…o przesłuchaniu

UK-Police

Wieczór, w który się zjawili, należał do pogodnych. Znad dachów Hammersmith wpadały do gwarnej sali ostatnie promienie bladego, kwietniowego słońca. Podeszli zdecydowanym krokiem do kontuaru. Barmanka spojrzała na nich niepewnie, przerwawszy polerowanie kieliszka.
Przysadzisty brunet z zarostem niczym czarny półksiężyc przyklejony do owalu twarzy rozglądał się bacznie po obliczach gości. Wysoki blondyn o powłóczystym spojrzeniu przemówił do barmanki niskim, przyjemnym głosem. W tym samym momencie z dalekiego zakątka sali, spomiędzy bordowych pluszy zasłonowo-dywanowych, wyłoniły się dwie blondynki.
Pierwsza nadeszła mała. Była szybsza i starsza. Dużo starsza. Na nosie miała wielki plaster. Za nią dreptała niepewnie wysoka piękność w dziurawych dżinsach.
Podeszły do policjantów, przedstawiły się i po chwili cała czwórka zajęła cztery krzesła przy stoliku obok drzwi.
Rozpoczęło się przesłuchanie.
Policjanci wyjęli iPady i wybrali sobie każdy po jednej partnerce. Brunetowi przypadła w udziale mała stara, blondynowi wysoka i piękna.
Spisali dane kobiet, zatrzymując się o krok od rozmiaru bielizny. Chcieli wiedzieć wszystko. Kto, z kim, od jak dawna i dlaczego. Wokół nich krążył nerwowo właściciel baru, siwy przystojniak ze sporym brzuchem, opiętym koszulą w granatowe paski. Udało mu się ściągnąć na siebie wzrok małej starej. Mrugnęła do niego porozumiewawczo na znak: „No problem. Co dwie głowy, to nie jedna. Damy radę.” Szef oddalił się, uspokojony.
Mundurowi przeszli bezzwłocznie do opisu wydarzeń. Choć… przebić się musieli przez niespodziewaną barierę w komunikacji z blondynkami: ustalenie, w którym momencie mówiły o napadniętym, a kiedy o napadającym. Opisy jasnowłosych świadków były chwilami bardzo mylące: ofiara a to broniła się przed agresorem, a to sama siebie biła i kopała. Metodą prób i błędów doszły obie pary do porozumienia: odtąd ofiara będzie nazywana Ofiarą („the Victim”), a napastnik Napastnikiem („the Suspect”). Stop! Nie tak od razu… Jedna z blondynek zażyczyła sobie, aby nazywać napastnika Wojownikiem. Policjant spojrzał jej głęboko w oczy, jakby poszukiwał w nich śladu ukrytego w dalekiej głębi mózgu, po czym rzekł przeciągle:
– All right. Let’s call him the Warrior.
Blondynka odwdzięczyła się pięknym uśmiechem.
Rozpoczęła się cześć opisowa, urozmaicona małymi potknięciami językowymi. Jakie odgłosy słychać było z miejsca walki? Jedna świadek upierała się, że wyraźne krzyki i stuki, a druga, że ogólną zawieruchę. Ale to pół biedy. Wystarczyło znaleźć właściwe słowa. Gorzej z długością trwania bijatyki. Mała stara stwierdziła autorytatywnie, że wszystko skończyło się po minucie, a duża piękność, że po dziesięciu! Wystarczy postawić się w pozycji Ofiary („the Victim”), aby zrozumieć tę subtelną różnicę. Kto chciałby być bity, oczywiście jeśli nie miałby wyboru, o całe dziewięć minut dłużej? Nikt. No właśnie. Ale tutaj doskonałe przygotowanie policjantów do takiego odpytywania świadków, aby nie wpływać na ich zeznania, za to pomagać skutecznie w odświeżeniu pamięci, okazało się jak znalazł. Krakowskim targiem (żadna z blondynek nie pochodziła z Krakowa!), uznano, że wszystko trwało dwie do pięciu minut.
Podobnie było z opisem wyglądu zarówno Ofiary, jak i Napastnika. Tutaj ujawniły się wyraźne preferencje obu pań. Rozjechały się ich wersje zarówno co do wieku, jak i gęstości owłosienia, odcienia marynarki, muskulatury ciała. Powstały bardzo różne opisy męskich postaci, w sam raz do obsadzenia w rolach czterech filmowych amantów. Dwóch miłych bohaterów i dwa bardzo czarne charaktery. Wszystkie wizje miały zostać na szczęście skonfrontowane w sądzie, zza słynnej szyby. I tego blondynki bały się najbardziej. Konfrontacji ich fantazji z rzeczywistością. Nieuchronnej.
W tym momencie wparował do sali niewysoki, przystojny facet w sportowej kurtce i zamszkach, charakteryzujący się błyszczącym niczym skóra głowy owłosieniem. Zauważywszy dwie koleżanki w nowym, intrygującym towarzystwie, dosiadł się do nich bezceremonialnie, nie przedstawiając się zebranym. Policjanci spojrzeli na przybysza, na siebie, i – uznawszy, że to nie pierwsze i nie ostatnie tego wieczoru odstąpienie od reguł w urzędowym bądź co bądź przesłuchaniu blondynek – nie powiedzieli ani słowa. Facet sypał w dodatku niewybrednymi dowcipami przez dalszą część rozmowy, za co mała stara obrzucała go wielokrotnie groźnym spojrzeniem.
Przesłuchanie dobiegało końca. Dla dobra śledztwa, drogi Czytelniku, nie wolno niestety zdradzić Ci więcej szczegółów. Powinieneś jednak wiedzieć, że blondynki wykazały się dobrą wolą, chęcią pomocy ofierze, troską ogólną i wielkim sercem.
Końcówka przesłuchania przebiegła w luźniejszej atmosferze. Policjanci zabrali się za szlifowanie tekstu zeznań, a ponieważ wiedzieli od samego początku, że mają do czynienia z pisarkami, zajęło im to sporo czasu. Podpuszczani przez małą starszą komentarzami, że oni właściwie też są pisarzami, że na pewno są w tym dobrzy, oblewali się raz po raz rumieńcami i gorąco zaprzeczali, jednak kilka razy dawali sobie szeptem wzajemne rady, jak coś tam się pisze i co lepiej brzmi. Potem tłumaczyli głośno, że muszą się trzymać urzędowego języka, bo inaczej sierżant Francesca nie zaliczy im roboty.
Ostatnim zadaniem blondynek było podpisanie zeznań. Takie czasy nastały, że nie służył do tego celu długopis, tylko palec. Mała stara machnęła jakąś przypadkową kreskę na ekranie iPada i wróciła do rozmowy z łysym przybyszem. Duża piękność natomiast znalazła sie w bardzo trudnej sytuacji. Pozbawiona ulubionego, kolorowego długopisu z filcowym sercem u nasady, nie była zadwolona z żadnej elektronicznej wersji swojego autografu. Ciągnęła szczupłym paluszkiem po ekranie i natychmiast wciskała guziczek „zmaż”. Ciągnęła, i mazała. Ciągnęła, i mazała. I tak bez końca. Wysunęła przy tym języczek i wydawało się, że za chwilę z rozpędu poślini ów palec, którym próbowała złożyć autograf. Ale w końcu, po wielu bolesnych próbach, udało się.
Nastąpiła dziękczynna część spotkania, zwana również towarzyską. Brunet z bródką rzekł do zebranych:
– To były najlepsze zeznania, jakie kiedywkolwiek przyszło mi spisywać. Daję słowo. Niesamowite! Po prostu najlepsze!
Nikt tak do końca nie podzielał jego entuzjazmu, więc wymieniono serdeczne uśmiechy i mała stara, wyczuwszy bluesa, zrewanżowała się pytaniem:
– A gdzie jest wasz komisariat? Daleko stąd?
– Nie, bardzo niedaleko! Na Fulham. I to jest najgorsza dzielnica! Najgorsza! Najbardziej niebezpieczna! – wykrzyknął mały brunet.
Powłóczysty blondyn postanowił nie tracić czasu i podjął próbę umówienia się z wysoką i piękną, bo „gdyby nie rozumiała czegoś, miała pytania, to on w dzień i w nocy pozostawał do jej dyspozycji”.
Po czym obaj podnieśli się z krzeseł, a ponieważ ich telefony dzwoniły w czasie spotkania niemalże bez przerwy – przesłuchanie trwało wszak półtorej godziny! – sięgnęli zdecydowanie po cały policyjny osprzęt, wiszący na oparciach. Zanim jednak zdążyli się w niego przyodziać, mała stara obejrzała sobie dokładnie górne części ich spodni, gdzie znajdowały się najciekawsze akcesoria – między innymi kajdanki! U każdego po jednej parze! Błyszczące, srebrzyste, wystawały niewinnie z granatowych kieszeni. Brunet podążył za wzrokiem blondynki i, zadowolony, wypiął dumnie biodro, na którym pobrzękiwały narzędzia służące do obezwładniania bardzo groźnych przestępców. Po czym sięgnął od niechcenia po żółtą kamizelkę. Aż jęknął, choć bardzo cichutko, pod jej ciężarem. Można powiedzieć, że raczej boleśnie westchnął.
– Ciężka?! Ile waży? – zagadnęła mała stara.
– Uuu! Bardzo ciężka! Bardzo dużo waży… I bardzo twarda!!! – odparł gorliwie policjant. – Ile ona może ważyć? Pięć? Dziesięć? – zwrócił się do kolegi.
– Z dziesięć. Spokojnie z dziesięć – odparł tamten.
Blondynka, mała stara oczywiście, zadała sobie w duchu pytanie: „ale pięć, dziesięć CZEGO?”, nie śmiała go jednak głośno wypowiedzieć. Za żadne skarby. Wyszłoby jeszcze na to, że była głupia.
Panowie, to znaczy policjanci, zakładali tymczasem swoje megaciężkie kamizelki w aurze westchnień, wyginając się na wszystkie strony, jakby chcieli udowodnić, że mają bardzo, bardzo ciężko i bardzo nie chce im się wracać do Franceschi, na komisariat.
– To były najlepsze, najdoskonalsze zeznania, jakie kiedykolwiek spisałem, naprawdę – podjął ostatnią już próbę, nie wiadomo zresztą czego, brodacz.
Po czym wymienili ze świadkami uściski dłoni i oddalili się ku swoim niebezpiecznym obowiązkom, pozostawiając dwie przesłuchane blondynki w towarzystwie przyjaciół. Pytaniom, wybuchom śmiechu nie było końca. W stronę drzwi, skąd nadeszli pewnego kwietniowego wieczoru, poleciało jeszcze kilka tęsknych spojrzeń. Takich ukradkiem. Bo fajnie jest być przesłuchiwaną. Przez PRAWDZIWEGO POLICJANTA!

3 Komentarze

3 thoughts on “…o przesłuchaniu

  1. Się już miałam wymiksować spod tego cholernego kompa, ale mnie jeszcze podkusił, by zajrzeć do TUiTAM. No i dobrze, bo się pośmiałam. Oj, blondynki! 😀
    A za tą szybą konfrontacja była czy nie?

    Polubienie

    • A ja zajrzałam TUiTAM dopiero w 2016, czyli dziś! A tu mi się koleżanka Stecyszyn wpisała pod Przesłuchaniem. Konfrontacja będzie. Niebawem. Wlecze się cała sprawa, miała się rozejść po kościach, ale nie. Jednak się zadzieje. Nie jestem happy, bo to stresss. Ale zawsze pociecha, że materiał literacki podany na tacy 🙂

      Polubienie

  2. „o” zgubiłam, „podkusiło” miało być 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: