owijać. Odwrócił się do niej na krześle obrotowym, tym taty ulubionym, z wysokim oparciem.

– Sońka, co ty? – spytał rozbawiony. – Chcesz mnie ubezwłasnowolnić? Czy to jest jakaś nowa, młodzieżowa zabawa, której nie znam? Bo ja chętnie, tylko wiesz, nie zrób mi krzywdy. – I puścił do niej oko.

Coś w niej zawrzało. Pociągnęła mocniej i taśma urwała się. A zrobiła dopiero trzy pełne okrętki. Mógł każdej chwili uwolnić się, wstać i odejść. Musiała zadziałać poza planem. Na nogach miała szpilki mamy, które ubrała nie bez wahania, ale skoro chciała na nim zrobić mocne wrażenie… Ach, no i tipsy, naklejone w pośpiechu, zaraz po szkole. Słabiutko się trzymały, ale wyglądały bosko.

Schyliła się, zdjęła ze stopy jeden but i z zaskoczenia huknęła go w tył głowy. Na tyle mocno, żeby na chwilę zamroczyć. Zamierzała w tym czasie zdjąć pasek od dżinsów i użyć go zamiast taśmy. Mędrzec nie stracił jednak przytomności. Jęknął z bólu i spojrzał na nią przeciągle, zaskoczony. Wykorzystała ten moment, aby zerwać pasek i owinąć go z całej siły na wysokości jego brzucha. Ledwo starczyło. Sporo tego brzucha, ale jakoś dała radę. Był na szczęście mężczyzną drobnej postury.

Uśmiechał się do niej ciągle, choć już bardziej niepewnie. Pobiegła do przedpokoju po szalik. Wróciła z czerwoną zdobyczą. Lubiła puszyste szaliki i miała jeden idealny, długi na prawie dwa metry. Wystarczył na całe dwie okrętki.

Mędrzec był teraz niemalże jej własnością. Nie mógł już odejść. Tylko jego dłonie pozostały luźno na kolanach, musiała coś z nimi zrobić. Szerokiej taśmy została marna resztka. Zerknęła na biurko taty. Stał na nim dozownik z wąską, zwyczajną. Wyszarpnęła z niego rolkę i błyskawicznie przystąpiła do pracy. Mędrzec miał raczej krótkie kończyny, zarówno dolne, jak i górne, nie było więc trudno. Chwyciła z całej siły palce jego lewej dłoni i sprawnie poprowadziła wokół nich przeźroczystą taśmę. Po chwili miał sklejaną płetwę zamiast ręki. Powtórzyła to z prawą i spojrzała zadowolona na swoje dzieło. Bardzo zadowolona.

– Sońka, a pomyślałaś o tym, że zdejmując to ustrojstwo dokonasz niechcący aktu depilacji na mojej skórze? Chciałem cię uprzedzić, że jest ona bardzo wrażliwa. – Ton jego głosu zmienił się już z rozbawionego w lekko zniecierpliwiony.

Tymczasem Sońka miała w zanadrzu dalszy plan, który powinien uciąć wszelkie dyskusje. Zakneblować. Jak porwanie to porwanie. Nie chciała jednak używać szmatki, choć myślała o tej od kurzu, ale bała się reakcji mamy, gdyby tamta zauważyła, że narzędzie jej prac domowych zostało poślinione. Miała przygotowane na biurku kartki z wydrukami swoich wierszy. Uważała ten pomysł za bardzo romantyczny. Mógł mu się spodobać. Nie wiedziała, ilu kartek potrzeba, żeby zakneblować dorosłego mężczyznę. Na wszelki wypadek przygotowała dziesięć kopii. Zaczęła je ugniatać, jedną po drugiej, i wpychać Mędrcowi do zdrętwiałych ust. Trochę się brzydziła, ale plan to plan. Nie było odwrotu.

Pierwszy raz dostrzegła przerażenie na jego twarzy. Przeszedł ją dreszcz zwątpienia, czy dobrze robi. Czy on się na nią jednak nie pogniewa? Ale pchała dalej. Za późno na fochy. Jego policzki wypełniały się pogniecionym papierem, a oczy coraz większym przerażeniem.

W duszy Sońki toczyły się boje. Kneblować dalej czy zakończyć akcję, która u niej samej wywoływała coraz większy strach.

Upchnęła trzy kartki i wyglądało na to, że więcej i tak nie wejdzie. Ofiara miała już lekki wytrzeszcz, trudno powiedzieć, czy wymiotny, czy ze złości na nią. Żeby osiągnąć pełen efekt, Sońka zamierzała teraz odwrócić Mędrca z powrotem do biurka i odejść na co najmniej pół godziny. Musiał przecież uwierzyć, że ona to wszystko na serio… Przestraszyć się.

Wytrzymała na sofie zaledwie piętnaście minut. Walczyła cały czas z przemożną chęcią powrotu i oswobodzenia go. Ale na szczęście potrafiła być konsekwentna. Do powrotu rodziców zostało jeszcze sporo czasu.

Teraz, kiedy się nie ruszał, mogła przynajmniej podejść pod pretekstem sprawdzenia, czy wszystko z nim w porządku. Tak też uczyniła. Dokuśtykała do biurka. Kopnęła krzesło nogą, tą ciągle obutą w szpilkę mamy. Błyskawicznie odkręciło się w jej kierunku.

Jego oczy były jeszcze otwarte. Twarz lekko pozieleniała, co wprawiło Sońkę w zdumienie. Z kącików ust spływała szara ślina. Czyżby puścił tusz drukarski? Mógł przecież zawierać toksyny! Czy Mędrzec przypadkiem nie zaczynał się dusić? Zapewne chciało mu się wymiotować. Natychmiast ogarnęła ją fala współczucia. Przecież taki rozpuszczony papier musiał być obleśny. Rzuciła się na pomoc, zaczynając od ust. Bez wahania wsadziła do nich dwa palce i rozpoczęła wyłuskiwanie kawałków mokrego papieru. Musiał chyba połknąć co nieco, bo zostało tego kilka poślinionych, napęczniałych kulek. Czerwonym szalikiem wytarła mu całą, mocno spoconą głowę. Wreszcie uniósł oczy ku jej twarzy i spojrzał z wdzięcznością, chociaż bez większej sympatii, co ją lekko zaniepokoiło. Chwyciła nożyczki, leżące w kącie biurka, i zabrała się za przecinanie taśmy. Miała wrażenie, że kilka razy zahaczyła o sprany sweterek, ale nie grało to teraz żadnej roli. Musiała go przecież ratować. Pokazać mu, że jej zależy. Że teraz już wszystko między nimi będzie dobrze. Kiedy zrywała swoimi delikatnymi paluszkami ostatnie kawałki klejącego świństwa z jego dłoni, a on jęczał z bólu, obserwując z rezygnacją pęki swoich brązowych włosków, przyklejone do spodniej części taśmy, do pokoju weszła mama.

Dalszy ciąg był zupełnie inny niż Sońka zaplanowała. Matka zrugała Mędrca za chore zabawy z 16-letnią licealistką. Zagroziła, że następnym razem wezwie policję. Jej natomiast dała szlaban na cały miesiąc. Na wszystko poza szkołą.

I tak sprawy wróciły do normy. Nudząc się w swoim pokoju, Sońka wystawała dalej za firanką, obserwując jego wyjścia do kiosku po gazetę i do spożywczaka po bułki. Nasłuchiwała, leżąc na łóżku. Cisza panująca na górze wydawała jej się bardzo poetycka. A z Dodą nie widziała go już nigdy. Musiał to być zatem czysty przypadek. Może po prostu szli w tym samym kierunku, tego samego dnia, o tej samej porze?

Planowała pożyczyć od niego jakąś książkę, jak tylko szlaban się skończy. Bo przecież mieli ze sobą tyle wspólnego. I trzeba było działać dalej.

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: