… o urlopie

IMG_4839

Wracam od lekarza… po rodzinnym urlopie. Szukam w torebce recepty na tabletki uspokajające, grzebię, klnę pod nosem. Nagle wyjmuję list.

List? Tak. Pożółkły, wymięty. Zamiast zastanowić się, kto jest Autorem, jak i kiedy ów Autor wetknął list do mojej torebki, a przede wszystkim – czemu papier taki wściekle żółty, czytam. Nie mogę się oprzeć. I ryczę na koniec. Bo:

„W oparach rodzinnego absurdu.

Przyjechała Ciocia. Z Wujkiem. Ta Ciocia, która bierze co rano prysznic i potem zajebiście pachnie. Czym, nawet Wam nie powiem, bo mi się miesza. Z łąki niewiele… Nie potrafiłbym chyba stwierdzić, które to zioło, ale spoko. Ciocia pachnie zajebiście.

Trochę dużo mówi. „Mordo ty moja”, „sznupciu” i takie tam. Bywa, że jej się pomylę z koleżankami z łąki i powie do mnie „ty kropkowana krowo kochana”. Przydługie, ale też spoko. Ja nie żywię urazy z byle powodu. Za uchem drapie jak należy, poza tym bierze mnie przy każdej okazji do lasu, o czym za chwilę. Nie, no Ciocia jest super babka.

Z Ciocią przyjechał Wujek. Wujek jest inny. Też pachnie, ale słabiej. Trudno powiedzieć, czym. Piwem, jak Pan? Trochę, i tylko wieczorami. Zwykle czymś mało wyraźnym. Ciocia mówi, że „kasą”. Może i kasą, nie bardzo wiem, co to jest, ale podobno Wujek ma tego sporo i dlatego Ciocia do niego lgnie, tak mówi. No więc ja też sobie lgnę, dla towarzystwa, bo oni fajną parą są, naprawdę. Dla mnie jednak najważniejsze jest to, że Wujek to facet. Jak wszyscy mężczyźni mało mówi, i to jest piękne. A drapie super dobrze. Długo i starannie. Ciocia czasem wpuszcza mnie do pokoju, kiedy Wujek śpi. Budzę go bardzo delikatnie, no i podstawiam łeb. Drapie, śpiąc. Rozumiecie? I to jest boskie, za to go kocham.

Przyjechał z nimi jeszcze taki Duży Młody, ale na początku nie bardzo mi się podobał. Podejrzany jakiś. Nie mówił praktycznie nic, dla mnie spoko, ale wśród ludzi to już chyba przesada. I nie wychodził ze swojego pokoju. Ponoć, bo miał alergię na mnie. Kapujecie? Tak wprost, po chamsku powiedziano mi, że mam się trzymać z daleka – ja od niego, nie tylko on ode mnie! – bo kłaczę i uczulam. Mój dom, moja rodzina, wszystko moje, aż tu nagle przyjeżdża taki jeden i mi mówią, że mam spadać. Ale z nim dużo było nie tak. Bał się na przykład mrówek! Zostawił na parapecie jakieś brudne szklanki, talerze, a potem był krzyk, że sprytne koleżanki weszły przez szparę i sobie podjadły. Solą sypali, latali po całym domu, nawet po garażu. Nie, z nim nie zamierzałem się zbliżać.

My też mamy swojego Młodego, nowego, Małedo Młodego, i też z nim jest, prawdę mówiąc, coś mocno nie halo. Leży i śpi. Albo leży i popiskuje. Leży – bez celu. Całymi godzinami. Albo go noszą. Jakby, kurna, nóg i rąk nie miał. Ani na dwóch nie posuwa się sam, ani tym bardziej na czterech. No dobra, ma jedną zaletę: zajebiście pachnie. Szczerze? Nawet lepiej niż Ciocia. Pachnie Panią i czymś, co mnie niesamowicie przyciąga. A co parę godzin czymś JESZCZE bardziej specjalnym, ale nigdy nie zdążam się tym nacieszyć, bo wynoszą to szybko do garażu, do którego nie mam wstępu.

Od czasu, kiedy jest z nami Mały Młody, moje życie zmieniło się nie do poznania. Zero uwagi. Nikt, powtarzam, NIKT się ze mną nie bawi. Okej, Pan jest spoko, Pan jest porządny, można na nim polegać, miska strawy jest, woda zawsze świeża, Pan to Pan. Bez Pana bym nie istniał. Kropka. Ta największa, na prawym boku. Pan jest moim bogiem.

Pani? Odkąd ma Małego, świat przestał dla niej istnieć, ze mną włącznie. Pod wpływem zapachów, które – nie powiem – są piękne, a do których Mały dorzuca ciche miauknięcia, niczym nasz kot, Rychu, Pani się po prostu rozbiera. Może nie do rosołu, ale już tak całkiem całkiem. I dusi tego Małego Łysola, gada do niego jak najęta, mruczy coś, nawet ładnie. I go „karmi”. Rozumiecie? Jakby sam nie mógł sobie podjeść z miski. Wkłada mu kawałek siebie do ust i karmi. Kiedy podchodzę do nich, żeby sprawdzić, o co dokładnie chodzi, to patrzy przeze mnie w okno, jakbym był powietrzem, rozmarzona taka. Nie, no Pani mi po prostu odpłynęła. Kiedyś była moją boginią, a teraz…

Jak już mówiłem, Ciocia zabiera mnie chętnie do lasu. Kiedyś bywała z nami Malina – to osobna historia, jak ją, te małą, słodką wariatkę do nas przywieźli, jak się w niej od pierwszego powąchania zakochałem, a potem mi wmawiali, że to moja własna córka! – i z Maliną nie szło się tak dobrze na dwóch smyczach. Ale teraz zabierają mnie samego i mam pełen wypas. Ciocia daje ze sobą zrobić praktycznie wszystko, włazi za mną w chaszcze, przeciska się przez zagajniki, chociaż ja bardzo systematycznie podchodzę do patrolowania lasu i staram się nie sprawiać kłopotu, po prostu robię swoje. Z Ciocią jest bezproblemowo. Ja działam, ona się nie skarży. Biega też za mną, gdy musi, i to w niezłym tempie.

Lasy mamy piękne, dużo zwierzyny, więc mógłbym w nich siedzieć bez końca. Nawet Duży Młody prowadzał mnie na smyczy, bo podobno w lesie „nie uczulam”. Zachowałem wobec niego dystans, ale muszę przyznać, że był profesjonalny. Choć dalej milczał i chwilami nie bardzo wiedziałem, czego ode mnie chce.

Trochę kłopotów mieliśmy ze spaniem, kiedy przyjechała Ciocia. Ja mam legowiska w dwóch miejscach. Od pewnego czasu nie robię z siebie idioty i nie śpię w łóżku z ludźmi, bo to jest sport dla młodzików, a mnie już stuknęły trzy lata. Stawiam na wygodę i pełen relaks. No ale z Ciocią i Wujkiem był cyrk. Spali razem w pokoju Pani i Pana i Rycha. I zamykali na noc drzwi! A tam moje legowisko w kącie, a na trzeciej od góry półce w rogu kuweta Rycha! Rychu normalnie spanikował, jak pewnej nocy odkrył, że nie ma dokąd wrócić z łowów. Idzie sobie korytarzem, powolutku, jak to kot, i nagle buch! – łbem w drzwi! Nie było zmiłuj. Wpuścili go dopiero rano. Ale się, biedak, nacierpiał. Nawet mnie było go żal.

Ja sobie poradziłem. Spałem w livingu, jednej nocy nawet z Wujkiem, bo Ciocia wywaliła go za chrapanie. Od razu milej się zrobiło, podrzemać w dobrym towarzystwie, podrapać się, wiedząc, że ktoś patrzy. Ale wujek się wiercił, mimo że miał dużo więcej miejsca na sofie niż ja w moim kącie. Chyba mu się nie podobało, bo następnej nocy się nie pojawił. Kiedy poszedłem jakoś tak o szóstej rano sprawdzić, gdzie się podziewał, zastałem w ich pokoju dziwną sytuację. Przede wszystkim – drzwi były znów otwarte. Cioci w łóżku nie było, Wujek spał sam. Wystawiłem nos i od razu poczułem ten szczególny zapach. Skąd? Z nowego legowiska! Ciocia zrobiła je sobie na ziemi w garderobie Pani, całkiem profesjonalne, nawet lepsze od mojego! Rozłożyła matę do jogi, na to narzutę, i walnęła się spać. Jak dla mnie, super wygoda. Próbowałem się do niej przytulić, ale mnie zepchnęła. Nie było to miłe. W ogóle miała tego ranka niespecjalny humor. Przedrzemałem w kącie, a kiedy już wszyscy wstali i Ciocia poszła pod przysznic – zamiast zaczaić się na nią jak zwykle pod łazienką – wskoczyłem zaraz na to jej legowisko, żeby wypróbować, czy jest aż tak fajne jak myślałem. I było! Ułożyłem się wygodnie, wylizałem sobie, co trzeba, na co Ciocia po wyjściu z łazienki z buzią na mnie, że „szu! szu! idź sobie!”. Przez chwilę miałem do niej duży żal. Bo tego nie robi się psu. Jak już sobie człowiek zbuduje legowisko ala zwierz, to musi się z tym liczyć, że będzie miał gościa.

No i tak to było, kiedy była u nas Ciocia. Z Wujkiem. Pięknie było. Chwilami zapominałem nawet, że od pewnego czasu dręczy mnie coś, boli, swędzi, nie daje spać. Pani zabrała mnie do veta zaraz po wyjeździe gości. Że nie było przyjemnie, nie muszę Wam mówić. Ale w domu zmieniło się dużo. Pani popłakiwała, tuliła mnie, nie spuszczała z oka. Jak dawniej. Pan to samo. Po dwóch dniach znów mnie zabrali na badania, tym razem padłem, przespałem to coś, co mi robili. Mówili, że będzie boleć mniej, ale to nie była prawda. I jeszcze założyli mi na kark takie paskudztwo. W głowie mi się od tego kręci, nie widzę dobrze, chodzić nie sposób, napić się nawet nie można. Załamka. Spać mi się chce. Pani ciągle płacze. Mówią do siebie z Panem, że po tygodniu mi to zdejmą, ale nie wiadomo, co dalej. Wolałbym lepiej rozumieć, co ze mną będzie. Cóż… oni wiedzą, co robią, a to najważniejsze. Ufam im. Nikt na świecie nie kocha mnie tak, jak tych dwoje. Pani i Pan.

Chciałem, żeby Ciocia i Wujek w razie czego mieli to ode mnie na piśmie. Ciocia podobno jest pisarką, więc może niech weźmie, wykorzysta swoje kontakty i puści to dalej, między ludzi.

 

Wasz Vito”

2 Komentarze

2 thoughts on “… o urlopie

  1. ZWruszyłam się.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: