…o taksówkach

taxi

Nowy Jork, Moskwa, Rzym, Londyn, Warszawa, Toruń, Bydgoszcz.
Korzystanie z taksówek to jedna z największych atrakcji moich pobytów w PL. Zagaduję, naciągam na zwierzenia, podpuszczam. Wiem, wiem, nieładnie, ale nie umiem sobie odmówić. Polscy taksówkarze to tacy mili panowie. I najrozmowniejsi na świecie!
Ci w Warszawie, kiedy staliśmy w korkach zimowych i wczesnowiosennych, pokazywali mi, jak funkcjonują pady, jak używać oprogramowania, na jakie strefy podzielono miasto. Podejście warszawskie, bardzo biznesowe, konkretne.
W Bydgoszczy kwietniowo-majowej miałam raczej krótkie trasy, ale i tak materiału do przemyśleń nie zabrakło. Kiedy umówiłam się w dzień spotkania autorskiego do fryzjera, Jacka Rybackiego, pobiegłam na wyznaczoną godzinę pod internetowy adres. Okazało się jednak, że popularny salon przeniesiono do centrum – wskoczyłam więc do taksówki i dawaj! – do miasta. Problemem było to, że nie wiedziałam dokładnie, dokąd. Pokazałam taksówkarzowi przez szybę wielki szyld na budynku, już nieaktualny: Jacek Rybacki Salon.
– Pani, jak nie ten, to inny sklep wędkarski znajdziemy, nie ma sprawy! – odparł radośnie kierowca, zanim ruszył w miasto.
– Wędkarski…? Ale… ja nie wędkuję – bąknęłam z tylnego siedzenia.
– No jak? Ryb pani nie łowi? To po co pani ten sklep? – odwrócił się i zmierzył mnie pogardliwym spojrzeniem.
Naprawdę…? Nie wyglądam na rasową wędkarkę? Zmartwiłam się.
– Ale ja jadę do fryzjera! Fryzjer nazywa się Rybacki. Jacek Rybacki. Ma salon gdzieś przy Starym Rynku – odparłam.
-Aaaaaaa, pani, trzeba było od razu tak mówić! To walimy na Mostową!
Nazajutrz, po kolejnym spotkaniu autorskim, na widok opustoszałego Dworca Autobusowego w Toruniu, z którego o 00:15 miał wyruszyć ostatni autobus do Bydgoszczy, też wybrałam opcję taxi. Pierwszy samochód na postoju okazał się zepsuty, ale pan zadzwonił po kolegę. I tym razem trafił mi się obłędny facet. Najpierw zobrazował stosunki bydgosko-toruńskie na własnym przykładzie (znany fakt: ludność obu miast nie przepada za sobą), następnie opowiedział skróconą wersję mordu na księdzu Popiełuszce, kiedy mijaliśmy poświęcony mu pomnik na trasie podtoruńskiej. Ach, wcześniej pokazał mi jeszcze „świątynię” Ojca Dyrektora i złożył na moim łonie dobrowolne wyznanie wiary. Potem przeszedł do sedna, czyli przez resztę drogi zwierzał się z najdrobniejszymi szczegółami, jak wyglądają stosunki damsko-męskie osobnika takiego jak on, po operacji raka prostaty. Jak to „lekarz zabronił”, a „kobiety nie chcą wierzyć” i „robią swoje”. Siedziałam pąsowa z zażenowania, na szczęście w ciemnościach, a facet sypał coraz to pikantniejszymi szczegółami. W dodatku odwracał się co jakiś czas do Darka i rzucał:
– Pan to pewno lepiej rozumie, bo wie pan…
Darek, postawny jak na swój wiek czternastolatek, spał dzięki Bogu snem sprawiedliwego już od rogatek Torunia.
Kiedy w Fordonie pojawił się nowy temat – potrącenia i zabicia pieszego oraz związanej z tym traumy u rozmownego kierowcy, byłam już tak zajechana, że przyjęłam to z niejaką ulgą. Zważywszy, że wracałam do mieszkania, którego właściciel powiesił się na klamce w kuchni (???), o czym dowiedziałam się niechcący w drugim dniu pobytu, nic nie było w stanie mnie zszokować. Ani wizja emeryta z receptą w dłoni, którego bebechy zdrapywano z maski tej samej taksówki kilka lat wcześniej, ani ciemny przedpokój, do którego musiałam wejść sama dobrze po północy, a krótko potem spróbować zasnąć w pustej sypialni.
Taksówkarze zagraniczni nie są aż tak rozmowni. Kiedy sięgam w otchłań mojej pamięci do lat dziewięćdziesiątych, widzę czarną wołgę pędzącą przez pokryte szarą bryją śnieżną ulice Moskwy. Wokół luksusy, które i tam już dotarły, czyli pierwsze McDonaldy, trochę samochodów zachodnich marek. A przede mną szerokie proporcjonalnie do ulicy bary taksówkarza, którego się boję. Milczy, ścigając się sprawnie z kawalkadą jadących na hurra samochodów. Nie wiadomo, czy zażąda zapłaty w rublach, czy może w dolarach. A sprzeciwiać się nie wypada.
W Nowym Jorku chyba nie jeździłam taksówkami zbyt często, a fakt, że tego nie pamiętam, jest zwiastunem nadchodzącej starości. Pamiętam za to, jak przedzierałam się przez ulice Manhattanu wśród żółtych taksówek, sama będąc beznadziejnym kierowca. Zamykałam po prostu oczy, gaz do dechy i jakimś cudem po kilku zakrętach lądowałam pod firmą męża.
W Rzymie jeździło się wspaniale, choć odradzano nam korzystanie z taksówek. Pierwszym kierowcą była Włoszka, której brawurową jazdę do Villa Borghese też pamiętam do dziś. To leżenie na mężu na każdym zakręcie, pisk opon i dreszczyk emocji. Ale zdążyliśmy na czas!
Londyn słynie z czarnych taksówek, choć ich los jest niepewny, bo firma, która je od lat produkuje, została wykupiona przez Chińczyków. Póki co są jednym z efektowniejszych akcentów londyńskiego krajobrazu, ładnie kontrastującym z czerwonymi autobusami. Ich kierowcy z trudem zdobywają licencję, ćwicząc topografię miasta przez kilka lat przed bardzo trudnym egzaminem. Ilu klientów potrafi docenić taki wysiłek w erze appów i satnavów? Nie mówiąc już o tradycji świadczenia przez „black cabbies” usług psychoterapeutycznych. Są w tym podobno świetni. A miasto to przecież nie tylko budynki i ulice, to przede wszystkim ludzkie historie.
Jeden z naszych sąsiadów jest taksówkarzem. Miły, zawsze mówi dzień dobry. Ostatnio uratował nasze małżeństwo od katastrofy. Wstąpił do domu na sobotnią kolację i w drodze na nocną zmianę zgarnął nas litościwie do swojej czarnej limuzyny, zauważywszy, że kłócimy się pod blokiem o to, który app jest lepszy do wezwania taryfy. Dzięki uważnemu sąsiadowi spóźniliśmy się na imprezę u kolegi tylko półtorej godziny.
Właściwie chciałabym mieć męża-taksówkarza. Może to jest to. Rozmowny, wesoły, zawsze do dyspozycji jako kierowca. I często na nockach…

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: