Uncategorized

… o tinderze

tinderbanner
A ściślej – jak wróciłam „na tinderze” z Polski. To żadna nowość, że o wszelkich nowinkach dowiaduję się właśnie w Polsce.
Ale od początku…
Siedzę sobie z rodziną w pewien lipcowy wieczór, ciocia seniorka z Londynu, i uczę się – od młodych – jak żyć. W kącie salonu jedna z moich ślicznych bratanic pociera palcem ekran smartfona, ale nie w charakterystyczny sposób, z góry na dół, lecz na lewo, na lewo, na lewo, i na prawo. Dopytuję się, czemu akurat tak. Od słowa do słowa, i nagle pada straszliwe oskarżenie:
– Ciocia nie wie, co to tinder?
Nie wiem. Tylu rzeczy nie wiem, wstyd. Ale nie w moim stylu byłoby się nie dowiedzieć. O coś tam się więc zakładam, wypijam łyk piwa dla kurażu i o drugiej w nocy też jestem „na tinderze”. Wybieram na wszelki wypadek zdjęcie, na którym marnie mnie widać, za to stoję dumna na tle gmachu BBC. Po kilku dniach będę się z tego tłumaczyć, i to nie raz. Nawet po włosku, że „preferisco stare all’ombra”. Póki co, przebywam w okolicach Łabiszyna i wyskakują mi tinderowcy z Poznania, Bydgoszczy oraz okolicznych miasteczek i wsi. Zadaję sobie pierwsze ważne pytanie:
– Ciociu, co ty właściwie robisz na tinderze?
Wyłączam aplikację, czy jak to się tam nazywa. No, nie bawię się. Nie lubię. Robię tak, że jestem, ale mnie nie ma.
Przez najbliższe dni dowiaduję się, że młodzież licytuje się na liczbę par, że teściowa złapała na tinderze zięcia i co z tego wynikło. Nie, nie, po co mi tinder. Mam męża, przyjaciół. Mam spokój.
A jednak… W drodze z lotniska nudzę się, bo w samolocie naczytałam się za wszystkie czasy i w autobusie muszę odetchnąć. Tymczasem po serii artykułów o brexicie znalazłam inny, ciekawy, właśnie o tinderze. Prasa jeszcze ciepła, z Berlina, widać, że i tam temat gorący.
Co by się więc stało, myślę sobie, tak niezobowiązująco, gdybym teraz włączyła tindera, w Anglii. Nowa lokalizacja, żadnych Janów, Marianów, ani jednego Janusza. Może jakiś Bill albo Bob?
W domu czeka mąż, stęskniony, ale co tam, wszystko mu wytłumaczę, przecież mi ufa. A może sam jest na tinderze? Właśnie! Jeszcze jeden powód, żeby się zalogować, zaraz się wszystkiego dowiem.
Mijają 24 godziny i mam niecałe 30 par. Początki nie są łatwe, dostaję sporo wiadomości, które mnie peszą, ale są i bardzo proste, składające się z dwóch literek:
– Hi.
Na te nie odpowiadam, na inne zresztą też nie. Mam ochotę schować się do mojej domowej dziupli.
Do cholery, po co mi był ten tinder???
Jednak fajnie jest machać sobie smartfonem, idąc ulicą, i uzyskiwać co pewien czas „ping” – para! To znaczy, że pan, którego ja ewentualnie lajknęłam, też mnie wcześniej polubił. Słodko. Zaczynam się uzależniać, zawsze zresztą byłam uzależniona od słodyczy.
Pewien B., irlandzki księgowy, zamieszkały w północnym Londynie, tak miło mnie zagaduje. Tak dobrze mu z oczu patrzy. Może w celach literackich jednak mały czacik?
Próbuję. A potem z A., uroczym Szkotem, i z M., i z W. (Polakiem!!!), i T., i F., i G., i E. Dziś mamy co? Środę? Oj, myślę, że przez ten czas zdążyłam przelecieć cały alfabet.
Prowadzę badania, litearckie. Bardzo poważne. Do tego stopnia, że przerzucam się na włoski. Bez trudu znajduję ekonomistę z Mediolanu i projektanta mebli z Wenecji. To mnie dopiero kręci, rozmowy w bardzo obcym języku.
Mąż kręci głową z politowaniem, nie takie historie ze mną przeżył. Zresztą pewnego pogodnego wieczoru w pubie on i przyjaciele namawiają mnie, żebym zmniejszyła do minimum zasięg poszukiwań, skoro już tyle eksperymentuję, i zobaczymy, co się zadzieje przy sąsiednich stolikach.
Zawsze byłam naiwna. Zawsze chętnie pomagałam ludziom. Więc i tym razem, wspomagana kilkoma łykami piwa, zgadzam się. Mija chwila, pora pójść do toalety. Wstaję od stołu z najpiękniejszym uśmiechem, na jaki mnie stać, i oświadczam:
– Hello, tinder boys…
Przyjaciele żegnają mnie spazmami śmiechu, a ja czuję się trochę, jakbym szła przez salę… w samych gaciach?
Ale nie odbiera mi to ochoty do dalszych eksperymentów. Dostaję nerwowe wiadomości: „gdzie jesteś?”, „co się dzieje?”, „zmieniła się twoja lokalizacja!”. Ano. Potem jeszcze zmieniam zakres wieku potencjalnych kandydatów, to znaczy obniżam; do jakiego, nie powiem.
Przy czym zaznaczam, że nie poświęcam na tindera zbyt dużo czasu. Do pół godziny dziennie. No, może odrobinkę więcej. Panowie są mili, ale bywają i nachalni. Jak się już na dobre z nimi rozczatuję, zaczynają wymagać, karcić, że długo nie odpisuję, że nie ustosunkowałam się do porannego powitania, a czy kotek się podobał, a gdzie mieszkam, a czemu tak daleko. Niczym się to nie różni od małżeństwa. Schabowy koniecznie panierowany, a dżem wysokosłodzony. Żadnej wolności.
A tak zupełnie serio? Mam mieszane uczucia. Czasem dostaję bardzo konkretne oferty, jak ta od L.:
– Jestem wysoki, przystojny, dobrze sytuowany, mieszkam w Yorkshire, ale bywam regularnie w Londynie, służbowo. Szukam seksownej kobiety w celu regularnych spotkań. Odpowiadasz mojemu typowi.
Ups. W moim wieku… sponsor?
Pierwszy poważny wniosek: tinder jest seksistowski. Mężczyzna musi rozpocząć konwersację (czyli nieśmiali nie mają tutaj nic do roboty), kobieta jest zobowiązana zareagować co najmniej humorem na „how about sex?”.
Po tygodniu mam ponad pięćdziesiąt par, zaproszenia na rower, lody, wino, kilka numerów telefonów. Staram się być uprzejma, nikogo nie obrażać, nie urażać, a zarazem jestem szczera. Trąbię od samego początku, że mam męża, nie szukam partnera ani przygód seksulanych. Ku mojemu zaskoczeniu – niewielu panów to zraża.
Zostało mi kilku naprawdę fajnych czaterów. Nie poszłam na żadną randkę, co jest przecież oczywiste. Jestem porządna, nie ma takiej opcji, poza jednym wyjatkiem – wenecjanina. Jest naprawdę słodki. Z nim to bym i do kina poszła, jeśli tylko mąż się zgodzi. A jeśli będzie trzeba, zabierzemy i męża!
Najśmieszniejsza tinderowa sytuacja wcale nie miała związku z moim kontem! Dobrze obeznana ze zwyczajami tinderowców, potrafię wyhaczyć delikwenta na ulicy, w pociągu, restauracji i… na basenie.
Kiedy któregoś upalnego wieczoru zażywałam kąpieli po siłowni, pływał obok mnie sąsiad. Zauważyłam, że pokonawszy dwie długości basenu zatrzymuje się przy brzegu, sięga po zawiniątko (po bliższych oględzinach – ręcznik) i wyjmuje z niego mały przedmiot (komórkę). „OMG, bardziej uzależniony ode mnie. Biedak!” – pomyślałam. Przyglądałam mu się ukradkiem za każdym razem, kiedy dopływałam do brzegu, co też go tak ciągnie do tej komórki. Odpowiedź – kobiety! Sunął mokrym paluchem po ekranie w lewo i prawo (częściej w prawo). Tinderowy maniak.
„Focus” pisze, że fenomen naszych czasów – obsesja wirtulanych związków – wcale nie oznacza, że jesteśmy bardziej skuteczni w łączeniu się w pary. Jeśli zaś chodzi o rozwiązłość seksualną, to według badań amerykańskich rozciągniętych pomiędzy 1972 a 2012 rokiem do dzieci kwiatów bardzo nam daleko. Za to rośnie w Wielkiej Brytanii i w Niemczech liczba zachorowań na… wiadomo co. A więc jednak coś w tym jest, dokądś to tinderowanie prowadzi.
I odwieczne pytanie: najpierw miłość, potem seks? Czy odwrotnie? Mojej generacji ono nie dotyczy, ale młodzi podobno nie radzą sobie z wyborem. Generalnie źle sobie radzą, stąd taki boom portali randkowych. Terror ideału. Oprócz kariery, miejsca na wakacje, zdjęcia profilowego na fejsa czy świetnego auta szukamy też idealnego partnera. Następny może być zawsze lepszy.
Ale może się i zdarzyć, że lepszy już był. Tylko bardzo się do nas zraził, bo dowiedział się, że jesteśmy na tinderze, a on w życiu! Takie coś! Romantyk. Przecież tam spotyka się samych łowców przygód i zboczeńców, dowiaduje się, co to BW czy ONS. Nie, dzięki. Nie mamy nic wspólnego z jednym ani z drugim – on i ja. Szukamy głębi, nie ekscytacji.
Planuję się wyklikać, spisawszy wcześniej wrażenia, o, tutaj. No i randka z wenecjaninem chodzi mi po głowie. A tak poza tym…
… good bye, tinder boys.
P.S. Konto zlikwidowałam 29 lipca. Ciekawostka dla osób, które nie zamierzają nigdy skorzystać z serwisu: wyjątkowo dużą grupę użytkowników stanowią panowie po 60-tce… Przynajmniej w Londynie.

Categories: Uncategorized | Tagi: , | Dodaj komentarz

Starość nadchodzi…

IMG_1128

Zaproszenie

Chodź…
Zanurz się
– ostrożnie! –
w kasztanowej alei.
Blondynko…
rozedrgana
we wspomnieniach.
Unieś je nad głową…
w płowym obłoku.
Nie rozstawajcie się
nigdy.
Napęcznieją
w piątym miesiącu
do rozmiaru chmury…
dźwigającej wszystkie
wiosny życia.
Przesłodkiej wonią
dzikich bzów…
Niosącej w sobie
majowy deszcz…
Urodzi się z niego
całe twoje szczęście.
Póki pamiętasz, żyjesz.
Blondynko…
w kasztanowej alei.

IMG_1316

przy winie

starsza kobieta
około pięćdziesiątki,
dźwigająca dumnie
półwiecze
na lekko przygarbionych
plecach,
zanurzyła przyblakłe
spojrzenie
w lampce wina

kilka tonów ciemniejsze
od moich malinowych
– wiosna! –
paznokci,
pomyślała

mogłam być kimś,
zrobić coś,
gdzieś zamieszkać,
wypić więcej,
tańczyć częściej,
kochać mocniej,
żyć mogłam,
zasmuciła się

nagle dostrzegła,
że spomiędzy jej
zmarszczek mimicznych
skapnęła na samą
krawędź kieliszka
kropla uśmiechu

głupia jestem, wiesz…
szepnęła do swego
serca

nie martw się, kochane…
wszystko w porządku…
jestem tutaj…
lubię starość!
to tylko wina
wina…

Categories: Uncategorized | 3 Komentarze

„Pelunia” Hanny Bilińskiej-Stecyszyn, czyli wspomnień czar

Pelunia

Twoja pamięć mnie oszołomiła, a jeszcze bardziej narracja malująca obrazy z przeszłości z taką swobodą i tak barwnie, że czyta się tekst na jednym oddechu – tak jak słucha się fantastycznej symfonii.”

Agnieszka Duczmal o książce Małgorzaty Kalicińskiej „Fikołki na trzepaku”

Haniu, takiego blurba napisałabym na okładkę Twojej „Peluni”, gdybym była znaną pisarką/reżyserką/dyrygentką. Niestety, jestem tylko Zuzą. Niemniej, odkąd pierwszy raz sięgnęłam po „Pelunię” wiosną 2014, nigdy o tej pięknej mini-powieści nie zapomniałam, co więcej, na bazie jej lektury zrodziła się nasza przyjaźń. Ktoś tak piszący ma wielkie serce i piękną duszę, pomyślałam sobie wtedy. Do dziś zdania nie zmieniłam.

Pozwól, że posłużę się jeszcze jednym blurbem, gotowcem, tym razem autorstwa Joanny Laprus-Mikulskiej

Kalicińska z właściwą sobie lekkością tka portret rodzinny, ale jest też czujnym obserwatorem zdarzeń i wrażeń, odnotowującym PRL-owską rzeczywistość z kronikarską wręcz pieczołowitością.”

Wymienić Kalicińską na Bilińską i jedziemy z tym koksem.
Haniu!
Nie umiem pisać recenzji. Kto pisze recenzję, zwracając się z imienia do autora, i to książki jeszcze nie wydanej, ba!, leżącej w szufladzie od kilku lat?!
To jest zaledwie zbiór moich wrażeń, które pomogą w stworzeniu notki do wydawców. Oto one:
Hania jest z zawodu polonistką. Wielu z nas korzysta z jej nieocenionych usług korektorskich. Sama pisze bezbłędnie (w 99,99%), czego można tylko pozazdrościć. Posługuje się barwnym językiem, nie brak jej poczucia humoru, zdrowego podejścia do rzeczywistości. Wszystko to odbija się w tekście, który czyta się gładko i naprawdę trudno jest go odłożyć. Pozwólcie, że przytoczę pierwszy fragment, o rodzeństwie Peluni:

Zenon żył najkrócej z rodzeństwa. Zmarł jako dziecko. Był chorowity i nie całkiem sprawny umysłowo. Podobno dlatego, że jako niemowlę wypadł matce z rąk na podłogę. Miał słabe serce. Któregoś dnia bardzo przestraszył go pies, który nagle wyskoczył z bramy – i serce biednego malca nie wytrzymało.
Ach, te poznańskie zgrubienia! Pelunia wspominała brata zawsze tylko jako Zenona, nigdy nie używała zdrobnienia. Terecha, Czecha, Eda. Nawet koleżanka z sąsiedztwa, Leokadia, częściej zwana była Lochą niż Lodzią.
Aczkolwiek nie zawsze owo zgrubianie było normą obowiązującą. O Marii na przykład, siostrze Peluni, prawie nie słyszałam, żeby była Marychą. Może dlatego, że – jak kiedyś wytłumaczyła mi Pelunia – „Maria to jest najpiękniejsze imię kobiece, bo tak miała na imię matka Pana Jezusa”. Jakże więc można było bezcześcić to imię zgrubianiem go? Co najwyżej młodszą siostrę Peluni nazywali Marylą, Marytą lub Marytką, a dla mnie była ciocią Marylką.
Ciocia Marylka była ładną i inteligentną kobietą, pogodną i uśmiechniętą. Przynajmniej ja zawsze ją taką widywałam. Przez wiele lat pracowała jako magazynierka w poznańskiej Fabryce Pomocy Naukowych, miała niesamowitą pamięć do liczb, faktów i dat. Dużo czytała, lubiła chodzić do kina. Pamiętam, jak z zachwytem opowiadała mi o filmie z Judy Garland „I dalej będę śpiewać”. Lubiła też sobie golnąć kielicha i kiedy przyjeżdżała do nas w odwiedziny, z dworca zwykle pomagał jej nieść walizkę „jakiś przystojny wojskowy”, a tato Bilinek zawsze czekał na nią z dobrą wódeczką.

Żal przerwać, prawda? Ja już lubię ciocię Marylkę, już mnie nią Hania zaintrygowała. Zgrabnie napisane, jest nawet dreszczyk emocji. Ludzie, o których pisze Hania, nabierają kolorów w kilku raptem zdaniach, bez przynudzania, rozwodzenia się o szczegółach, co we wspomnieniach o rodzinie bywa kłopotliwe – skłonność do nadmiernej szczegółowości i egzaltacji, bo to uczucia, emocje, inne cuda-wianki. Tutaj jest zwięźle i… uroczo.

Pelagia Bilińska de domo Framówna (lub Franówna, o czym mówi osobny rozdział) urodziła się w 1919 roku. Hania gawędzi o jej dzieciństwie, młodości, długim życiu, ktróre rozciągneło się na cały prawie wiek XX i zahaczyło o XXI. Ciekawe czasy. Podziwiam pamięć Hani i rzetelność w przekazywaniu faktów z życia mamy.
Powieść ma bardzo przyjemną w odbiorze konstrukcję. Nie zaczyna się wcale od dnia urodzin Peluni, lecz od ciekawego opisu jej niezwykłej cechy fizycznej, która przywiązuje nas do sympatycznej bohaterki i przewija się potem przez resztę tekstu. Bardzo moim zdaniem udana strategia na ubarwienie wspomnień o bliskiej osobie.
Pelunia pochodziła z Poznania, ale większość akcji powieści, a zarazem jej życia, rozgrywa się w Gubinie, gdzie spędziła dzieciństwo i wczesną młodość Hania. Dla jej mamy Gubin to z poznańska „huby” (moje wolne tłumaczenie: zadupie…?). Gwara poznańska przewija się oczywiście przez cały tekst, i myślę, że nie tylko dla mnie, czytelniczki związanej z Poznaniem, ale i dla każdego, kto lubi poznawać słownictwo i obyczaje z innych części Polski – nie braknie lokalnych smaczków. „Być na fleku, „myć statory”, „palić ćmiki”, słynne „nie bumbej mi w te klape”, czy wreszcie „jaja z mąkum” i „pyrki z gzikiem” – to tylko niektóre z nich. Zresztą kulinarne wrażenia ze stołu państwa Bilińskich, opisane bardzo soczyście przez równie dobrą jak jej mama gospodynię Hanię, to wielka zaleta książki. Mnie ślinka pociekła niejednokrotnie w czasie czytania!
I ten humor! Pozwólcie, że przytoczę kolejny fragment, tym razem o narodzinach Hani:

Według rodzinnej anegdoty Bilinek na wieść, że ma córkę, ponoć ze szczęścia tak dał w palnik, aż w urzędzie, gdzie miał mnie zapisać jako Annę, pokręcił imiona i dlatego na imię mam Hanna. Tę zabawną wersję wolę, prawda jest jednak inna. Miałam być Anną, bo takie było życzenie babci Stanisławy, jednak Pelunia jeszcze w szpitalu, zaraz po porodzie, zdecydowała się na zmianę. Akurat dużo się wtedy urodziło dziewczynek i widocznie imię Hanna było modne. Mama opowiadała: „Słyszę, tu jedna pani mówi, że córeczkę ochrzci Hanna, tu druga tak samo, spodobało mi się i ja też cię postanowiłam tak nazwać”.
Bardzo lubię swoje imię i wiele razy to mamie mówiłam. Sprawiało jej to przyjemność, a kiedy była już staruszką, tę historię imienia wciąż pamiętała i często zaczepiała mnie tekstem: „Hania… Jakie ładne imię. Kto ci je dał?”, a ja odpowiadałam: „Ty, mamusiu. Wprawdzie opowiadałaś mi już o tym sto razy, ale opowiedz raz jeszcze” i Pelunia z dumą kolejny raz snuła tę opowieść.

Wesoło i wzruszająco – dwa w jednym. Cała Hania, cała Pelunia!
I tutaj kolejny fragmencik, o tym, jak ciężarna po raz drugi Pelunia zdobyła większe mieszkanie:

Pelunia – z brzuchem już pod sam nos – i ta jej koleżanka wzięły z sobą siekierę i trochę rzeczy z domu. Do mieszkania normalną drogą wejść już nie mogły, więc wybiły znajdujące się w drzwiach szklane okienko i ta Zosia wcisnęła się przez nie do środka. Ponieważ nie potrafiła sobie poradzić z zamkiem, zaczęła weń walić siekierą i wreszcie jakoś udało się otworzyć drzwi. Żeby przypieczętować rozpoczętą w ten sposób przeprowadzkę, pownosiły drobne sprzęty i Pelunia powiedziała, że już się stamtąd nie da ruszyć.
I rzeczywiście się nie dała. Odgłosy tego włamania zwróciły czyjąś uwagę, być może sąsiad powiadomił władze, w każdym razie ten ubek dość szybko się tam zjawił. Próbował interweniować, ale Pelunia była tak zdeterminowana, że z krzykiem: „To jest moje mieszkanie i proszę stąd wyjść!”, napierając na niego tym swoim ciążowym brzuchem, krok po kroku wypchnęła go za drzwi. Kiedy tato wrócił z pracy, już było po wszystkim. Pozostało im tylko czekać na ewentualną interwencję milicji, z nadzieją wszakże, że kobiety w zaawansowanej ciąży nikt nie będzie szarpał i wyprowadzał siłą.
Wszystko skończyło się dobrze. Ubek z Poznania okazał się przyzwoitym człowiekiem i po tym zajściu nie rościł żadnych pretensji.

Hania opisuje nawet najdawniejsze historie z niezywkła dbałością o szczegóły. Niewątpliwie ułatwia jej to doskonały warsztat językowy, ale i taka sama pamięć:

Ach, te jej krawieckie dzieła! O tych najważniejszych koniecznie muszę napisać. Jednym z tych najlepiej przeze mnie zapamiętanych było letnie wdzianko, coś w rodzaju garsonki, którą Pelunia uszyła swojej mamie. Zostało wykonane z delikatnego jedwabiu, brązowego w niewielki biało-zielono-żółty wzorek. Dzieło – eleganckie, rzadko noszone – powstało przed wojną albo niedługo po niej. Na pewno z czasów przedwojennych pochodziły guziki, na które zapinała się góra tego kompletu, śliczne żółte „grzybki”. Garsonka po śmierci babci przetrwała długie lata w naszej gubińskiej szafie i kiedy byłam na studiach, mama, zgodnie z zasadami mody „retro”, wyczarowała mi z niej piękną bluzkę. Koleżanki pożyczały ją ode mnie na randki. Pod szyją była wiązana na kokardę z długimi końcami, miała marszczone tuż nad łokciem lekko bufiaste rękawki i oczywiście zdobiły ją te żółte przedwojenne guziczki. Bluzkę nosiłam potem jeszcze długo na ważniejsze okazje, zniszczyła się, wyrzuciłam ją w końcu – ale jeden z tych żółtych guziczków przechowuję do dziś.

Od razu mam przed oczami Hanię w bluzeczce z bufiastymi rękawkami i legendarnymi guziczkami. Wy nie?
Hania opisuje z wdziękiem i miłością osobowość swojej mamy. Nastawienie życiowe Peluni dobrze oddaje zdanie, które wpisała córce do pamiętnika: „Śmiej się przy ludziach, płącz tylko w ukryciu, bądź lekka w tańcu, lecz nigdy w życiu.”
Pelunia taka właśnie była. Miło się o tym czyta. Kochała muzykę, świetnie gotowała, starannie wychowywała dzieci, dbała o męża. Tak zwyczajnie, a jednak tak dobrze i niezwyczajnie żyła. Ile dzisiejszych kobiet roztacza wokół siebie tyle ciepła i miłości? Tak, czasy się zmieniły. Warto sobie przypomnieć, jak to kiedyś bywało, jakże inaczej ludzie osiągali szczęście osobiste, rodzinne…
Pelunia starała się iść z duchem czasu. Posłuchajcie:

Piosenki mojej bardzo wczesnej młodości, czyli tak zwany big-beat, to już nie była jej bajka. Ona się wzruszała przy szlagierach Fogga, Marty Mirskiej czy nieco później – Ireny Santor, Haliny Kunickiej. Piosenki, których słuchałam, najłagodniej mówiąc, nie budziły w niej entuzjazmu, a widok długowłosych mężczyzn w dziwnych fatałaszkach tym bardziej. Kiedy w 1967 roku Niemen zaśpiewał w Opolu „Dziwny jest ten świat”, a Skaldowie „Uciekaj, uciekaj” i ja omal nie umarłam z zachwytu, rodzice byli znacznie powściągliwsi i krytyczni. Tato Bilinek wręcz używał epitetów w rodzaju „wyjec” i „kudłacz”. A jednak radio wciąż grało w naszym domu i sączyło do ich uszu tę muzykę. Któregoś razu, już po latach, usłyszeliśmy z mężem, jak Pelunia nuci sobie piosenkę Republiki: „Nie wyrwę się, nie wyrwę się, to jedno wiem, wiem, wiem…”!

Nie brakuje w książce Hani rodzinnych anegdot, które śmieszą, o czym już wspominałam. O tym na przykład, jak to babcia Stanisława powiedziała w kolejce „u rzeźnika” do babci Julianny: „Mój syn się z pani córką nigdy nie ożeni.” Ale są i rodzinne tajemnice, jak ta o wizycie na starym cmentarzu gubińskim i nagrobku z napisem „Maria Bilińska”.
Nie znam osoby, a kilku moich znajomych namówiłam do czytania, która nie zachwyciłaby się Pelunią, nie rozpłakała co najmniej pod koniec czytania. Tak czaruje czytelników Hania:

Mijały lata, wspomnienia blakły i już coraz słabiej Pelunia przypominała sobie przeżycia z młodości. Ale wciąż od czasu do czasu pomocą służyły jej sny. Widywała w nich znajomych z dawnych lat, męża, teściową… No i tę swoją pierwszą miłość. Któregoś razu jesienią, podczas ostatniego u mnie „turnusu”, oznajmiła mi: „Śnił mi się Florek” i dodała po chwili z uśmiechem, jakby usprawiedliwiając się: „ E, takie tam głupoty”.

Cóż więcej dodać? Mądra, czuła kobieta pisze o swej ukochanej mamie. Naprawdę warto jej wspomnienia przeczytać, ale najpierw trzeba je opublikować. Obiecałam Hani, że się tym zajmę, i słowa dotrzymam. Na półkach księgarnianych stoją dzieła o podobnym przekroju, poziomie, znajdzie się miejsce i dla „Peluni”, jestem tego pewna!

Ech, co tam! Jeszcze Nina Terentiew, o „Hani Bani”:
Ta piętnasta książka Hanny Bakuły jest nie tylko tak samo ciekawa i zabawna jak poprzednie, ale równie niezwykła jak Hania Bania, jej autorka i bohaterka. A dla mnie to po prostu Bakusia, ponieważ mam przyjemność przyjaźnić się z nią więcej lat niż ma główna boahterka. Polecam tę lekturę wszystkim, którzy lubią się śmiać.”
Ty jesteś moją przyjaciółką zaledwie i aż od roku, Han. Za to… ile jeszcze lat przyjaźni przed nami! Książek pewnie nie napiszesz piętnastu – nigdy w życiu! – za leniwa na to jesteś… jak sama o sobie lubisz mówić, wolisz siedzieć w swoich Lubiniewicach i pierdzieć w stołek. Ale jeśli uda się opublikować „Pelunię”, myślę, że kilka z powodzeniem z siebie wyciśniesz. A „Pelunię” powinni przeczytać wszyscy, którzy lubią się śmiać i PŁAKAĆ. I kochają swoich rodziców, choć nie każdy umie o tym tak pięknie mówić. A nawet Ci, którzy mieli niełatwe relacje rodzinne, znajdą w „Peluni” ukojenie i kropelkę nadziei. Polecam gorąco!
P.S.
Mam pomysł! Dla wydawców marudzących, że „Pelunia” objętościowo ciut nędzna (wiem, że powstają kolejne rozdziały, więc jest dobrze), napiszesz część drugą pt. „Hania”. Po prostu.

P.S.2 (dla najbardziej wytrwałych, jak zwykle 🙂 )

Hania napisała dwie inne powieści: „Balladę” i „Maski”. Obie czytałam, obie można z powodzeniem pchać do wydawców. Ale zacząć należy od „Peluni”!

P.S.3

Wiem, wiem, pozwalam sobie na zbyt wiele – szyk zdań ma się tak jak moje emocje. Wariuje, kiedy to piszę. Przepraszam!

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

„The Buried Giant” Kazuo Ishiguro – trzyskładnikowa recepta na sukces (oraz trzy słowa o „Nokturnach”)

„The Buried Giant” Kazuo Ishiguro – trzyskładnikowa recepta na sukces (oraz trzy słowa o „Nokturnach”).

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Wiersze nie na temat

Nocne zakupy

 

Czy mogę prosić o jeden sen?

Sen dla bezsennych.

O czymkolwiek.

Byle długi, inny niż życie,

niezbyt prosty.

Może być o tym, o czym akurat marzę.

Ależ naturalnie.

Te są w cenie? Trudno, zapłacę.

Nie wolno gotówką? Kosztem innych?

Ach, więc muszę się zastanowić.

Kto zawinił?

Przepraszam, ale muszę już iść.

Spieszę się. Łóżko stygnie.

Pewnie tu jeszcze wrócę.

Dobrej bezsennocy.

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com.