…o plaży deszczowej

walmer blog Wracam z plaży nad Kanałem Angielskim. Opalona? Nie. Wypoczęta? Bardzo. Przestraszona? Tak! Bo widziałam rekiny! I to osiem! Na szczęście w nieszczęściu – wszystkie martwe…

Niedziela zapowiada się pięknie – w rozumieniu angielskim oczywiście: nie powinno padać, ale słońca też mało albo wręcz nic. Za to stopni prawie dwadzieścia. Konkretnie bliżej szesnastu, choć po zaokrągleniu daje nam to właśnie dwadzieścia. Rachunek czysto matematyczny, niemniej…

Jestem niepoprawną optymistką. Wiem. Ubieramy się jak na biegun polarny i jedziemy nad morze, na piknik plażowy, poczytać, pomarzyć, wypocząć. Posłuchać szumu fal. Te na szczęście szumią wszędzie tak samo – czy to Bałtyk, Morze Śródziemne, czy Kanał Angielski. Uwielbiam łąki na kamienistej plaży w Walmer. Byliśmy tam już tyle razy i nie przestaniemy jeździć, dopóki tu mieszkamy. W tle piękny Walmer Castle, otoczony malowniczym parkiem. Co roku kupujemy sobie karnet wstępu, aby zawsze mieć możliwość pospacerowania wzdłuż murków w angielskich ogrodach lub po martwych akustycznie alejkach, wciśniętych pomiędzy starannie wystrzyżone żywopłoty. Ale – czy cisza to nie dźwięk? Przecież ją słychać. Jeden z moich ulubionych odgłosów. Cisza. Więc – kojących akustycznie, nie martwych. Tak lepiej.

Dzisiaj lekki wiaterek, niebo pochmurne, przyjemnie. Pusto, żadnych wędkarzy. Rozkładamy się z całym dobytkiem, zjadamy na śniadanie bułki piknikowe, rozczytujemy na dobre w lekturach. Jednak zimno. Miało być „ładnie”, ale widocznie jest „jeszcze za wcześnie”. Ja, szczerze mówiąc, zabrałam nie tylko piankę do opalania, ale i coś w rodzaju kostiumu kąpielowego. Tak na wszelki wypadek, gdyby stał się cud i zza chmur wyjrzało gorące słońce. Wtedy nie trzeba mi dwa razy powtarzać – pierwszy promień i już stoję po pas w wodzie! Tymczasem…

– Nie chcesz koca? – pytam Mariusza, który bohatersko oddaje mi swoją połowę okrycia.

– Nie. Nie chcę się uzależnić – odpowiada zdecydowanie.

– Od koca? – drążę.

– No… – Uzależniony od koca… Ciekawe.

– Nie czepiaj się.

– Nie, nie, ja tylko tak. Sobie. Ludzie się uzależniają od wódki, papierosów, kobiet. A ty od koca. Ciekawe.

– Toć mówię, że nie chcę się właśnie uzależnić!

– Uzależnić od koca?

– No! Jezu, jak ty się czepiasz!

– Nie, nie, ja naprawdę tylko tak sobie marudzę. To biorę cały koc dla siebie. Żebyś się nie uzależnił. – Odwracam się tyłem, chcąc ukryć kpiący uśmieszek.

Leżymy przytuleni, co jakiś czas zmieniając pozycje, bo kamienie trochę jednak uwierają. Ale za to jest czysto, piasek nie sypie się do butów, do torby z jedzeniem i piciem. Aparat fotograficzny jest bezpieczny. Naprawdę pięknie. Wiatr cichnie, za to zbierają się nad nami podejrzanie gęste chmury.

– Kurczę, miało nie padać… – jęczę znad „Ostatniego rozdania” Myśliwskiego.

– Nie będzie. Przejdzie bokiem – pociesza Mariusz.

Po chwili spadają pierwsze krople. Ja pozostaję bohatersko bez okrycia, jako ta zahartowana i przyzwyczajona do kaprysów pogody w Jukeju. Gotowa na wszystko. Mariusz naciąga na twarz kaptur swojej nieprzemakalnej kurtki, co kwituję stwierdzeniem:

– Wyglądasz jak rycerz ze spuszczoną przyłbicą.

Czytam dalej. Wytrzymuję jeszcze chwilę siekący coraz mocniej deszczyk. I oczom własnym nie wierzę. No bo jak tu nie wierzyć w los, który prowadzi nas, jeśli tylko jesteśmy posłuszni, za rączkę. Bohaterowie mojej książki rozmawiają właśnie o filmie „Siódma pieczęć”, który postanawiam niezwłocznie obejrzeć. A w nim – rycerz (!!!) i jego giermek wędrują po strasznym świecie. Spotykają na plaży zakapturzoną postać. Giermek zbliża się do niej, aby spytać o dalszą drogę. Zagląda pod kaptur, a tam – Śmierć.

Zrywamy się zgodnie, zbieramy część rzeczy, zabezpieczając resztę przed zmoknięciem, i ruszamy wzdłuż fal, muskających kamienne wzniesienie. Jedna zdechła ryba. Druga. Kilka metrów dalej trzecia. Czwarta i piąta. Razem osiem. Cofam się po aparat, bo i tak przestaje padać.

– Małe rekiny – mówi Mariusz.

– Sam jesteś mały rekin – odpowiadam poirytowana nie wiedzieć czym.

Przechodzimy na wszelki wypadek w fazę żartów, choć każde z nas okopuje się na swojej pozycji: Mariusz jako domorosły ichtiolog, ja – wściekła na jego ignorancję żona. Łączy nas jednak fascynacja zjawiskiem: kilka ładnych, prawie nietkniętych ryb jednego gatunku, wyrzuconych na brzeg w tajemniczych okolicznościach. I współczucie, oczywiście, tak, współczucie.

Pstrykam parę fotek, potem kładziemy się ponownie na uratowanym przed wilgocią kocu. Obserwuję linię horyzontu, która rozmyła się pomiędzy dwoma odcieniami szarości, lekko zielonkawej – wodnej i przechodzącej w mleczną biel – nieboskłonu. W końcu, nasyceni szeptem fal, po który tu przyjeżdżamy, wyruszamy na spacer ku klifom. Pijemy kawę z prądem w fajnym pubie po drodze i stwierdzamy, że pora wracać do domu. Szkoda. Mijający nas przemoczeni wędrowcy wpatrują się w moją twarz. A może mi się tylko wydaje.

– Czy ja mam jakieś nie tak włosy? Pewnie się nigdy nie kończą! Wyglądam jak owca? Powiedz! – dręczę męża. Przygląda mi się chwilę w skupieniu.

– Masz fryzurę jak Grochola. Tak, dokładnie. Jak ona. – Uśmiecha się lekko. – Pamiętaj, że Grochola dostaje dwieście baniek zadatku na książkę.

Ma mnie to pocieszyć, wiem. Moja obsesja na punkcie złego wyglądu wymaga wielu ofiar, co wie Mariusz.

W drodze powrotnej zaczyna lać na dobre. Wycieraczki pracują na pełnych obrotach. Ale angielska wieś i w tych okolicznościach nie traci nic ze swego uroku. Przeciskamy się przez tunele stworzone z buchających świeżą zielenią drzew, co jakiś czas kawał muru zdradza wjazd do ukrytej w głębi buszu posesji.

– Ulewa to nie jest zła pogoda – rzuca Mariusz znad kierownicy. Cholera. Mój mąż staje się rasowym wyspiarzem.

– Stajesz się rasowym wyspiarzem – oświadczam.

W dodatku nie zgadzam się z nim, ale monologuję już sama do siebie, w duchu. Ulewa to JEST zła pogoda. Tylko nieprawdą jest, że w Anglii ciągle leje. Jeśli już, to często mży. Za to nie świeci słońce. Wróć. Też nieprawda. Świeci, i to często. Ale nie w weekendy. Ech, też nie tak. Nie w te, kiedy chce się wyjechać nad morze. Żadna tam wielka filozofia.

Pragmatyczni Niemcy zwykli mawiać, że „nie ma złej pogody, jest tylko złe odzienie” („Es gibt kein schlechtes Wetter. Es gibt nur schlechte Kleidung.”). Refleksyjni Anglicy twierdzą, że „deszcz to słońce w płynie” („Rain is a liquid form of sunshine.”). Ja włączam płytę Garbage, a na niej „I am only happy when it rains, I am only happy when it’s complicated”.

W domu sprawdzam te rekiny i nie wierzę własnym oczom. Wrzucam moje zdjęcia do Lightrooma, porównuję z wyszukiwarką. To one. Scyliorhinus canicula. Psie rekinki. Niegroźne dla człowieka, jeden z ponad dwudziestu gatunków zamieszkujących morza wokół Wysp. Teraz czeka mnie najtrudniejsze zadanie: pójść do męża i przyznać mu rację. Ech… P.S. Przepraszam za zakłócanie transu czytelniczego 🙂 Tekst napisałam w czerwcu. W tak zwanym międzyczasie bylismy w tym samym miejscu, przy pięknej pogodzie. Zaliczyłam pierwsze oparzenie słoneczne 🙂 Żeby potem nie było.

Lato w Anglii też bywa piękne!

2 komentarze

2 thoughts on “…o plaży deszczowej

  1. Tekst z czerwca opatrzyłam komentarzem, ale widzę, że w lipcu poszedł się paść. Eee, widocznie nie był mądry, więc dobrze mu tak. 😉
    Teraz dodam tylko taką mądrość, że prócz coraz udańszych ćwiczeń w pisaniu proszę się ćwiczyć w trudnych zadaniach (vide: ostatnie zdanie przed P.S.). 😀

    Z pozdrowieniami oraz uprzejmą prośbą o zamieszczenie i nieusunięcie komentarza: Hania.

    Lubię to

    • Teksty tak już mają. Pojawiają się i znikają 🙂 Wybacz wątpiącej autorce. Może jak Nobla dostanę, nie będę odwieszać tekstów. Ale obawiam się, że i wtedy.
      Ćwiczę, ćwiczę. Aż zakwasów dostaję. 😉
      Komentarze – wyjaśniłam na priv. Nie mam ustawionej opcji akceptacji. Możesz mi tu bluzgać do woli ❤

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: