… o plaży słonecznej

2015-07-171 W lipcu sprzyja nam fortuna. Nie oznacza to żadnych materialnych zmian na lepsze, wygranych w totolotka ani inwestycji giełdowych, które przynosiłyby gigantyczne zyski. W żadnym razie. W lipcu jest po prostu bardzo ładna pogoda. Urlop zaplanowany na wrzesień i październik, a tymczasem już teraz urządzamy sobie co sobotę plażowy raj. Słońce grzeje jak na Sardynii. Do tego lekki wietrzyk, kocyk i książka. A dojechać nad morze najlepiej wypasionym kabrioletem, łapiąc już po drodze wyspiarski wiatr w czuprynę wash&go.

Wcale nie żartuję z tym kabrioletem, choć do niedawna uważałam ową atrakcję za emerycki kaprys. Na autostradzie mijają nas bardzo często bezdachowe dwuosobówki, zasiedziałe przez milczące pary siwych gołąbków. Panie zapobiegawczo w chusteczkach na głowach, jak za dawnych lat. Panowie w niekoniecznie modnych okularach przeciwsłonecznych i obowiązkowo czapeczkach z daszkiem typu „jestem zapalonym automobilistą”.

Nie sądziłam, że i nas dotknie zjawisko kabrio trendu, i to tak wcześnie, zanim skończymy nasze wspólne, małżeńskie 100 lat. Mąż tymczasem oświadczył w zeszłym tygodniu, kiedy robiliśmy plany na weekend:

– Jutro o 9:30, przed wyjazdem nad morze, musimy się gdzieś stawić. Niespodzianka. Musisz ze mną być.

O kurczę. Lubię takie rozmowy. Nie minęła chwila, a już dobudowałam sobie całą resztę tej bajki. Będzie pierścionek. Na pewno. I to nie byle jaki, skoro jubiler musi pobrać rozmiar mojego palca. No tak. Jasne. Zasłużyłam sobie. Ostatnio naprawdę się staram. A męża mam wspaniałego, umie pokazać, jak bardzo mnie docenia.

Spytałam więc tylko, czy mogę mieć pod sukienką opalacz. Odparł, że absolutnie tak. I to mnie trochę zaniepokoiło… Opalacz u jubilera? Nie powinnam na bogato? Czyżby ścibolił i wybrał jakiś tani sklep?

Ale nic to. Nadeszła tajemnicza sobota, odwołałam wspólne plany wyjazdowe z koleżanką, bo powinno przecież być (w mojej bajce przynajmniej) romantycznie i tylko w dwoje. Jechaliśmy i jechaliśmy do tego jubilera. Opuściliśmy znane mi tereny, znaleźliśmy się praktycznie poza miastem. Zaniepokojona, wyglądałam markowych sklepów. A tu same magazyny meblowe i ogrodnicze.

Kiedy mój niepokój sięgał zenitu, mąż zwolnił, a ja dostrzegłam wielki szyld znajomej marki samochodowej, używanej przez nas od lat. Nie do wiary. Czyżby chciał mi zafundować lepszy sprzęt grający?! Ok, można powiedzieć, że to słodka inicjatywa. Lubię serwować muzykę w samochodzie, a obecne stereo pozostawia wiele do życzenia. Ale do pierścionka się ten pomysł nie umywał. Czekałam w napięciu, już bez większych złudzeń, jak M rozegra ową scenę małżeńską.

Wysiadł rozpromieniony, przeszedł kilka kroków, przywołał mnie szerokim gestem do srebrnego auta. Podeszłam bardzo powoli, profilaktycznie nadąsana. On tymczasem nic. Milczał i uśmiechał się tylko.

– No i co? – warknęłam. – Co to jest?

– Samochód. Podoba ci się? To kabrio – oświadczył, wpatrując się z napięciem w moją minę.

W tym momencie zbliżył się do nas sprzedawca. I on z zaciekawieniem obserwował moją reakcję na oferowany towar. Okazało się, że został wtajemniczony w sprawę tydzień wcześniej, nasza jazda próbna była druga z kolei, pierwszą odbył mąż z synem.

Ja tymczasem czułam się, jakbym zapuściła korzenie w żwirek pod klapkami: wbiłam wzrok w ziemię, strzeliłam mega focha i ani rusz z miejsca. Żadnego uśmiechu, ani słowa. Bo o czym tu mówić? Pierścionek albo życie.

Mąż próbował puścić gadkę reklamową, jaki to świetny pomysł, i że to naprawdę dla mnie, bo ponoć po przejażdżce kabrioletem z kolegą napomknęłam, że fajnie byłoby zastać kiedyś takie auto pod domem. Innymi słowy próbował wmówić mi, że ten samochód to PREZENT.

Cham.

Nie odezwałam się konsekwentnie ani słowem. Mąż stracił rezon, głupio mu było wobec dealera, z którym umówił spotkanie. Ja odwróciłam się na pięcie i odeszłam.

Tego dnia nie było nam dobrze na plaży, choć spędziliśmy na niej wiele godzin. Broń Boże żadnych zdjęć. Dopiero po południu, przypaleni słońcem i wymęczeni, dogadaliśmy się na temat niefortunnych porannych wydarzeń. Że to niekoniecznie dobry materiał na niespodziankę dla żony, bo samochód męska rzecz, a do tego ja nie siadam w Anglii za kółkiem. Mąż przyznał mi absolutną rację. Ja łaskawie przeprosiłam za swoje karygodne zachowanie w dealershipie. I temat umarł. Poszliśmy do pubu na kolację.

A jednak przez cały następny tydzień, smarując się obficie kremami na oparzenia słoneczne, powracaliśmy do idei andro/menopauzalnego kaprysu. Bo po co czekać jeszcze tyle lat, kiedy właśnie teraz jest fajnie, chce się korzystać z życia, po co odkładać przyjemność jeżdżenia kabrio aż do emerytury?

– Zadzwoń i umów się na tę sobotę – bąknęłam w czasie jednej z rozmów. Mąż aż podskoczył z radości.

Tym razem wstaliśmy o czwartej rano, aby odwieźć latorośl na lotnisko. Zaczęły się bezdzietne wakacje. Uroczy czas w roku. Po drodze do dealera wykorzystałam sytuację, w której to ja naginam się do męskich spraw, i zaproponowałam, aby wstąpić do sklepu z meblami. Taki niewinny trick. Na poczuciu winy małżonka można umeblować niejeden pokój. Wypróbowuję to od ćwierćwiecza i działa naprawdę bez zarzutu.

Jazda próbna – nie ma co ukrywać – udała się wspaniale. Otwieranie dachu to istny spektakl, choć jechaliśmy z zamkniętym, aby z kolei wypróbować sprzęt grający. I ten okazał się czadowy.

– I don’t like it. I LOVE IT! – powiedziałam wysiadając, ku uciesze obu panów.

Dobiliśmy targu, chcieliśmy od razu wpłacić jakąś sumkę, aby dokonać wstępnej rezerwacji auta. Ale dealer uspokoił nas, że możemy się jeszcze zastanawiać przez 24 godziny. Odjechaliśmy więc w szampańskich humorach, z przemiłym tematem do dyskusji na dalszą drogę.

A ta okazała się cierpiętnicza. Początek wakacji, do tego remonty i wypadki. Pani Nawigacja, przemawiająca po włosku, aż się spociła, usiłując wydostać nas z kolejnych tarapatów drogowych. Co się wyrwaliśmy na pusty odcinek szosy, z powodzeniem przebiliśmy na inną autostradę – znów trafialiśmy w kolejny korek. Ale tej soboty nie było takiego problemu, który mógłby wytrącić nas z równowagi. Mieliśmy do omówienia tyle uroków posiadania kabrioleta, że z każdym zakrętem czuliśmy zgodnie, jak pięknieje świat wokół nas.

Kiedy dotarliśmy do plaży, panowało na niej tak zwane „złote światło”. Każdy fotograf, wliczając amatorów, wie, co to oznacza – że musiało być późno. I było.

Mąż napstrykał fotek, na których widać, jak tryskam energią i radością. Można powiedzieć, że są one „o krok od topless”. Czegóż to menopauza nie czyni z człowiekiem… Druga młodość pokpiwa z nas, chichocząc zza plażowych krzaczków na widok opalacza dwuczęściowego u 46-latki. A ja nic sobie z tego nie robię. Korzystam, póki mogę, z plażowego i wszelkiego innego „golden light”.

Nagle zadzwonił telefon, przerywając naszą kocykową sielankę. Dealer chciał poinformować, że właśnie sprzedał „nasz” samochód komuś innemu. Nie sposób było zrozumieć, dlaczego nie wykonał telefonu przed aktem sprzedaży, dając nam w ten sposób słuszne pierwszeństwo zakupu. Ewidentnie złamane zostały biznesowe zasady fair play. Ale najgorsze było to, że padły bezpowrotnie nasze nastroje. Mąż w swoich gadkach sejlzmeńskich twierdził przecież, że to był JEDYNY, absolutnie niepowtarzalny deal w promieniu całych Wysp. Nic tylko kupować.

Wyniosłam się z moim nieopisanym smutkiem i ręcznikiem pod pachą na górkę, odbyć żałobę po całej akcji w ciszy i samotności. Kiedy wróciłam, okazało się, że uniknęliśmy bardzo złego interesu, że samochodów tego typu jest pełno, mam tylko zdecydować, bo to przecież kobieca domena, czy srebrny metallic lepszy od szafirowej czerni, a może wchodziłby w grę niebieski. Spojrzałam w błękitne mimo późnej pory niebo i szepnęłam do Niego: dzięki…

Czy zwróciliście uwagę, że samochodami handlują prawie wyłącznie mężczyźni? Odkąd sięgam pamięcią, czyli dobrze ponad dwadzieścia lat wstecz, w sześciu różnych krajach nie mieliśmy do czynienia z kobietą-dealerem. Coś w tym musi być. Męska mafia rządzi tym biznesem na świecie, wciskając sobie naprzemiennie cztery kółka i obowiązkową garść kitu.

Można powiedzieć, że wszystko się dobrze skończyło. Powróciła nadzieja. Jest o czym rozmawiać. Nie wybierzemy się nad morze bez dachu nad głową w lipcu, ale może w sierpniu? Będzie ono wtedy tak samo piękne, gorzej z pogodą. O to trzeba się modlić już teraz.

Niewiele plaży w mojej pisaninie, poza samobójczymi zdjęciami. Pojawia się ona przede wszystkim jako cel naszych wypraw z wiatrem we włosach. Marzenie o kabrio zapewne się spełni, ale czyż nie najpiękniejsze jest dążenie, pogoń za czymś, samo oczekiwanie? Dla mnie zawsze było i będzie.

Tymczasem już wiem, jaką piosenkę zaserwuję na początek, kiedy wsiądziemy do naszego przyszłego kabrioleta, dedykując ją dealerom, mężom menopauzalnym, innym emerytom i wszystkim, którzy mogą poczuć się związani z tematem: How Can I Be Sure Of You…

The other day a friend of mine said

He said, the sun’s not really yellow

He said, the sun is really red

I said, my friend, what do you mean?

You read that in some magazine?

Next thing you’ll say the earth’s not green

How can I be sure of you?

When you know the world’s always changing

Rearranging, always changing, changing

I said, my friend, how do you do

And what you’re saying isn’t true

The next thing you’ll say the earth is blue

He said, my friend, you’re in a dream

And things are never what they seem

Oh, things are never what they seem

How can I be sure anymore?

When the world’s always changing

Rearranging, changing

2 Komentarze

2 thoughts on “… o plaży słonecznej

  1. Kabrio ulubionej (również przeze mnie) marki! ZAZDROSZCZĘ.

    Ale żeby robić fochy z powodu pierścionka… No, ja prawie bezbiżuteryjna, to się nie znam. 😉

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: