…o Starbucksie

IMAG1509

Wysyłam rano SMS-a do B.:
„Propo nie do odrzucenia: kawka? W Lewisham, bo muszę oddać dwa ciuchy i kupić buty na wyjazd. W wersji lux: może być Covent Garden. Dasz się namówić?”
„Hehehe. Jestem na rozmowie o pracę jako ogrodnik. Boki zrywać… Zadzwonię, jak wyjdę. P.S. Mój job advisor to debil.”
Bogna jest magistrem ekonomii. Fajna babka. Wychowuje samotnie dwójkę dzieci. Dość dawno straciła pracę i nijak nie daje rady jej odzyskać.
Bardzo ją lubię. Swoją piękną duszę ukrywa pod maską samoopalacza i przebraniem bajkerki – skórzana kurtka, trampki, jaskrawoczerwone paznokcie. Najbardziej lubię jej mózg. To zjadliwe poczucie humoru i trzeźwe patrzenie na świat.
„Widzę chmurę owadów… Szpaler róż widzę… Twe dłonie delikatne… smukłe, alabastrowe palce, zakończone krwistymi miseczkami paznokci… obejmują czule… długie, zielone grabie. Słońce wzdycha zza pierzastego obłoczka na ów widok, kochanie. Cieszy się, że pracujesz!!! 0_0 „ – piszę do niej jak zwykle po jajcarsku, choć wiem, że tak naprawdę wesoło jej nie jest.
„Hahaha, a ja widzę pracę sezonową z nadgodzinami w weekendy, do października, i zmarnowane dwie godziny w autobusie dzisiaj Emotikon frown Wracam!”
Dzień jest faktycznie podły. Wichura i ulewa, dwa w jednym. Połowa maja. Na szczęście takie obsuwy pogodowe zdarzają się w Londynie bardzo rzadko.
Spotykamy się po małych perypetiach deszczowo-autobusowych w kafejce w samym centrum Woolwich. Ani to urocze Covent Garden, ani ponure Lewisham. Woolwich to Woolwich, każdy, kto był, wie. Trzeci świat. Bogna nie nudzi się na pewno, czekając na mnie w oknie wystawowym Maca.
Robimy trasę po sklepach, raczej oddając ciuchy niż kupując. Pieska aura i mało optymistyczne otoczenie nie pobudzają jakoś naszej wyobraźni. OK, może kilka par butów, szczególnie te czerwone szpile na wysoki połysk bawią nas, a widok w lustrze cieszy. Ale… czy ja planuję występy w kabarecie? No… raczej nie. Może szkoda, ale jednak nie.
Idziemy na drugą kawę do Starbucksa. Ja zamiast zamówionej mocha dostaję zwykłe kakao, ale widocznie barmanka też ma nie najlepszy dzień. Nie wykłócam się o swoje, choć gorącej czekolady nie cierpię. Jej słodycz mnie obezwładnia, ale dobrze się składa. W zestawieniu z gorzkim opowiadaniem Bogny jest w sam raz.
– Mój job advisor sprzedałby lodówkę eskimosom, rozumiesz? Ten typ tak ma. Urodzony akwizytor. Wciśnie ci wszystko, po prostu wszystko. Wysłał mnie na dzisiejszą rozmowę, mimo że mam dyplom, znam język, nie szukam pracy na pełen etat. Powiedział, że ogłoszenie jest stare, z lutego, że tak naprawdę chodzi o inną pracę, a to jest tylko przykład. Powiedziałby WSZYSTKO, żeby tylko mnie tam wkręcić. Aha, i wiesz co jeszcze? Grał ze mną w kości! W KOŚCI! Rozumiesz?!
Nie rozumiem. To teraz doradca z urzędu pracy grywa z petentami w kości? Czy tak jest we wszystkich krajach?
– Jak – w kości? Kiedy? W czasi rozmowy? I… po co? – pytam, szykując się na ciekawy materiał literacki.
– No, może niezupełnie. Rzucaliśmy kostką. Jak mu zabrakło argumentu, wyjął kostkę i zaproponował, że porzucamy i zobaczymy, kto wygra. Następnym razem może zagramy w pokera! Zresztą… dziś już niewiele brakowało. – Bogna zaczyna krztusić się swoją cafe latte na wspomnienie traumatycznych przeżyć w job centre.
– Ale czy ty musisz przyjmować te propozycje? Jakie są właściwie przepisy? Czy on może cię wysłać na rozmowę dokądkolwiek? – dopytuję, zaciekawiona.
– Na szczęście nie muszę. Inaczej wiesz, gdzie bym jutro wylądowała? W fabryce kurczaków! Tak! Taką rozmowę nagrał mi na jutro! Debil, mówię ci!
Nie wnikam w poprawność stwierdzenia, a raczej skrótu myślowego „fabryka kurczaków”. Znając natomiast wyżej wspomniane, nieposkromione poczucie humoru Bogny, decyduję się na ryzykowny dowcip.
– To co, może przeniesiemy się na lunch do KFC…? Przyjrzysz się, jak taki biznes wygląda od kuchni?
Przenosimy się tymczasem prosto na przystanek. Leje jak z cebra, ale nam starcza jedna, mała parasolka. Trochę jak w życiu. Bo obie takie jesteśmy, że znajdujemy pociechę nawet wobec największej życiowej niepogody. Choćby w żartach.
Lubię Bognę, aż do bólu można powiedzieć, i życzę jej, aby jak najszybciej znalazła fajną, (po)godną pracę. Dalej będziemy chodzić do Starbucksa, może rzadziej, może tematy rozmów będą inne, ale na pewno znajdzie się jakiś kretyński szef czy inny debilny współpracownik do mniej lub bardziej życzliwego obgadywania. Byleby tylko znalazła się ta pieprzona praca.

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: