O Ewie, co węża nie chciała.

Brueghel Jan__de_Oude_en_Peter_Paul_Rubens - Adam and Eve

Ewę znacie? Jak to, którą Ewę?! Tę od Adama! Ale zaraz, to my sobie w takim razie na początek ustalmy dwie rzeczy.
Plakat każdy widział? Temat spotkania znacie? Bo ja tutaj nie na pogaduchy przypełzłem. Ani nie jestem żywą reklamą sklepu zoologicznego. Ta pani, która mnie przyniosła w faunarium (produkcji firmy Exo Terra, wymiary 46x30x17cm, cena 39 złotych), to kierowca. Tak, zgadza się. Taxi na żądanie.
Po drugie, mam pytanie do zebranych. Kto chodził na religię – ręka w górę? Bardzo ładnie. A kto dziś do kościółka chodzi? Hmm. Zdecydowanie gorzej. A czemuż to tak? Kryzys wiary? No właśnie. I dlatego tu jestem.
Bilety sprzedałem tanio, nie lubię zdzierstwa. Byle mi się koszty zwróciły, a właściwie Szefowi. Ale widzę, że zainteresowanie ogromne. No to jedziemy.
Mówicie, że Ewę znacie.
A niby skąd? Widział ją ktoś? TĘ Ewę? MOJĄ Ewę? Na obrazach, tak? A skąd wiecie, która z nich ta prawdziwa? W gruncie rzeczy żadna. Jak to, dlaczego? Adam pędzla ani sztalug przy sobie nie miał. Pędzel, znaczy, może i dałoby się zorganizować, ale co z resztą? Farby, płótno? A która z tych niby Ew podoba wam się najbardziej? Tintoretto? Za mało widać. Van Heemkerck – lepiej, ale z Adamem przesadził, takie ciacho to on nie był. Za to ja mam u niego coś jakby uszy? Nie komentuję. Ta Dürera jest niezła.
Już wszystko zguglowaliście? Ja wam na koniec jeszcze jeden pomysł podsunę. Rzućcie okiem na dzieło Breugla i Rubensa. Kto malował postaci Adama i Ewy? Rubens! Sam mistrz! I, jak się zapewne spodziewacie, ta właśnie Ewa, jeśli to w ogóle możliwe, jest do mojej najbardziej podobna. Jeszcze zresztą do tego wrócimy.
Powiem wam tylko tyle: Ewę znałem JA. Takiej kobiety jak ona nie ma i nie było nigdzie na świecie. I nigdy nie będzie. Wiem, bo rozglądam się od dawna.
Ewa, ta z Raju, była po prostu zjawiskowa. Jedyna. Boska. W sensie nie tylko takim, że stworzona przez B. Ona promieniowała seksapilem. Te włosy, miodowy blond, opadające miękkimi falami na różowiutką pupę. Tak! Dokładnie jak na obrazie! Te piersi, krągłe, lekko brzemienne, wznoszące się rytmicznie przy każdym oddechu. Łono jedwabiste, już na pierwszy rzut oka kryjące w sobie nieprzebyte tajemnice ciepła, miękkości i zapachów. Skąd wiem? Ano, zaraz opowiem. Bo jeszcze te oczy. Jakby kto kropelkę atramentu w łyżce miodu rozpuścił. Piękne, powabne, rozmarzone oczy.
A było to tak.
Szef wezwał nas na naradę. Rutynową, niby omówić codzienną marszrutę. Ale dało się wyczuć po tonie jego głosu, że kroiło się coś grubszego. B., nasz najzagorzalszy wróg, stworzył właśnie gdzieś tam sobie na boku nowy świat. Jeszcze nie skończył, a już krążyć zaczęły na temat najnowszego dzieła stworzenia legendy – o jego doskonałości, wyższości nad innymi światy i tak dalej.
Szykowała się z tej okazji misja specjalna. Spatrolować, rozpracować wroga, zniszczyć. Byli lepsi ode mnie, tacy, którzy mieli już na koncie wykonanie podobnych zadań. Ale ja znany byłem ze swej gorliwości oraz przebiegłości. I udało się! Zabrałem głos w dyskusji i mój pomysł (iście szatański, dowiecie się zaraz, jaki) spodobał się. Szef dał mi tę robotę. Jedno jego słowo i miesiąc później, po udanej misji, miałem szansę awansować na Starszego Asystenta. Gra warta świeczki.
Przygotowałem się więc starannie. Mapa terenu, zaszyfrowana oczywiście, psychologiczny profil wroga, czyli B., tego typu rzeczy. Najważniejsza jednak była udana realizacja mojego pomysłu. Dlaczego zdecydowałem się na węża?
Wybrałem stworzenie, które ujęło mnie swoją zręcznością fizyczną, przebiegłością umysłu i gotowością do ataku w najmniej spodziewanych przez ofiarę momentach. Te cechy mogły mi się przydać w wykonaniu trudnej misji. Jak bardzo, miałem się dopiero przekonać.
Pod osłoną nocy, pory jakże pięknej, mrocznej, bliskiej memu sercu, niedawno wykreowanej (genialnie, musiałem to przyznać) przez B., zakradłem się bez najmniejszego problemu do Raju. Zwiedzanie jego urokliwych zakamarków nie zajęło mi wiele czasu. Strukturę dało się zrozumieć w mig – było pięknie, nostalgicznie i… nudno! Typowa kreacja B. – bez dramaturgii, bez walki dobra ze złem. Jednowymiarowy, pusty świat.
Wyjmijcie na chwilę smartfony i spójrzcie jeszcze raz na obraz Raju. Było w nim wszystko! Mnogość gatunków wręcz niewyobrażalna. Istoty wszelkiego kształtu, koloru, współżyjące ze sobą beznamiętnie w ogrodach rozkoszy i dobrobytu. Nie brakowało drapieżników, które, niepomne jeszcze swej groźnej natury, baraszkowały pomiędzy łagodnymi współmieszkańcami tego zwierzyńca. Na drzewach, obwieszonych dojrzałymi, dorodnymi owocami, mieszkały stada kolorowych ptaków. Rzeki i strumyki pełne były ryb, których nikt nie odławiał. Konie pasły się leniwie, zamiast rwać w galopie poprzez zielone łąki, niosąc na grzbietach jeźdźców podążających na krwawe bitwy. Nikt na nikogo nie polował, nikt nikogo nie ranił. Okropność.
Szczególnie zaciekawiły mnie dwie postaci, inne od wszystkich stworzeń. Jakby piękniejsze, doskonalsze. Przyglądałem im się z ukrycia przez kilka dni, bo czułem, że mogą doprowadzić mnie do celu, którym było znalezienie jądra tego świata i zniszczenie go.
Zaintrygowała mnie szczególnie ona. Kobieta… jak to się teraz nazywa. Po krótkim czasie bacznej obserwacji nie byłem w stanie odkleić wzroku od jej powabnych kształtów. Wydawała się płynąć tanecznym krokiem za swoim towarzyszem, otoczona wianuszkiem rozkochanych w niej zwierząt. Była mu wierna, posłuszna wszystkim jego poleceniom – zauważyłem to od razu. Wpatrzona w jego muskularną postać, wsłuchana bez przerwy w mocny głos. On, mężczyzna, przypominał łudząco B. Brak polotu ze strony stwórcy? Czy może zwykła próżność – wyrzeźbić istotę na swoje podobieństwo? Trudno powiedzieć.
Oboje wydawali się być szczęśliwi. Tak ze sobą, jak i w rajskim otoczeniu. Skazani wręcz na szczęście przez wielebnego stwórcę.
Zauważyłem, że poruszali się swobodnie po ogrodzie, korzystając z wszelkich jego dobrodziejstw. Kosztowali soczystych owoców z niezliczonych drzew, ale nigdy nie zbliżali się do tego największego i najdorodniejszego, rosnącego w samym środku Raju. Tę ciekawostkę postanowiłem jednak rozwikłać później. Najpierw zapragnąłem zbliżyć się do mojej ukochanej.
Miłość… niestety! Stało się to jakby poza mną. Kiedy tak pełzłem trop w trop za nimi, wpatrzony w uroczą istotę, poczułem nagle, że nie mogę bez niej żyć. Że nie potrafię o niczym innym myśleć. Pragnąłem jej, i tylko jej. Musiała być moja!
Okazja do zawarcia znajomości zdarzyła się szybciej niż myślałem. On odszedł pewnego poranka w kierunku strumyka, zostawiając ją, samotną i rozmarzoną, w cieniu rozłożystego drzewa. Podpełzłem możliwie najbliżej i zawisłem wprost nad jej głową.
– Piękna niewiasto, kim jesteś? – zagadnąłem w jej języku.
Spojrzała w górę i obruszyła się lekko, zerkając na mnie nieufnie. Ale kiedy wykonałem kilka tanecznych, miękkich ruchów, zwieszając się zgrabnie z gałęzi pełnej smakowitości, uśmiechnęła się.
– Jestem Ewa. Żona Adama – odrzekła.
– A ja jestem wąż. Podoba mi się bardzo w Raju. Macie tutaj tyle pyszności. Próbowałaś już wszystkiego? – powiedziałem, przypomniawszy sobie w ostatniej sekundzie o mojej misji.
– A tak, oczywiście, nie brakuje nam niczego. Nasz Ojciec jest wspaniały, dba o nas. Ale jest takie drzewo, w samym środku ogrodu, na którym rosną owoce dobra i zła. Ojciec ostrzegł nas, że jeśli się do niego zbliżymy, zginiemy! – odparła, ściszając lekko głos.
Musiałem moje długie, wiotkie ciało owinąć ciaśniej wokół gałęzi, aby Ewa nie dojrzała spazmu rozkoszy, jaki nim wstrząsnął. Miałem rację! Kolejny raz trafiłem w samo sedno zamiarów przeciwnika! Nic prostszego niż zniszczyć jego plany i zamienić świat w zgliszcza.
Ewa przyglądała mi się bacznie. Jej oczy, jasne, niewinne, zdawały się odczytywać, co kryło się w zakamarkach mej duszy. Błyskawicznie rozmiękłem pod tym spojrzeniem. Ewa… Moja Ewa… Byłem z nią tutaj, teraz, sam na sam. Niewinne, rajskie tete-a-tete.
– Czy mógłbym zostać twoim przyjacielem? – wystękałem, niepomny mojej misji, zadurzony w jej wdziękach. Nic lepszego nie przyszło mi do głowy.
– Oczywiście, wężu. Mam tutaj wielu przyjaciół, kocham zwierzęta i lubię się nimi opiekować. Możesz do nas dołączyć – rzekła, z namaszczeniem akcentując słowa ‘kocham’ i ‘zwierzęta’.
Niezupełnie o to mi chodziło. Pełzanie za nią w stadzie tych bezmózgowych baranów było poniżej mej godności. Żywiłem nadzieję na bardziej intymny związek, podobny do tego, jaki miała z Adamem. Ale trzeba było uzbroić się w cierpliwość, aby doczekać łask nowo poznanej piękności.
Czekanie było moją specjalnością. Czaiłem się zawsze w pobliżu. Nigdy nie dalej niż metr od niej. Poznałem jej plan dnia, stosunki z Adamem, nawet te bardziej intymne, o których później, a najważniejsze – każdy centymetr tego nie-wy-o-bra-żal-nie pięknego ciała.
Najpierw, z wysokości mojej gałęzi, widziałem ją, kiedy organizowała codzienne życie dla nich obojga. Sprawnymi ruchami ogarniała siedlisko pod jednym z drzew, poprawiając posłanie z liści. Poiła wodą swojego mężczyznę, układała w apetycznym nieładzie owoce, uzbierane przez niego na posiłek. Czasami spacerowali po Raju, objęci czule, otoczeni stadem zwierząt. Ja z nimi.
Najbardziej jednak lubiłem patrzeć, ukryty wśród listowia, jak wypoczywała po trudach dnia. Ułożona u boku Adama, muskana jego pocałunkami, zasypiała posapując cichutko. Ale ten drań nie dawał jej wytchnienia. To, co z nią robił, najpierw przeraziło mnie i już miałem zamiar rzucić się na niego z sykiem, by ratować moją bezbronną ukochaną, ale wtedy ujrzałem jej rozbudzone z płytkiego jeszcze snu oblicze. Malowała się na nim taka rozkosz, takie rozkochanie, ruchy bioder naciskanych przez mocne uda Adama były tak płynne i ochocze, że zawisłem na gałęzi z rozdziawioną gębą. Jedyny, zauroczony widz tego miłosnego teatru.
Zapomniałem nawet na chwilę, że to była MOJA Ewa, że to ja powinienem znaleźć się na miejscu Adama i doprowadzić ją do podobnego szczęścia moimi ruchami, moimi pieszczotami! Dojrzałem pewne podobieństwo organu, którego używał Adam, do siebie samego. Ha! Ja byłem kilkanaście razy dłuższy! Nie wspominając już o grubości i zwinności. Ale na te doznania, wzorowane na amorach mojego rywala, musiałem jeszcze poczekać.
Dni płynęły w pięknej harmonii. Szczerze przyznam, że zacząłem powoli zapominać o mojej tajemnej misji. Rozkoszowałem się widokiem Ewy bez przerwy, nie opuszczając nigdy wieczornych spektakli. Obserwowałem Adama, planując w szczegółach, jak mógłbym wcielić się w jego rolę. Byłem pewien, że dostarczyłbym Ewie takich rozkoszy, o jakich zwykłym śmiertelnikom nigdy się nie śniło.
Okazja nadarzyła się szybciej niż przypuszczałem. Adam pewnego popołudnia wybrał się na długi spacer z B., zostawiając Ewę pod naszą opieką. Moją opieką. Zsunąłem się cichutko na ziemię i ułożyłem blisko jej pulchnych bioder. Jakie to było wygodne, ciepłe miejsce. Przytulony, rozkoszowałem się chwilą, a Ewa zaczęła zapadać w drzemkę. Kiedy to zauważyłem, wpełzłem na jej łono i zwinąłem się w kłębek w tym miejscu, gdzie Adam dokonywał wieczornych cudów. Ewa uśmiechnęła się delikatnie przez sen, a jej ciepła dłoń spoczęła na moim ogonie. Rozpoczęło się przyjemne, rytmiczne głaskanie. Stężałem natychmiast z rozkoszy! Myślałem, że eksploduję i zrzucę z wrażenia, poza terminem, skórę (buty z wężowej skóry, made in Poland, 499 złotych, zapraszam po spotkaniu).
Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, tak mi było dobrze. Uniosłem głowę i czarnymi, rozkochanymi oczkami spojrzałem na twarz Ewy. Jej różowe usta zdawały się szeptać przez sen: „Zrób to, kochany, zrób to”. Tak mi się przynajmniej wydawało.
Znalazłem jedną, małą dziurkę, chyba tę, o którą chodziło. Kontemplowałem właśnie, jak tu się do niej zmieścić, kiedy Ewa obudziła się nagle. Krzyknęła przerażona na mój widok i zerwała się na równe nogi! Spadłem na ziemię jak niepyszny i zaplątałem się w swój własny ogon. Ona zaczęła uciekać tak szybko, że nie miałem najmniejszej szansy jej dogonić. Co się stało?! Sen o naszej wzajemnej miłości prysł, zanim zdążył się ziścić. Co zrobiłem źle, do diabła?! Co Adam robił inaczej? Lepiej?
Leżałem, obolały i zdruzgotany, pod naszym drzewem i czekałem na jej powrót. Chciałem, żeby mi to jak najszybciej wyjaśniła. Ona jednak nie wracała. Zasnąłem.

Czy mogę prosić o szklankę wody? Z lodem i ze słomką. Dziękuję. Już lepiej. Zaschło mi w gardle. Taaak. Smutna to historia. A mogło być tak pięknie. Spytacie teraz, czemu nie użyłem moich szatańskich mocy, aby odmienić bieg wydarzeń. Rozkochać w sobie Ewę. Niestety. Możemy wiele, ale na ludzką wolę nie mamy wpływu. Sami dokonujecie wyborów. I sami potem za nie płacicie. A skoro już o tym mowa – podręczniki mojego autorstwa „Czego nie uczą na lekcjach religii, a każdy wiedzieć powinien” będą w sprzedaży po spotkaniu, w cenie promocyjnej 49 złotych. Twarda okładka, wystarczy dla kilku pokoleń. Polecam gorąco!
Dobrze. Możemy kontynuować?

Pojawili się wieczorem, spleceni w ciasnym uścisku. Adam poruszył mnie brutalnie stopą, najwyraźniej na znak, żebym wyniósł się z ich liściastego łoża. Spojrzałem na Ewę. Jej oblicze jakby skamieniało. Wpatrzona w Adama, wydawała się być obojętna na moje cierpienie. Odpełzłem jak niepyszny na bok i, ignorowany przez nich kompletnie, schowałem się na noc w listowiu.
Następnego poranka Ewa ani na chwilę nie pozostała bez opieki. Moje kochające serce pragnęło chociaż jednej minuty sam na sam, jednego miłego spojrzenia, ale nie! Zostałem przez nią odrzucony i sponiewierany.
Czułem, jak moje szanse na zwrot w akcji, na wyjaśnienie Ewie, co miałem na celu – ba! – na wyjawienie jej w ogóle moich uczuć, bo przecież nigdy nie zdążyłem tego uczynić, topniały z dnia na dzień. Adam nie spuszczał z niej oka. Opiekował się, chronił i kochał.
Stałem się nędznym cieniem samego siebie. Kreaturą, która w całym tym rajskim cyrku czuła się coraz bardziej nieswojo. Co ja tu robiłem, otoczony bandą naiwniaków, prostaków i nudziarzy? Kim oni byli, żebym to ja jako jedyny musiał się przemykać po gałęziach, bezszelestnie i – najlepiej – pod osłoną nocy?
Wtedy dopiero przypomniałem sobie o swojej misji. Aż mi żołądek skręciło na myśl, że Szef ciągle pokładał we mnie duże nadzieje i czekał na wyniki.
Zaraz przystąpiłem do działania. Opracowałem plan, w którym był tylko jeden luźny punkt: reakcja Ewy na kuszenie. Ale zaryzykowałem, ciągle wierząc, że mój wybór był słuszny. Mimo wszystko Ewa wydawała się bardziej podatna na pokusy niż prawy Adam. W końcu znałem ją osobiście.
Zakradłem się w pobliże ich siedliska z zerwanym z „tego” drzewa jabłkiem. Adam drzemał, a Ewa muskała delikatnie palcami loki nad jego czołem i nuciła pod nosem. Wysunąłem się z listowia i pochyliłem nad jej licem.
– Ewuniu, gniewasz się, wiem. Przepraszam. Zachowałem się wtedy jak drań. Wybacz. To na zgodę. Skuś się! – Wyciągnąłem w jej kierunku wielkie, czerwone jabłko.
Spojrzała na mnie rozmarzonym wzrokiem. Widocznie nie pamiętała już tamtego popołudnia. Dostrzegłem w jej spojrzeniu zaciekawienie, wręcz pokusę. I o to chodziło!
– Proszę cię! Nie pożałujesz. Poznasz świat, o jakim nawet nie śmiałaś marzyć. A B., znaczy Ojciec, on się o niczym nie dowie – kusiłem dalej.
– Ale… ja nie powinnam. Bez Adama. – Uśmiechnęła się niepewnie.
Wyciągnęła jednak rękę po owoc. Poczuwszy jego zapach, zanurzyła zęby w soczystym miąższu. I wtedy stał się cud! Pożarła jabłko, jakby opanował ją dziki głód. Po chwili poprosiła o drugie. Dla Adama!
Byłem na to przygotowany. Miałem pod ogonem jeszcze jedną sztukę. Podałem jej ochoczo, a ona zbudziła kochanka, podetknęła mu delicję pod nos i… tak to się właśnie stało.
Dalszą historię już znacie. Nagle rozległy się kroki B., który przechadzał się w pobliżu. Nadszedł zaniepokojony, ale ciągle majestatyczny i pewien swej wielkości. Jak tylko mnie dojrzał, wrzasnął:
– Precz, szatanie! Wynocha z Raju!
To niby do mnie.
– A wy przed kim się ukrywacie? Czyżbyście wiedzieli, że jesteście nadzy? – huknął na speszonych, kulących się ze wstydu pierwszych rodziców.
Na nic zdały się pokrętne tłumaczenia Ewy, próby oskarżenia o wszystko mnie (zdrajczyni!), ani błagania, żeby B. im przebaczył. Jego wyrok był jednoznaczny i surowy, a gniew przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.
Wrzeszczał coś do mnie o żywocie nędznego gada. Taaak. To brzmiało interesująco. Ewę nazwał słabą niewiastą (wzbudził we mnie tymi słowami ostatnią nutkę żalu nad nią, bo faktycznie taka była i to ja jej spaczyłem charakter). Mówił też o służbie kobiet wobec mężczyzn – jakby Adam nie miał dość dobrze. Ale również o zadręczaniu go przez Ewę niezaspokojonymi pragnieniami – chociaż coś na pociechę.
No i na koniec rzucił słynne:
– Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz!
Grzmiał tak donośnie, jakby jego serce rozrywał ból klęski. A dla mnie była to melodia zwycięstwa.
Triumfalnym gestem odwinąłem zaplątany ciasno wokół gałęzi ogon i, nie oglądając się za siebie, odpełzłem w najdalszy kąt ogrodu. Raj, kiedy go opuszczałem, jawił się poszarzały, opustoszały. Po wygnańcach nie pozostał żaden ślad.
Możecie się domyślać, że łatwo dostałem awans. Szef był niepomiernie zadowolony.
I tutaj mała dygresja. Tak bardzo polubiłem moje rajskie wcielenie, że poprosiłem o dodatkową nagrodę w postaci prawa do pozostania w skórze węża na wieki. Breugel Aksamitny namalował mnie mniej więcej takim, jakim byłem wtedy, w młodości. Piękny, prawda? Dziś straciłem sporo z mojego młodzieńczego uroku, no i żywot w wilgotnych terrariach niezbyt mi służy.
Powiecie, że jestem próżny? Albo mam urojenia? Ja to nie ja? Wierzcie, w co chcecie. Ja bym wam jednak radził nie dawać wiary tym cukierkowym historiom, którymi was ładują od wczesnego dzieciństwa. Trochę pieprzu nigdy nie zaszkodzi! Autografy będą za chwilę, tylko rozciągnę kości. Czy miła blondynka z pierwszego rzędu mogłaby mi proszę pomóc wyjść z tego ciasnego pudła?

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: