… o tinderze

 

A ściślej – jak wróciłam „na tinderze” z Polski. To żadna nowość, że o wszelkich nowinkach dowiaduję się właśnie w Polsce.
Ale od początku…
Siedzę sobie z rodziną w pewien lipcowy wieczór, ciocia seniorka z Londynu, i uczę się – od młodych – jak żyć. W kącie salonu jedna z moich ślicznych bratanic pociera palcem ekran smartfona, ale nie w charakterystyczny sposób, z góry na dół, lecz na lewo, na lewo, na lewo, i na prawo. Dopytuję się, czemu akurat tak. Od słowa do słowa, i nagle pada straszliwe oskarżenie:
– Ciocia nie wie, co to tinder?
Nie wiem. Tylu rzeczy nie wiem, wstyd. Ale nie w moim stylu byłoby się nie dowiedzieć. O coś tam się więc zakładam, wypijam łyk piwa dla kurażu i o drugiej w nocy też jestem „na tinderze”. Wybieram na wszelki wypadek zdjęcie, na którym marnie mnie widać, za to stoję dumna na tle gmachu BBC. Po kilku dniach będę się z tego tłumaczyć, i to nie raz. Nawet po włosku, że „preferisco stare all’ombra”. Póki co, przebywam w okolicach Łabiszyna i wyskakują mi tinderowcy z Poznania, Bydgoszczy oraz okolicznych miasteczek i wsi. Zadaję sobie pierwsze ważne pytanie:
– Ciociu, co ty właściwie robisz na tinderze?
Wyłączam aplikację, czy jak to się tam nazywa. No, nie bawię się. Nie lubię. Robię tak, że jestem, ale mnie nie ma.
Przez najbliższe dni dowiaduję się, że młodzież licytuje się na liczbę par, że teściowa złapała na tinderze zięcia i co z tego wynikło. Nie, nie, po co mi tinder. Mam męża, przyjaciół. Mam spokój.
A jednak… W drodze z lotniska nudzę się, bo w samolocie naczytałam się za wszystkie czasy i w autobusie muszę odetchnąć. Tymczasem po serii artykułów o brexicie znalazłam inny, ciekawy, właśnie o tinderze. Prasa jeszcze ciepła, z Berlina, widać, że i tam temat gorący.
Co by się więc stało, myślę sobie, tak niezobowiązująco, gdybym teraz włączyła tindera, w Anglii. Nowa lokalizacja, żadnych Janów, Marianów, ani jednego Janusza. Może jakiś Bill albo Bob?
W domu czeka mąż, stęskniony, ale co tam, wszystko mu wytłumaczę, przecież mi ufa. A może sam jest na tinderze? Właśnie! Jeszcze jeden powód, żeby się zalogować, zaraz się wszystkiego dowiem.
Mijają 24 godziny i mam niecałe 30 par. Początki nie są łatwe, dostaję sporo wiadomości, które mnie peszą, ale są i bardzo proste, składające się z dwóch literek:
– Hi.
Na te nie odpowiadam, na inne zresztą też nie. Mam ochotę schować się do mojej domowej dziupli.
Do cholery, po co mi był ten tinder???
Jednak fajnie jest machać sobie smartfonem, idąc ulicą, i uzyskiwać co pewien czas „ping” – para! To znaczy, że pan, którego ja ewentualnie lajknęłam, też mnie wcześniej polubił. Słodko. Zaczynam się uzależniać, zawsze zresztą byłam uzależniona od słodyczy.
Pewien B., irlandzki księgowy, zamieszkały w północnym Londynie, tak miło mnie zagaduje. Tak dobrze mu z oczu patrzy. Może w celach literackich jednak mały czacik?
Próbuję. A potem z A., uroczym Szkotem, i z M., i z W. (Polakiem!!!), i T., i F., i G., i E. Dziś mamy co? Środę? Oj, myślę, że przez ten czas zdążyłam przelecieć cały alfabet.
Prowadzę badania, litearckie. Bardzo poważne. Do tego stopnia, że przerzucam się na włoski. Bez trudu znajduję ekonomistę z Mediolanu i projektanta mebli z Wenecji. To mnie dopiero kręci, rozmowy w bardzo obcym języku.
Mąż kręci głową z politowaniem, nie takie historie ze mną przeżył. Zresztą pewnego pogodnego wieczoru w pubie on i przyjaciele namawiają mnie, żebym zmniejszyła do minimum zasięg poszukiwań, skoro już tyle eksperymentuję, i zobaczymy, co się zadzieje przy sąsiednich stolikach.
Zawsze byłam naiwna. Zawsze chętnie pomagałam ludziom. Więc i tym razem, wspomagana kilkoma łykami piwa, zgadzam się. Mija chwila, pora pójść do toalety. Wstaję od stołu z najpiękniejszym uśmiechem, na jaki mnie stać, i oświadczam:
– Hello, tinder boys…
Przyjaciele żegnają mnie spazmami śmiechu, a ja czuję się trochę, jakbym szła przez salę… w samych gaciach?
Ale nie odbiera mi to ochoty do dalszych eksperymentów. Dostaję nerwowe wiadomości: „gdzie jesteś?”, „co się dzieje?”, „zmieniła się twoja lokalizacja!”. Ano. Potem jeszcze zmieniam zakres wieku potencjalnych kandydatów, to znaczy obniżam; do jakiego, nie powiem.
Przy czym zaznaczam, że nie poświęcam na tindera zbyt dużo czasu. Do pół godziny dziennie. No, może odrobinkę więcej. Panowie są mili, ale bywają i nachalni. Jak się już na dobre z nimi rozczatuję, zaczynają wymagać, karcić, że długo nie odpisuję, że nie ustosunkowałam się do porannego powitania, a czy kotek się podobał, a gdzie mieszkam, a czemu tak daleko. Niczym się to nie różni od małżeństwa. Schabowy koniecznie panierowany, a dżem wysokosłodzony. Żadnej wolności.
A tak zupełnie serio? Mam mieszane uczucia. Czasem dostaję bardzo konkretne oferty, jak ta od L.:
– Jestem wysoki, przystojny, dobrze sytuowany, mieszkam w Yorkshire, ale bywam regularnie w Londynie, służbowo. Szukam seksownej kobiety w celu regularnych spotkań. Odpowiadasz mojemu typowi.
Ups. W moim wieku… sponsor?
Pierwszy poważny wniosek: tinder jest seksistowski. Mężczyzna musi rozpocząć konwersację (czyli nieśmiali nie mają tutaj nic do roboty), kobieta jest zobowiązana zareagować co najmniej humorem na „how about sex?”.
Po tygodniu mam ponad pięćdziesiąt par, zaproszenia na rower, lody, wino, kilka numerów telefonów. Staram się być uprzejma, nikogo nie obrażać, nie urażać, a zarazem jestem szczera. Trąbię od samego początku, że mam męża, nie szukam partnera ani przygód seksulanych. Ku mojemu zaskoczeniu – niewielu panów to zraża.
Zostało mi kilku naprawdę fajnych czaterów. Nie poszłam na żadną randkę, co jest przecież oczywiste. Jestem porządna, nie ma takiej opcji, poza jednym wyjatkiem – wenecjanina. Jest naprawdę słodki. Z nim to bym i do kina poszła, jeśli tylko mąż się zgodzi. A jeśli będzie trzeba, zabierzemy i męża!
Najśmieszniejsza tinderowa sytuacja wcale nie miała związku z moim kontem! Dobrze obeznana ze zwyczajami tinderowców, potrafię wyhaczyć delikwenta na ulicy, w pociągu, restauracji i… na basenie.
Kiedy któregoś upalnego wieczoru zażywałam kąpieli po siłowni, pływał obok mnie sąsiad. Zauważyłam, że pokonawszy dwie długości basenu zatrzymuje się przy brzegu, sięga po zawiniątko (po bliższych oględzinach – ręcznik) i wyjmuje z niego mały przedmiot (komórkę). „OMG, bardziej uzależniony ode mnie. Biedak!” – pomyślałam. Przyglądałam mu się ukradkiem za każdym razem, kiedy dopływałam do brzegu, co też go tak ciągnie do tej komórki. Odpowiedź – kobiety! Sunął mokrym paluchem po ekranie w lewo i prawo (częściej w prawo). Tinderowy maniak.
„Focus” pisze, że fenomen naszych czasów – obsesja wirtulanych związków – wcale nie oznacza, że jesteśmy bardziej skuteczni w łączeniu się w pary. Jeśli zaś chodzi o rozwiązłość seksualną, to według badań amerykańskich rozciągniętych pomiędzy 1972 a 2012 rokiem do dzieci kwiatów bardzo nam daleko. Za to rośnie w Wielkiej Brytanii i w Niemczech liczba zachorowań na… wiadomo co. A więc jednak coś w tym jest, dokądś to tinderowanie prowadzi.
I odwieczne pytanie: najpierw miłość, potem seks? Czy odwrotnie? Mojej generacji ono nie dotyczy, ale młodzi podobno nie radzą sobie z wyborem. Generalnie źle sobie radzą, stąd taki boom portali randkowych. Terror ideału. Oprócz kariery, miejsca na wakacje, zdjęcia profilowego na fejsa czy świetnego auta szukamy też idealnego partnera. Następny może być zawsze lepszy.
Ale może się i zdarzyć, że lepszy już był. Tylko bardzo się do nas zraził, bo dowiedział się, że jesteśmy na tinderze, a on w życiu! Takie coś! Romantyk. Przecież tam spotyka się samych łowców przygód i zboczeńców, dowiaduje się, co to BW czy ONS. Nie, dzięki. Nie mamy nic wspólnego z jednym ani z drugim – on i ja. Szukamy głębi, nie ekscytacji.
Planuję się wyklikać, spisawszy wcześniej wrażenia, o, tutaj. No i randka z wenecjaninem chodzi mi po głowie. A tak poza tym…
… good bye, tinder boys.
P.S. Konto zlikwidowałam 29 lipca. Ciekawostka dla osób, które nie zamierzają nigdy skorzystać z serwisu: wyjątkowo dużą grupę użytkowników stanowią panowie po 60-tce… Przynajmniej w Londynie.

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: