… o motoryzacji

moneyweek com(fot. moneyweek.com)

W każdy piątek listonosz wrzuca przez szparę w drzwiach „Money Week”. Podnoszę z podłogi cieniutki magazyn i śmigam nim w okolice biurka męża. Wiem, co mnie spotka następnego dnia: prasówka z „Morgengeld”, bo tak nazywam tę nudną marudną gazetę.

Miliony. Z ust męża płyną miliony pomysłów, jak zarobić, zainwestować – miliony funtów oczywiście. Mnie brakuje w tym najciekawszych koncepcji – jak WYDAĆ te pieniądze. Puszczam więc wszystkie hurrawizje mimo uszu, a poniedziałek przynosi nieuchronne potwierdzenie moich racji. Na koncie mamy tyle, ile w piątek. I życie toczy się dalej, zwyczajne, szare, bez zmian.

W ostatnią sobotę na tapecie była motoryzacja. Dla mnie to krzyżówka dwóch największych szkodników, bo pieniądze plus samochody to nuda wręcz zabójcza. Ale…

W drodze do polskiego sklepu mąż zagaił o autach-robotach. Co śmieszniejsze, jedną z firm przodujących w badaniach nad nimi jest… Google? Zamieniłam się w słuch. Otóż prototypem Mercedesa bez kierowcy przejechał się pewien dziennikarz i ocenił to doświadczenie jako „kosmiczne”. Automatyczny samochód Google zaliczył na amerykańskich drogach prawie dwa miliony kilometrów. Robot Audi, model A7, pokonał tor wyścigowy szybciej niż ludzcy rajdowcy. I tu ugryzłam się w język, bo już chciałam spytać, czy nie będzie tak jak z szachami (temat bolesny dla męża, który pracował w ośrodku IBM-a, gdzie obmyślano szachowy komputer, choć sam zajmował się wirusologią). Jak widać – technologie rozwijają się bardzo szybko, komputer po latach zdołał pokonać szachistę, a samochody w przedbiegach wygrywają z kierowcami rajdowymi.

Postanowiłam więc dać sobie czas na znalezienie haka, wszak moim celem – oczywistym – jest zagiąć męża.

Gdy tymczasem wysiedliśmy z naszego auta, ujrzeliśmy na wiosennie uroczej londyńskiej ulicy rzadką scenę: mężczyzna ubrany w dres pchał z górki nieduży samochód. Kiedyś, w Polsce, nie zdziwiłby nas taki widok, również w naszym własnym wykonaniu, jako właścicieli malucha. Ale tutaj? Mąż zagapił się i skomentował po chwili:
– What kind of sport is that?

Ups. Powiedział to całkiem głośno. On, człowiek łagodny i wyznający zasadę poprawności politycznej. Skuliłam ramiona, oczekując ostrej reakcji ze strony pchającego. Na szczęście albo nie dosłyszał, albo nas po prostu zignorował.

Ale myśl o samochodach-robotach nie dawała mi spokoju. Wszak nie siadłam w Anglii za kółkiem od ponad dwóch lat. Mam prawo jazdy od dwudziestu kilku, ale po lewej stronie drogi nie zamierzam jeździć nigdy.

A jak było na początku? Moi rodzice nie mieli samochodu (!!!), więc i ja nie miałam powodu, aby wyrabiać sobie prawko. Woziłam się z kolegami, licznymi jak na wiek licealny posiadaczami maluchów. Malucha posiadał też mój przyszły mąż, ale nie zdążył się nim ze mną podzielić, bo wyjechaliśmy z Polski.

W USA oczywiście nie sposób żyć bez samochodu. Bardzo szybko więc, już w 1994 roku, niespełna dwa lata po przyjeździe zapisałam się na kursy. Polskie koleżanki straszyły na potęgę, że „taki jeden Murzyn w MVA oblewa złośliwie wszystkie Polki, zobaczysz”. Nie zobaczyłam. Przeprowadziliśmy się nad morze, mój instruktor był biały, miał złamaną nogę, podróżował z długim drutem, który wkładał co chwilę do gipsu, aby się podrapać. To oraz fakt, że mąż dawał mi lekcje naszym samochodem z tak zwanym „stickiem”, a instruktażowy posiadał automatyczną skrzynię biegów, czyli ogólnie mówiąc dużo urozmaiceń sprawiło, że niechcący nie zawaliłam sprawy. Test pisemny, bazujący na cieniutkiej książeczce, którą po prostu wykułam na pamięć, skończył się przed czasem: komputer powiedział mi, że mam sobie już pójść, bo nawet jeśli obleję resztę pytań, i tak zdam. Jazdę zaliczyłam również bez większego trudu.

Opisuję to z detalami, ponieważ mimo częstych zmian miejsca zamieszkania był to jedyny test, jaki kiedykolwiek przyszło mi zdać. Ale o tym za chwilę.

Kierowcą okazałam się takim sobie. W Stanach jeździ się wygodnie, bo drogi szerokie, samochody bezpieczne, ograniczenia prędkości surowe (za naszych czasów na autostradach było to 55 mph, teraz nie wiem, jak jest). Jazda po autostradzie wydawała mi się łatwa, przemierzałam więc New Jersey wzdłuż i wszerz, natomiast przerażały mnie przejażdżki po Manhattanie. A tam właśnie pracował mąż i prosił czasami, abym po niego „podjechała”. Pokonawszy Lincoln Tunnel pod rzeką Hudson, zamykałam oczy i fruuuu! – wjeżdżałam na wyspę. Wokół żółte taksówki, pode mną głębokie dziury, bujało, wiało, ale ja, nie otwierając oczu, zahaczałam w końcu o róg ulicy, na którym czekał mąż, wyskakiwałam z wozu i byłam uratowana! Do dziś miewam sny o tej tematyce i budzę się zwykle zlana potem…

Po kilku latach przyszło mi pokonać dłuższą trasę w czasie przeprowadzki do Kanady. Wynajęliśmy wielkiego żółtego Rydera, którego prowadził mąż (ekipy przeprowadzkowe zatrudniliśmy osobno w New Jersey i w docelowym punkcie zamieszkania), a ja jechałam za nim moim kobiecym, niedużym autem, z córeczką. Sunęliśmy spokojną, malowniczo położoną autostradą Nowy Jork – Ottawa. I zostałoby pięknie aż do samego końca, gdyby mąż nie zabłądził po drodze i nie wjechał przypadkiem do… centrum Montrealu. Krążyliśmy po mieście ze dwie godziny w przedziwnym składzie – żółta ciężarówka i przyklejony do niej czerwony samochodzik. A były to przecież czasy map, nie GPS-ów. W końcu jednak daliśmy radę.

W Kanadzie jeździło się podobnie jak w USA, odrobinę szybciej, ale bezproblemowo, wygodnie. Poza pewną zimą, kiedy to moje wtedy już dużo większe auto, posiadające Anti-lock Braking System, wpadło w poślizg na środku zaśnieżonego skrzyżowania. Hamulec nożny po prostu przestał działać, nie reagował na moje rozpaczliwe kopnięcia, samochód przejął sterowanie i kręcił się niczym grubaśna baletnica na śnieżnej scenie. Mnie pozostała modlitwa, żeby nikt nie nadjechał. Ale w Kanadzie, jak wiadomo, pusto, mniej ludnie. Nic się nie stało. Auto w końcu zmęczyło się i wyhamowało, a ja, cała mokra i półprzytomna, zdołałam prześliznąć się bezpiecznie do domu.

Zaznaczę tutaj, że mam niezły rekord ubezpieczeniowy, bezwypadkowy, mimo że kierowcą jestem naprawdę nędznym.

W Kanadzie również naraziłam jeden z naszych samochodów na szkodę . Umówiłam się z mężem na lunch w księgarni. Kiedy zajechałam na tłoczny parking, on, mąż, już tam był, czekał uśmiechnięty obok swojego małego, męskiego auta. Ja zaczęłam pchać się moją wypasioną krową pomiędzy dwa zaparkowane samochody, nie wyłączywszy wcześniej (bo po co?) głośnej muzyki. Po chwili ujrzałam, że mąż rozpaczliwie macha ramionami i ma bardzo dziwną minę. Zmartwiłam się, że może źle się poczuł, więc szybko dokończyłam parkowanie i wysiadłam. I wtedy ujrzałam, co się stało. Prawie idealnie prosta rysa zdobiła połowę długości prawego boku. Ałć!
– Nie słyszałaś ryrania??!! – krzyknął mąż.

Od tego czasu staram się nie słuchać muzyki w czasie parkowania.

Kiedy wróciliśmy do Europy, samochody przypłynęły w ślad za nami w kontenerze. Odebraliśmy je w Gdyni i nie było innego sposobu jak przejechać oboma do Bydgoszczy, gdzie spędzaliśmy ówczesne lato. Usiadłam więc za kółkiem, pierwszy raz w Polsce, i podążając w ślad za mężem zaatakowałam polskie szosy! Bałam się tej trasy co najmniej jak Manhattanu. Niepotrzebnie. Było mniej dziur i w sumie jechało się świetnie.

Na niemieckich drogach nie zrobiłam wielkiej kariery jako kierowca. Obawiałam się szybkiej jazdy na autostradach, nad Jezioro Bodeńskie zaczęłam nimi dojeżdżać dopiero po dwóch latach. Lokalnie natomiast radziłam sobie jako tako, choć… dopiero po roku dowiedziałam się, że w Niemczech obowiązuje zasada „rechts vor links”, nieznana w Ameryce (skrzyżowania równorzędne z czterema znakami STOP i dżentelmeńskim podejściem „kto pierwszy, ten lepszy”).

Niemcy są świetnymi kierowcami, ale jeżdżą bardzo nerwowo. Jeśli jest ograniczenie prędkości, uważają je za wymóg, wolniej jechać nie wypada. Ja tak nie uważam. Bardzo często zdarzało się, że ktoś siedział mi na ogonie, również na uliczkach osiedlowych, na których po prostu jeździłam zgodnie z przepisami, czyli wolno. Raz zdarzyło mi się wejść w konflikt słowny z pewnym młodzieńcem, który przykleił się do mnie i jechał tak od centrum miasteczka. Nie ustąpiłam ani kilometrem na liczniku, a pod koniec jazdy, uznawszy, że on robi to złośliwie, gwałtownie zaparkowałam, wysiadłam i zaczęłam na niego wrzeszczeć. Po niemiecku…
– Was machen Sie denn da? Wieso fahren Sie so dicht auf hinter mir? Hier wohnen doch viele Kinder!!! Sind Sie verrückt?!
– Aber die Pizza wird kalt…

Ależ oczywiście. To wystarczający powód, aby mnie prześladować.

W życiu nie wypuściłabym się na wycieczkę samochodową w Alpy, choć kiedy zaszła potrzeba, potrafiłam zawieźć chore dziecko do kliniki w górach. Nigdy nie zajechałam też autem do Zurychu, aby odwiedzić męża, choć autostrady szwajcarskie są proste w obsłudze, z rozsądnym ograniczeniem prędkości.

W Londynie nie odważę się wyjechać na drogi, chyba że… samochód pojedzie za mnie! Jeśli tego dożyję? Podobno dzieli nas od tej rewolucji kilka lat. Trudno to sobie wyobrazić. W metropolii londyńskiej mogłyby zajść kolosalne zmiany – parkingi wyłącznie poza miastem, a co za tym idzie, poprawa sytuacji na rynku mieszkaniowym, taksówki-roboty stopniowo wypierające auta prywatne. W komunikacji publicznej, szczególnie w dowozie dzieci do szkół szykowałaby się też rewolucja. Już niedługo rusza w Szwajcarii dwuletni projekt pilotażowy samoobsługowych minibusów szkolnych. Do korzyści należy doliczyć czas zaoszczędzony przez rodziców zwolnionych z obowiązku wożenia dzieci czy właścicieli aut, które będą same dla siebie zamawiać części zamienne lub wręcz dokonywać zakupu swoich następców. Ale tego już raczej nie dożyjemy.

Zdawszy egzamin na prawo jazdy raz w życiu, w USA, miałam szczęście, że zostało ono przepisane na kanadyjskie, a potem niemieckie. Udało się dwa razy, ale jestem świadoma, że stanowiłam pewne zagrożenie na drogach. Sytuacja powtórzy się niebawem w Polsce. Czeka tam na mnie od niedawna wymarzony samochód. Jednym kółkiem jesteśmy już w Ojczyźnie! Mam w rodzinie instruktora, ba!, właściciela szkoły JAZDAM. Pobiorę u niego kilka lekcji i – uwaga! – wyruszę niebawem na polskie drogi! Będzie się działo.

Mój mąż tymczasem, jako posiadacz auta-robota, zauważy pewnego dnia, że zniknęła mu z konta niewielka suma. Wyda ją zapewne nasz samochód (nie żona! nie tym razem!). Mąż zejdzie do garażu, wkurzony, i zacznie robić wymówki:
– Co jest? Gdzie się szlajałeś? Miałeś ustalać ze mną wszystkie wydatki!
– Przepraszam. Byłeś zajęty, a ja czułem się taki nieświeży po ostaniej przejażdżce. Pojechałem do myjni i zamówiłem sobie luxa.

Zuzanna M. – absolwentka kursu prawa jazdy w Neptune, New Jersey, Ekspert do Spraw Motoryzacji i Jazdy bez Trzymanki

2 Komentarze

2 thoughts on “… o motoryzacji

  1. Bardzo fajny tekst. Będę tu częściej zaglądał 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: